30. Zamek Hohenzollernów, płd. Niemcy

Na wysokim wzgórzu (855 m npm) nieopodal miejscowości Hechingen, w niemieckim landzie Badenia-Wirttembergia, znajduje się zamek rodu Hohenzollernów. Tak, to ci sami, których członek rodziny, Albrecht, w 1525 roku składał hołd pruski na krakowskim rynku. Pierwsze wzmianki o siedzibie rodu pochodzą z roku 1267, więc jest to dosyć stara rodzinka, można śmiało rzec – zabytkowa.

Ze względu na swoje położenie, wydawać by się mogło, iż będzie to solidna forteca, prawie że nie do zdobycia. Tak jednak nie było. Pierwszy zamek został w roku 1423, po oblężeniu trwającym cały rok zdobyty i oczywiście całkowicie zniszczony. Niejako na jego gruzach, w roku 1454 rozpoczęto budowę nowego zamku, który miał być większy od pierwszej wersji no i o wiele bardziej trudny do zdobycia. Zamek ten przetrwał dłużej, niż zamek pierwotny. Po wielu zmianach właścicieli, oraz różnego rodzaju perypetiach historycznych, w XIX wieku budowla popadła ponownie w ruinę. Dopiero po wielu wysiłkach, aby odbudować rodzinną siedzibę Hohenzollernów, w roku 1850 rozpoczęto budowanie nowego zamku, która to budowa została ukończona w roku 1867. Zamek nadal znajduje się w posiadaniu prywatnym.

Aby zwiedzić zamek, trzeba się najpierw do niego dostać, czyli zdobyć. W tych czasach nie potrzebujemy już do tego żołnierzy, oraz ognia i mieczy. Wystarczy się tam wdrapać stromymi schodami, wydzierającymi z mniej aktywnych ostatni dech, lub wygodniej, za pewną opłatą, wjechać autobusem, zostawiając poniżej swoje auto na parkingu. Tak czy inaczej , warto, ponieważ jest to piękna budowla, chociaż ostatnia jej wersja pochodzi, jak napisałem powyżej, z roku 1867. Ale za 500 lat będzie na pewno starsza i cenniejsza.

Substancja nowego zamku została nieoczekiwanie, ale poważnie naruszona we wrześniu roku 1978, kiedy wydarzyło się na tych terenach trzęsienie ziemi. Prace restauracyjne przy odbudowie niektórych zniszczonych wieżyczek oraz figur rycerskich trwały do roku 1990. Z wielkim wysiłkiem udało się to sfinansować wpływami z biletów wstępu, oraz dobrowolnymi datkami przesyłanymi na rzecz zamku przez miłośników historii. Aktualnie wszystko jest ładnie odnowione i aż się prosi o wizytę i zwiedzanie. I oby nowe trzęsienia ziemi już tu się nie zdarzały.

Samo chodzenie po zakamarkach i zaglądanie w różne dziwne miejsca, przynosi mi tyle radochy, że nawet każdy napotkany w nich pająk, oby tylko groźnie nastroszony, wygląda, jak stworzony do takiego miejsca i też cieszy. Lubię takie wałęsanie się, włóczenie, odkrywanie, dotykanie miejsc z dawnych czasów. Przez lata nazbierało mi się wiele rzeczy do opisania. Ale że wcześniej nie było czegoś takiego jak vlogi, blogi i reszty tych nowoczesnych wynalazków, muszę teraz to wszystko nadrabiać, przynajmniej na tyle, na ile się da. Bo i pamięć już nie ta sama, a i nie do każdej okolicy są fotki.

Zamek Hohenzollernów to obiekt na wspaniałą wycieczkę tak indywidualną, jak i dla całej rodziny. Widziałem, że nawet normalnie znudzone przy takich wypadach dzieci, tutaj były jakoś nadzwyczaj ożywione i z ciekawością oglądały otoczenie, ładnie wystylizowane na średniowieczne. Dorośli również jakoś chętnie zaglądali w zakamarki, podziwiali widok na okoliczną dolinę, lub zaglądali do kaplicy św. Michała, też położonej na terenie obiektu. Lub do restauracji.

Dynastia Hohenzollernów była przez ubiegłe stulecia bardzo aktywna i wpływowa, co dawało się zauważyć w jej działalności na ówczesnej arenie politycznej. Historia rodu jest również bardzo ciekawa. Członkowie rodziny przez stulecia byli grafami, książętami, królami, a zdarzył się w ich karierze nawet cesarz. Zakładali miasta, budowali zamki i kościoły, pozostawiając po sobie niezatarty ślad w historii rodu, oraz późniejszego państwa niemieckiego. Do znanych siedzib rodu, oprócz opisywanego teraz zamku Hohenzollern, należą również zamki Cadolzburg i Stolzenfels.

Trudno mi się chyba dziwić, że tak sobie chodziłem po terenie, robiąc tyle fotografii. Chciałem jak najwięcej obrazków zatrzymanych w czasie zabrać ze sobą, aby móc potem wracać do przeżytych chwil, wspominać je i cieszyć się z tego, iż los pozwolił zobaczyć mi tyle ciekawych rzeczy. Te ciekawe rzeczy to oczywiście wyjątkowo relatywna sprawa, gdyż każdy przeżywa swoje chwile uniesień, jakiekolwiek by one nie były – inaczej. Ale na tym polega chyba różnorodność ludzkości.

Na obejrzenie całego zamku potrzebowałem parę godzin, bo areał jest duży, wymagający uwagi oraz nieco kondycji. Jako że to był weekend, poza mną przewalały się przez zamek tłumy innych ciekawskich i czasem niełatwo było o wykonanie zdjęcia bez intruza, włażącego nieopatrznie w obiektyw. Mam nadzieję że Wam się ten wpis spodoba i jeśli taka wirtualna wycieczka zainteresowała was i przyniosła nieco radości, to i ja mogę się z tego tylko cieszyć. Poniżej jeszcze trochę fotek na pożegnanie i do następnego wpisu. PS. co do następnych wpisów, nigdy nie wiem, co będę opisywać jako kolejne. Wszystko zależy od tego, co przyjdzie mi nagle do głowy. A i nagła wycieczka zawsze może się zdarzyć.

21. Zamek Trifels koło Annweiler

Lubię zamki i ruiny. Jeśli gdzieś coś takiego zauważę, zaraz chciałbym to zwiedzić. Powłóczyć się tam, podotykać starych murów. Powyobrażać sobie ludzkie życie w tamtych czasach. Z zamkiem Trifels było tak, że mimo jego dosyć bliskiego położenia, ciągle nie udawało mi się tam trafić. Jak to się mówi, różnego rodzaju „trudności obiektywne”wciąż przeszkadzały. Czary, czy co. Ale któregoś dnia po prostu tam pojechałem. Najwyraźniej musiałem poczekać na właściwy czas.

Zamek Trifels leży w niemieckim landzie Rheinland-Pfalz, tuż obok miasteczka Annweiler. Wybudowano go na skale, która dzieli się właściwie na trzy, stąd więc pochodzi jego nazwa, Trifels czyli w domyśle potrójna skała. Skała jest długa na około 150 m, 40 m szeroka i wysoka na 50 m. Niedaleko zamku leżą jeszcze dwie małe ruinki, Anebos i Scharfenberg. Te ostatnie udało mi się przy okazji również odwiedzić. Sam dojazd do zamku obfituje w bardzo ładne okolice, można powiedzieć, iż nie tylko pobyt w zamku był prawdziwą przyjemnością, ale i sama jazda do niego.

Pierwsze wzmianki o zamku Trifels pojawiają się już w 1081 roku. Posiada on więc całkiem ładną przeszłość. W 1193 roku na przykład był tu przez trzy tygodnie więziony angielski król Ryszard Lwie Serce. Oczywiście, jak to chyba z każdym zamkiem bywa, wiąże się z nim cała masa sag i legend, które można sobie wyłowić z głębin internetu.

Zdążając do zamku dobrze jest nieraz spojrzeć w górę. I to nawet nie z powodu, aby nam coś stamtąd zagrażało, ale aby nie przegapić jakiegoś ładnego widoku czającego się tuż, tuż.

Oczywiście, jak przy każdym zwiedzaniu jakiegoś ładnego miejsca, trzeba sobie zapewnić odpowiednią ilość czasu, aby spokojnie i bez stressu można było zobaczyć tak wiele, ile się tylko da. Nie jest to może jakiś mega wielki zamek, lecz i tutaj czas leci bardzo szybko na odwiedzinach. Zanim obszedłem wszystkie zakamarki, było późne popołudnie i za jakiś czas miano zamek no właśnie-zamykać.

Ze szczytu skały zamkowej, dokładnie tam gdzie kończy się droga turystyczna, a za barierką zaczyna się przepaść, rozciąga się wspaniały widok na okolicę, a gdy obejrzymy się za siebie, mamy za plecami bryłę warowni.

Jeżeli to możliwe, powinno się go odwiedzać w dni powszednie, albowiem w weekendy z reguły wszyscy wpadają na podobne pomysły. Na przykład, aby odwiedzić zamek Trifels. I wtedy robi się tam dosyć tłoczno, jako że jest to dosyć znana atrakcja turystyczna.

Tymczasem dziękuję za uwagę i zapraszam do następnej relacji z moich włóczęg.

15. Friedrichshafen nad jeziorem Bodeńskim

Friedrichshafen, miasto na południu Niemiec, położone nad jeziorem Bodeńskim. Ojczyzna Zeppelinów i miasto wybitnie turystyczne. Drugie po Konstanz co do wielkości miasto w regionie niemieckiej części jeziora Bodeńskiego. Latem dość zapełnione turystami, odwiedzającymi je, można powiedzieć, całymi stadami. Najlepiej zwiedzać Friedrichshafen przed, albo po sezonie, ale jeśli przypadkiem trafi się tu podczas sezonu, to też przecież nic się nie zrobi źle. Należy się tylko liczyć z wyższymi cenami hoteli no i oczywiście taką możliwością, że do wynajęcia może wtedy nie być ich wcale.

Obok zakładów Zeppelina, miał tu też swoją siedzibę Maybach Motorenwerke, zakład znany obecnie na całym świecie z produkcji swych luksusowych aut. Również zakłady Dorniera, producenta samolotów bojowych, znajdowały się we Friedrichshafen. Łącznie około 14.000 robotników przymusowych pracowało w czasach II wojny światowej w zakładach Zeppelina, Dorniera, Maybacha i fabryki kół zębatych Zahnradfabrik AG. Tutaj został wyprodukowany słynny sterowiec Hindenburg, który uległ głośnej katastrofie podczas lądowania po transatlantyckim locie w Nowym Jorku. Zginęło wtedy 36 ludzi i po tej katastrofie produkcja Zeppelinów została wstrzymana. Nie znaczy to, że czasami nad jeziorem Bodeńskim nie można spotkać sterowca, wręcz przeciwnie. Latają. Za symboliczną 🙂 opłatą 255 Euro można skorzystać z półgodzinnego lotu nad jeziorem Bodeńskim. Dłuższe loty kosztują oczywiście nieco więcej.

Prowadząc Zeppelina

Co robić we Friedrichshafen? Wszystko zależy od indywidualnych potrzeb kogoś odwiedzającego te miasto. Można pozwiedzać miasto. Popłynąć promem do któregoś z sąsiednich, równie malowniczych, jak Friedrichshafen, miast jak Meersburg, Lindau, Konstanz czy Bregenz. Można wypożyczyć sobie łódź i popływać po jeziorze. Pochodzić po kafejkach, wspiąć się na wieżę portową. Zrobić zakupy, podjechać do pobliskiej Austrii lub Szwajcarii. I po prostu na luzie pooddychać atmosferą jeziora Bodeńskiego.

Ciekawe miejsca do obejrzenia we Friedrichshafen to niewątpliwie Muzeum Zeppelina, mieszczące się nieopodal portu jak też muzeum wspomnianego Dorniera. Promenada portowa, kilka zabytkowych kościołów, wśród nich Schlosskirche. I nawet fontanny.

Latem okolice dworca kolejowego mogą zachwycić kompozycjami z kwiatów.

Friedrichshafen dworzec kolejowy

Przechodząc przez tunel pod torami można nacieszyć oczy malunkami na ścianach.

A nad brzegiem jeziora zawsze dzieje się coś ciekawego.

Na deser można się wdrapać na portową wieżę stojącą na końcu molo i z wysokości 22 metrów obserwować okolicę. Mamy stamtąd wspaniały widok na Alpy, Schlosskirche i promenadę portową Wspinaczka nie jest szczególnie trudna, może tylko schody „na okrętkę” powodować mogą lekki zawrót głowy, który na górze szybko przechodzi.

W tej części Leziobloga to już wszystko, dziękuję za uwagę i serdecznie zapraszam na część kolejną.

12. Berchtesgaden i szczyt Jenner

Zatrzymałem się kiedyś w okolicach Berchtesgaden. Nie mając zbyt wiele czasu, a jednocześnie ciągle nękany nieustającą tęsknotą za przestrzenią, postanowiłem zajrzeć w góry, znajdujące się nieopodal tej miejscowości. Po paru chwilach wahania, wybór padł na szczyt Jenner, wznoszący się na wysokość 1874 m npm. Wybór ten ułatwiał fakt, iż tenże szczyt, jako jeden z niewielu w okolicznych górach, był „skomunikowany” z Ziemią, czyli można było dojechać nań, a przynajmniej w najbliższą okolicę kolejką. Po spokojnym noclegu w cichym i przyjemnym hotelu bawarskim wybrałem się następnego dnia w kierunku kolejki jeżdżącej na Jenner i po zakupieniu biletu w tę i z powrotem wybrałem się wagonikiem, podążającym na dzikiej wysokości w kierunku szczytu.

Parking nieopodal stacji kolejki

Góry zawsze były moją pasją. Z dziką przyjemnością korzystałem z każdej wolnej chwili, będąc w okolicach nieco wyższych, aby rozejrzeć się tu i tam, lub pojodłować, kiedy nikt nie widzi, w kierunku jakiejś górskiej kozicy. Tym razem mogłem obserwować dziwny okaz wielkiego nietoperza, latającego sobie w słoneczny dzień.

Nietoperz poleciał swoją drogą, a ja nadal znajdowałem się w drodze na szczyt Jenner. Kolejka wspinała się cierpliwie na stromy szczyt. Wolny od trudu wdzierania się na tę górę osobiście, cierpliwie obserwowałem stoki górskie i cuda okolicznej natury.

Po jakichś dwudziestu minutach mozolnej kolejkowej wspinaczki, wreszcie mogłem wysiąść na stacji kolejki. Ale, ale!…Jak się zaraz potem okazało, kolejka nie dobijała do samego szczytu i trybut swojego wysiłku i potu należało jednak górom zapłacić, można by rzec, w naturze. Do szczytu w linii prostej było ponoć trzysta metrów, w linii bardziej logicznej i okropnie pokręconej, o wiele dalej. Trzeba było więc się trochę powspinać.

Jak to się mówi, nie ma nic za darmo. Przyznam się, że kondycja została w kolejce, a ja zostałem z własnymi słabościami, które nie chciały mnie opuścić – wręcz przeciwnie. W miarę dalszego wspinania się oddech był coraz krótszy a kompletny brak aklimatyzacji górskiej tłukł po grzbiecie, jak pozdrowienia King-Konga. Turysta niedzielny.

I tak sobie szedłem, wspinałem się, a tak naprawdę chciałem się raczej czołgać, w kierunku szczytu. Wspomagany widokiem innych ludzi, dzielnie kryjących brak oddechu, również ja nie chciałem dać za wygraną i obiecałem sobie solennie dowleczenie się na szczyt za jakąkolwiek cenę. Było coraz wyżej, coraz ciekawiej. Mniej tlenu. Też.

Nie był to Mount Everest. Ale szczerze w tamtych chwilach i obecnie również, podziwiałem i podziwiam alpinistów włażących na wielkie szczyty w Himalajach i innych miejscach naszego globu. To są prawdziwi twardziele. Ale i ja też wlokłem się dalej.

Po nieokreślonym czasie, bo czas w takich okolicznościach i okolicach jest bardzo względny, osiągnąłem wreszcie szczyt Jenner. Mimo że moja wspinaczka była śmiesznie krótka, odczuwałem jakąś tam swoją osobistą satysfakcję. Nic to, krótki oddech, nic to, słońce oślepiające tego dnia wyjątkowo oczy niedzielnych alpinistów. Nic to śnieg i chłodek. Piękno gór potrafi wynagrodzić wszystko.

W tym miejscu szczytowałem 😀

Rozejrzałem się jeszcze wokoło. Prawie dwa kilometry poniżej leżało sobie zamarznięte jezioro Königssee. Wokoło stały sobie jakieś inne szczyty, nie do nazwania dla laika.

Krzyż na szczycie Jenner
Zamarznięte jezioro Königssee ze szczytu Jenner

Wycieczka była cudowna, mimo pewnych moich słabości, wyniesionych z nizin. Gdybym kiedyś znajdował się znowu w tych pięknych okolicach, bez wahania wspiąłbym się tam ponownie. Oczywiście, przy pomocy dzielnej kolejki.

10. Twierdza w Singen Hohentwiel, Niemcy południowe

Twierdza Hohentwiel – ruiny twierdzy leżące 10 km jeziora Bodeńskiego, w miejscowości Singen. Twierdza zbudowana została na miejscu dawnego zamku, na szczycie wygasłego wulkanu. Wygasłych wulkanów w tych okolicach jest całkiem sporo. W czasach, kiedy wulkany nie pluły już lawą, wykorzystywane były do budowania umocnień na ich szczytach. Twierdza Hohentwiel leży na dziewięciu hektarach powierzchni i jest zaliczana do największych ruin militarnych w Niemczech. Jej położenie gwarantowało bardzo wysoką odporność na ataki przeciwnika, a pomysłowa architektura dawała pewność, że w razie szturmu nieprzyjacielskich wojsk będzie można w niej długo się bronić.

Historia twierdzy jest dosyć skomplikowana i trzeba pogrzebać w dostępnych źródłach, aby zrozumieć, kto z kim i kiedy oraz o co się mordował. Dzięki temu twierdza zyskiwała jednak na znaczeniu, a kolejne poziomy umocnień dobudowywano na bieżąco. Twierdza zmieniała parę razy właściciela, była też kilkakrotnie oblegana, ale nigdy nie została zdobyta. Dopiero po podpisaniu kapitulacji po wkroczeniu wojsk francuskich do Hegau i Singen w 1800 roku nastąpiło dobrowolne opuszczenie twierdzy przez załogę i późniejsze zniszczenie jej przez Francuzów. Francuzi niszczyli tak w ogóle wszystkie zdobyte twierdze niemieckie, aby zminimalizować zagrożenie, płynące ze strony ciągle zbyt silnych Niemiec. Notabene zamiar całkowitego zniszczenia twierdzy nie został nigdy wykonany, z powodu ogromu umocnień i zbyt małej ilości posiadanych materiałów wybuchowych. Podobna historia powtórzyła się z zamkiem w Heidelbergu ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna bajka. A dzięki niedoborowi materiałów wybuchowych następne pokolenia mają co zwiedzać.

Oczywiście, w żadnej szanującej się twierdzy nie powinno zabraknąć lochów. Twierdza Hohentwiel nie była żadnym wyjątkiem i posiadała porządne lochy, w których przetrzymywano nie tylko przestępców ale i żołnierzy z załogi twierdzy, którzy wg. komendantury czymś sobie na to zasłużyli. Warunki służby żołnierskiej i życia w twierdzy były bardzo trudne. Zimno, choroby, częste niedożywienie powodowały dezercje załogi. Dezerterów ścigano, złapanych karano w najrozmaitszy sposób, często w zależności od aktualnego humoru zwierzchnika. W lochach jest i dzisiaj ciemno, wilgotno i niemiło. Po przechadzce tam wychodzi się z ulgą na światło dzienne, ciesząc się z tego, że żyje się w innych czasach i nie trzeba było tam zostawać na dłużej. Mówiąc uczciwie, gdy zrobiło się zimno, również zdezerterowałem stamtąd. Na szczęście chyba nikt tego nie zauważył, bo nie ścigano mnie kiedy szedłem po cichu lasem w dół wzgórza.

08. Monachium – München

W opisie moich wędrówek po świecie nie może zabraknąć Monachium czyli München, lub jak te miasto nazywają Czesi – Mnichowa. Miasto będące stolicą wolnego Landu Bawarii liczy około półtora miliona mieszkańców. Jest siedzibą wielu znanych na całym świecie koncernów i przy tym miastem bardzo malowniczym. Warto, będąc w Bawarii chociaż na parę dni zatrzymać się w Monachium. Najlepiej we wrześniu, kiedy to rozpoczyna się największy na świecie festyn, zwany Oktoberfest. Organizowany jest na Theresienwiese od roku 1810 i corocznie odwiedzany jest przez miliony turystów. Oczywiście powinno się napić piwa, oraz zjeść golonkę, ale sam nastrój tego festynu jest na tyle niepowtarzalny, że warto chociaż raz w życiu na te święto zajrzeć. Poza Oktoberfest Monachium ma oczywiście o wiele więcej do zaoferowania, warto zajrzeć w przewodniki i relacje turystów, aby znaleźć w Monachium coś dla siebie. To piękne miasto z osobliwym klimatem. Zamieszczam zdjęcia dzisiaj już archiwalne, robione w latach 90-tych, jak już wspominałem, dziwnym aparatem marki niezidentyfikowanej.

Stary ratusz na Marienplatz
BMW

Poniżej wstawiłem fotografie z Oktoberfest, robione z wysokości diabelskiego młyna, z którego rozciągał się wspaniały widok na całą imprezę.

Fotki z wysokości

Patronka Bawaria
Viktualienmarkt
Josephplatz

Na zdjęciu niniejszym przedstawione jest osiedle, będące dawną wioską olimpijska wybudowaną na potrzeby olimpiady z 1972, widziana z wieży telewizyjnej stojącej w parku olimpijskim. Olimpiady niechlubnie wsławionej atakiem terrorystów palestyńskich na delegację izraelską. Podczas brania zakładników i poźniejszej, nieudanej próby ich oswobodzenia przez policję zginęli wszyscy zakładnicy, pięciu terrorystów i niemiecki policjant. Łącznie zginęło podczas tych wydarzeń 17 osób. Patrząc na te budynki, nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby poczuć powiew historii, jakże w tym przypadku tragicznej i bolesnej.

Ogrody Angielskie, położone nad rzeką Isar, zajmujące powierzchnię 375 hektarów.
Monopteros
Jesień w Monachium.
Ogrody botaniczne, niestety jesienią.
Nymphenburg

Co warto odwiedzić będąc w Monachium?

Marienplatz i tuż obok zabytkową wieżę Alte Peter, Nymphenburg, Ogrody Angielskie, Centrum Olimpijskie, Muzeum BMW, Stachus czyli Karlsplatz, Odeonsplatz. Polecam także Deutsche Muzeum – olbrzymie muzeum techniczne z mnóstwem eksponatów, a także Hofbräuhaus, oraz operę i wiele wiele innych zakątków.

Stachus

05. Katedra w Ulm, południowe Niemcy, Badenia-Wirttembergia.

Chcę tu nadmienić o swojej dosyć wyczerpującej wizycie w katedrze w Ulm. Dlaczego wyczerpującej, wspomnę potem, a na razie przytoczę parę suchych danych, koniecznych do zobrazowania porządnego zabytku, jakim jest ta katedra.

Kamień węgielny pod katedrę położono w roku 1377. Katedra w Ulm jest jedną z największych budowli w stylu gotyckim wzniesioną na południu Niemiec. Posiada najwyższą wieżę kościelną na świecie, której wysokość wynosi 161 m. Rozmiary budynku kościoła: długość 123 m, szerokość 48 m. Katedrę budowano z drobnymi przerwami na poprawki i przeróbki do roku a. d. 1543. Od tego roku nastąpiła dluga przerwa w budowie, trwająca aż 300 lat. W latach 1844-1890 nastąpiła druga część budowy, związana również z koniecznym remontem katedry i zabezpieczaniem budynku stojącego od trzech wieków w stanie że tak powiem, nieruszanym.

Podczas drugiej wojny światowej katedra miała dużo szczęścia, albo jak kto woli, wiele opatrzności boskiej i nie została zniszczona w trakcie ciężkich nalotów alianckich na miasto Ulm, mimo że prawie wszystkie budynki stojące wokoło placu katedralnego zostały w wyniku nalotów ciężko uszkodzone. Mimo tego corocznie inwestuje się setki tysięcy euro w utrzymanie substancji budowlanej i remonty bieżące katedry.

Wracam teraz do uzasadnienia, dlaczego moja wizyta była wyczerpująca. Miałem albowiem okazję wejścia na najwyższą wieżę kościelną świata i niech nikt sobie nie pomyśli, iż korzystałem z windy. Zresztą o ile pamiętam, to takowej tam nawet nie było. I teraz to już chyba wszyscy się domyślają powodu mojego wyczerpania. Mianowicie na szczyt wieży prowadzi dokładnie 768 schodów, pod koniec wspinaczki przeciskać się trzeba przez dosyć ciasne miejsca i ciągle kręcić się w kółeczko. Nadmieniam, że schodzenie z wieży katedry z powrotem też nie należy do jakichś imprez wypoczynkowych. Niemniej cała ta mozolna wspinaczka była tego warta, a trochę fotek, robionych z przedpotowego aparatu marki niewiadomej wstawiam poniżej.

Klatka schodowa na górę.
Widok z wieży.
Wrrrrrrr…

04. Konstanz, Jezioro Bodeńskie

Moje pierwsze zetknięcie z Jeziorem Bodeńskim nastąpiło w latach 90-tych zeszłego stulecia. Pisząc zeszłe stulecie, czuję się jakoś dziwnie, tak jakbym wspominał o średniowieczu. Ale ostatecznie nikt nie staje się z dnia na dzień młodszym. Jezioro Bodeńskie to fascynujący akwen, podzielony pomiędzy trzy państwa: Niemcy, Szwajcarię i Austrię, leżący u podnóża Alp. Są to właściwie dwa jeziora, połączone rzeką o długości czterech km, zwaną Seerhein. Powierzchnia jeziora to 473 km kwadratowe, linia brzegowa w całości wynosi 273 km. Na jeziorze Bodeńskim znajduje się też 10 wysp. Okolice są bardzo malownicze, chociaż w letnie dni zapełnione masami turystów. Z wielką przyjemnością powracam tam za każdym razem, kiedy jest to możliwe. Wszystkie zdjęcia w tej części pochodzą z miasta Konstanz i okolic. Jakość fotek nie jest najlepsza, ale już wspominałem-pochodzą z zeszłego stulecia. 🙂

Bodensee
Konstanz, Imperia

03. Schramberg, Niemcy.

Dawno temu, dosyć przypadkowo zaniosło mnie do miejscowości Schramberg w południowych Niemczech. Miejscowość położona jest w Badenii-Wirttembergii, nieopodal autostrady A81, prowadzącej w kierunku Szwajcarii. Miasteczko podzielone jest właściwie na dwa Schrambergi: Schramberg-Sulgen czyli ten górny oraz Schramberg „właściwy” leżący w głębokiej dolinie. Sam zjazd na dół jest zimą nie zawsze bezpieczny ze względu na bardzo krętą drogę. Ponad Schrambergiem wznosi się Hohenschramberg czyli ruiny zamku z XIV wieku stojące na wysokości 632 m npm. Okolica jest bardzo bardzo malownicza, ale to raczej norma w tych stronach. Gdzie nie spojrzysz to napada na człowieka coś ładnego, znienacka pojawia się coś, co z zachwytu zatyka na chwilę oddech a potem napawa miłym uczuciem zadowolenia, że udało nam się coś takiego zobaczyć. Myślę że oprócz tego, iż podróże kształcą, z pewnością czynią z nas także w pewnym sensie lepszych, bardziej otwartych na świat ludzi.