45. Francja, Alpy Motocyklem część trzecia

Dalsza droga, po wyjeździe ze stacji benzynowej była początkowo prosta jak strzelił, co oczywiście szybko się zmieniło. No i bardzo dobrze. Nie po to wszak kupuje się motocykl, aby sobie uskuteczniać jakieś dziwne jazdy po prostych drogach. Przy tym nadal jechaliśmy w kierunku Martigny, zaliczając przy okazji przełęcz Col de la Forclaz, położoną na wysokości 1627 m npm. Ładnie tam było, łaziło sporo ludzi i aż zachęcało do zatrzymania się. Ale mieliśmy nieco napięty grafik na dzień dzisiejszy, więc przejechaliśmy tylko powolutku przez Forclaz, tocząc się w kierunku Martigny.

Zjazd z góry w kierunku miasta Martigny przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Cudowna panorama, cała masa zakrętów, widoki jak z pocztówek. Jechaliśmy dość wysoko, od czasu do czasu widać było między drzewami panoramę miasta, leżącego głęboko w dolinie. Przed wielu jeszcze laty, jako mały chłopak marzyłem o podobnych odkryciach, nie wiedząc nawet, iż takie przepiękne okolice w ogóle istnieją. Dopiero jako dorosły człowiek mogłem rozwijać swoją nieokiełznaną pasję poznawania świata. Podobno na wszystko jest właściwy czas i tego czasu trzeba po prostu wyczekiwać. Jechałem wspaniałym motocyklem przez cudowne okolice, z miłą kobietą na tylnym siodle (kolejność tych ostatnich wyrazów jest oczywiście przypadkowa) i w tym momencie pasowało dosłownie wszystko. Tak chyba wyglądają krótkie momenty szczęścia, zalewające człowieka hormonami radości i zadowolenia. W każdym razie cieszyłem się tą chwilą, która trwała tego dnia całkiem długo, wypełniając radochą całe jestestwo.

Chyba pół godziny zjeżdżaliśmy tak sobie po serpentynach drogi, aż wreszcie wylądowaliśmy w Martigny nieopodal stacji benzynowej. Miałem trochę problemów z odszukaniem dalszej drogi do naszego aktualnego miejsca zamieszkania, wszak jechaliśmy bez żadnej nawigacji, a tylko z mapą. Po wielu kombinacjach, porównywaniach, a nawet gapieniu się na drogowskazy odnalazłem wreszcie dalszy szlak. Tu zatrzymaliśmy się jeszcze koło okazałego wodospadu, spływającego z gór, ale że trzeba było tam paręset metrów dojść na piechotę, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, zwłaszcza iż słoneczko dobrze już przypiekało. Pojechaliśmy więc dalej, w kierunku na Lozannę. Przez zrobione kilometry droga stawała się trochę nużąca. Chcąc odpocząć, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nad rzeką znajdowała się Grota Wróżek (Nymphengrotte) z długimi korytarzami do wędrowania. Samo wejście na górę, tam gdzie znajdowały się kasy biletowe, kosztowały mnie i Julcię wiele wysiłku, a to z konieczności targania ze sobą ciężkiego plecaka motocyklowego, zdjętego z baku. Pewnie by go nawet i nikt tam nie ukradł, ale całkowitej pewności nie mieliśmy. Kasjerka w okienku wykazała pewne zrozumienie, pozwalając nam zostawić ciężki bagaż koło niej, a my mogliśmy sobie pojść w środek góry, aby tam się po ciemnych korytarzach posnuć.

Jechaliśmy więc dalej, w kierunku na Lozannę. Przez zrobione kilometry droga stawała się trochę nużąca, więc usiłując odpocząć, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nad rzeką znajdowała się Grota Wróżek (Nymphengrotte) z długimi korytarzami do wędrowania. Niestety, samo wejście na górę, tam gdzie znajdowały się kasy biletowe, kosztowały mnie i Julcię wiele wysiłku, a to z konieczności targania ze sobą ciężkiego plecaka motocyklowego, zdjętego z baku. Pewnie by go nawet i nikt tam nie ukradł, ale całkowitej pewności nie mieliśmy. Kasjerka w okienku wykazała pewne zrozumienie, pozwalając nam zostawić ciężki bagaż koło niej, a my mogliśmy sobie pojść w środek góry, aby tam się po ciemnych korytarzach posnuć. Na fotkach niestety wiele nie widać, ale zapewniam, iż było tam bardzo ciemno oraz rozkosznie chłodno, co pozwoliło odetchnąć trochę od upału, panującego na zewnątrz. Po wizycie u wróżek, które wyjątkowo dobrze się przed nami pochowały, odwiedziliśmy jeszcze mały zameczek St. Maurice i dalej to była już tylko ciężka praca nad powrotem do hoteliku w St. Jean D’ Aulps. Niezmiennie piękne pozostawały okolice. Zwłaszcza wjazd na górę w kierunku Abondance i Pas de Morgins, cieszył oko i pozostałe zmysły, mimo naszego postępującego zmęczenia. No bo jakoś trzeba było do tego hotelu jednak na noc wrócić. Jakiś czas towarzyszyliśmy pani na niebieskim Harleyu, usiłującej nam pokazać, jak to wspaniale i szybko umie kobita tym sprzętem jeździć. Wierzyliśmy na słowo. Jako że Harley jednak nie jest jakimś motocyklem do sportowej jazdy, tylko spokojnego rozkoszowania się drogą, omal się to źle nie skończyło. Na kolejnym z zakrętów odbiła się jakąś częścią swojej maszyny od asfaltu, tylko cudem opanowując motocykl i nie lecąc razem z nim na śliczny pyszczek. Albo więc chce się powoli pyrkotać po zakrętach, uważając, aby na każdym z nich nie urywać sobie jakiejś części motocykla, albo kupuje się sobie jakiś motocykl sportowy, lub przynajmniej sportowego tourera. Oczywiście kwestia gustu. Potem dziewczyna jechała już o wiele rozważniej, zjeżdżając po paruset metrach z trasy, aby uspokoić swoje nerwy.

Oczywiście, szczególnie we Francji, trzeba uważać na zasyfiałe ziemią, żwirem, albo nawet zwykłym gnojem, drogi, zwłaszcza w regionach rolniczych, gdzie panowie rolnicy nieszczególnie się przejmują tym, co im się akurat wysypało z przyczepy. O wybojach nawet nie wspominam, tak jest to nagminne w tym kraju. Powoli zbliżał się wieczór, a my nadal byliśmy w drodze. Tyłki bolały, ręce, plecki i nogi tak samo, więc siłą rzeczy robiliśmy coraz częstsze postoje, również w celu wyjaśnienia dalszej drogi. Jednak brak nawigacji w dzisiejszych czasach to błąd, bo skoro jest, to trzeba jej używać. A na poszukiwanie dalszej drogi traciliśmy niestety, za dużo czasu. Przy okazji trafiliśmy jeszcze na jakąś zamkniętą drogę, przez co musieliśmy ponad 20 km wracać, szukając innej trasy do hotelu. Gdy już zobaczyliśmy drogowskaz na St. Jean, odetchnęliśmy z ulgą, wiedząc, iż już niedługo będziemy na miejscu. Po przyjeździe do hotelu, rozcierając bolącą dupę, Julcia tylko skwitowała:

-Chciałeś wycieczki na cały dzień, no to miałeś…

Hyhyhy, no kjm, jasne. Chciałem i miałem. Ona wszakże też. Ale co tam. Bolące części ciała mają to do siebie, iż się regenerują, a i tak wieczorkiem mieliśmy nasz lek na wszystko, czyli koniaczek, którym wieczorem w pięknym salonie raczyliśmy się uraczyć. Nie mam pojęcia, ile to km dzisiaj trzasło, ale było ich wiele, bardzo wiele. I wiele filmu, oraz wspomnień do tego też wpadło do archiwum pamięci. Na koniec jeszcze parę fotek salonu i to byłoby na dzisiaj – na tyle.

44. Francja, Alpy motocyklem, część 2.

Po jakimś czasie znudziło nam się wreszcie towarzystwo kóz, więc wsiedliśmy na nasz kochany i solidny środek transportu, ruszając w dalszą drogę. Serpentynkami zjeżdżaliśmy znowu w dół. Chciałem jeszcze po drodze zajechać na bardzo chwalone w internecie pobliskie jeziorko zwane Lac Montriond.

Trzeba tam było skręcić z głównej drogi na bardzo słabo oznaczoną boczną drogę i po krótkim zjeździe lądowało się na parkingu wysypanym żwirkiem, położonym właśnie nad Lac Montriond. Parking ze żwirkiem dla kierującego autem to nic niezwykłego, jednak motocyklem trzeba piekielnie uważać, aby się nie wygruzić, nawet jadąc całkiem powoli. Okazało się, że internet nie kłamał. Jezioro było pięknie położone. Miło było odpocząć nad jego brzegami.

Po takiej fajnej przerwie, naładowani nową energią, ruszyliśmy w dalszą drogę. Widać było, że to okolica wybitnie turystyczna, ponieważ panował całkiem spory ruch na drogach, a ludzie włóczyli się po najdziwniejszych miejscach, albo po prostu zalegiwali na trawce, nad jeziorkiem, albo wśród drzew. Zielona okolica, cudne widoki, można było zachłysnąć się radością przepełniającą człowieka, radością, że dobre duchy pozwalają nam zwiedzać tak śliczne miejsca. Stamtąd nie było już daleko do naszego hotelu.

Następnego dnia, po wyjątkowo dietetycznym i pozbawionym wędlinek śniadaniu, wybraliśmy się w tym kierunku, z którego przyjechaliśmy samochodem, początkowo na Les Gets. Trasa biegła po fajnych zakrętach i wzdłuż rzeczki, przy której robiliśmy przedwczoraj postój naszym transporterem. Panował niestety, spory ruch, zaś auta spowalniały naszą jazdę. Przy jakimś korku dołączyliśmy do grupy motocyklistów, jadących w tym samym kierunku i od tego czasu jechało się już weselej, zwłaszcza że dobrze trzymali tempo. Silnik Hayabusy grał równo i rytmicznie, ciesząc swoim dźwiękiem uszy, a przy tej mocy i maksymalnej prędkości Suzuki nie było problemem trzymać się w grupie. Za to fajnie się zasuwało. Czego by nie mówić o francuskich kierowcach, ale jeśli chodzi o motocyklistów, to bardzo uprzejmie robią miejsce, przepuszczają ich, kiedy jest taka możliwość i bez problemów dają się wyprzedzać, umilając tym jazdę.

Od zakrętów aż kręciło się w głowie. Przepiękna trasa prowadziła niezmordowanie zygzakami naprzód. Przeżywaliśmy esencję marzeń każdego motocyklisty. Tylko miasta stały na przeszkodzie. Tego dnia, dziwnym trafem, wszędzie było pełno. Tak marnowaliśmy cenny czas na omijanie korków, a gdy się już nie dało, no to staliśmy w nich, piekąc sobie tyłki, jak w piekarniku. Słoneczko przygrzewało całkiem mocno. I tak poza tym, jest dość trudno opisać te przeżywane po drodze wrażenia. Przeskoczyliśmy przez Chatillon, zmierzając drogą 902 w kierunku Cluses. Jazda trwała nawet sporo czasu, a my tak do końca nawet nie wiedzieliśmy, dokąd zajedziemy przez cały ten dzień.

I jak to się mówi, wcale nie szkodzi, albowiem dla motocyklisty droga jest celem. W międzyczasie minęliśmy Magland i Sallanches. W Sallanches odłączyliśmy się od sympatycznej grupki, podążajac w kierunku Chamonix Mont Blanc, zaś oni skręcili na Albertville. I znowu byliśmy sami na trasie. Od tego momentu jechaliśmy prostą jak strzała, trasą, nieco się na niej nudząc, no bo nie było tam przez długi czas żadnych zakrętów.

Paręnaście km potem trasa zaczęła się trochę kręcić, zaraz po przejechaniu ponad dwukilometrowego wiaduktu o nazwie Viaduc des Egratz. Wiadukt zresztą bardzo wysoki, którego podpory widać już było z daleka, gdy tak się prezentował na zakręcie. A potem jechaliśmy zapatrzeni w następny, widoczny z autostrady punkt: monumentalny masyw Mont Blanc, jeszcze pokryty śniegiem. Na jakimś parkingu, uwieńczonym małą piramidą, zrobiliśmy sobie wreszcie zasłużony popas i odpoczynek, bo jazda zaczęła nas już dobrze męczyć. Pani J. stwierdziła przy tym, że jej dupa zasnęła. No tak, bywa, trzeba było ją zatem obudzić, klepiąc i stukając w nią zaciśniętymi pięściami. Ten rytuał naprawdę bardzo pomaga w dobrym przekrwieniu tyłka, a przy tym jest to czynność pożyteczna i nawet całkiem przyjemna, kiedy się ją robi dla płci odmiennej.

Po czasie bardziej krótszym, niż dłuższym, dotoczyliśmy się wreszcie do Chamonix, odstawiając motocykl nieopodal przystanku autobusowego i zabierając plecak ze zbiornika, ruszyliśmy w miasto. Nie jest łatwo ciągać ze sobą te całe oporządzenie, ale i zostawić na baku nie ma jak, ze względu na to, iż ktoś może się tym niezdrowo zainteresować i po prostu przywłaszczyć. Chamonix jest niezbyt dużym, ładnym miasteczkiem, położonym u podnóża Mont Blanc, najwyższego zresztą szczytu w Europie. Jest oblegane przez turystów, którzy nie tylko zwiedzają, ale latają na spadochronach, jeżdżą na nartach, wspinają się na góry i uskuteczniają jeszcze wiele innych czynności, jak to robią ludzie na wczasach. Aby wdrapać się, a raczej wjechać kolejką na szczyt Mont Blanc, nie starczyło nam czasu, jednak po mieście trochę się powłóczyliśmy. Aby wdrapać się, a raczej wjechać kolejką na szczyt Mont Blanc, nie starczyło nam czasu, jednak po mieście trochę się powłóczyliśmy. Niestety, musiałem targać ze sobą plecak z baku oraz swój kask, co skutecznie może zepsuć przyjemność zwiedzania jakiegoś miasteczka. Wszystko sporo ważyło, a na dodatek słońce uparło się przygrzewać, co procentowało obfitym poceniem się i częstymi postojami na odpoczynek. Na domach natrafialiśmy na piękne murale, tak doskonale wymalowane, iż można było myśleć, że widzi się rzeczywistość. Dużo kwiatów i rzeczka płynąca przez środek miasta, oraz przepiękna panorama Mont Blanc wynagradzały nam jednak trudy noszenia tych naszych motocyklowych klamotów.

Pobyt w Chamonix był prawdziwym relaksem, ale mieliśmy przed sobą jeszcze powrotną drogę przez góry, więc po wizycie w miasteczku schłodziliśmy się w cieniu drzew, aby nie wsiadać spoceni na motocykl i dopiero potem zapuściliśmy silnik, jadąc w kierunku granicy. Granicę tę, czy tamtą, przekraczaliśmy tego dnia zresztą chyba kilka razy, ale że nikt nas nie zatrzymywał oraz nie raczył zauważać, to i my specjalnie nie przejmowaliśmy się tymi sztucznie przez człowieka wyznaczonymi liniami podziału świata, które na dobrą sprawę nie powinny egzystować, pomijając tu już tradycje narodowe oraz walki o niepodległość, bo gdyby od początku świata nie istniały granice to i nie trzeba byłoby się ciągle mordować o jakiś kawałek ziemi przypisany tym czy innym narodom.

Wyjechaliśmy drogą D1506 na Vallorcine i Martigny. Na horyzoncie widać było wysokie góry, otulone błękitem, wiadomo było już od razu, że nie będziemy jechać po jakiejś nudnej równinie. Piękne trasy, wśród lasów i przełęczy wymagały jednak wiele uwagi, więc kamera umieszczona na hełmie robiła swoją robotę, Julcia kontemplowała widoki, a ja koncentrowałem się na jeździe, ciesząc się kierowaniem Hajci i tym, co ona miała pod bakiem, czyli mocą silnika i jego dźwiękiem. W Vallorcine stał sobie na szosie samochód, w poprzek. Dobrze, że nie jechaliśmy szybko, facet robił jakieś kombinacje z wyciąganiem innego popsutego chyba auta z garażu. Sytuacja może nie tyle groźna, ile śmieszna, bo już z daleka widziałem sprawę. Machnęliśmy sobie sympatycznie  i pojechaliśmy dalej. Tak dotoczyliśmy się do granicy w Chatelard-Frontiere, gdzie też nas nikt nie sprawdzał, za to można było zatankować na zapas i kupić w sklepie parę drobiazgów, jak wodę i coś do przegryzienia. Spotkaliśmy tam też konia przyczepionego do bryczki, oraz tyranozaura w czapeczce klubowej. Oba zwierzaki były sztuczne, chociaż Julcia na początku miała pewne wątpliwości, co do konia, bo wyglądał jednak bardzo autentycznie, zwłaszcza z tyłu.

Ale to naprawdę nie był prawdziwy koń, hehehe. Za benzynę, tak tylko wspomnę, zapłaciliśmy 1,54 franka szwajcarskiego za literek.

KONIEC CZESCI DRUGIEJ.

43. Francja, Alpy motocyklem, część 1.

Razem z Panią J. postanowiliśmy znowu wyruszyć w plener. Tym razem poniosło nas przez Szwajcarię w kierunku Alp francuskich, gdzie do tej pory nasza noga, albo i opona, nigdy jeszcze nie stanęła. Dla odmiany pojechaliśmy transporterem, biorąc ze sobą oczywiście również nasz motocykl, oraz całe oprzyrządowanie, potrzebne do śmigania po górach. Hayabusa, ładnie umocowana pasami podróżowała sobie z tyłu, czekając na okazję zaryczenia silnikiem we Francji, a my w miarę rozluźnieni, siedzieliśmy w tarnsporterze, podziwiając mijane okolice. Najgorsze w samych wyjazdach motocyklem są właśnie dojazdy do miejsc, które chce się pozwiedzać, jak też późniejsze powroty stamtąd. To kosztuje sporo wysiłku i bieżnika opon w motocyklu. Pomijam już niemożność zabrania ze sobą większej ilości mniej lub bardziej potrzebnego bagażu. Tym razem więc chcieliśmy sprawdzić inny wariant podróży. Było nawet przyjemnie. Jedynie wtedy, gdy wyprzedzali nas motocykliści, to jakoś tak się w tym transporterze czuło, jak rybka w konserwie.

Jako że na autostradzie szwajcarskiej można jechać tylko do 120 km/h, trochę trwało, zanim bikerzy znikali na horyzoncie. Jasna rzecz, nikt nie chce mieć z policją szwajcarską do czynienia, zachowującą się często wrednie i wpieprzającą kosmiczne kary za byle przekroczenia. A człek się mimo wszystko jednak cieszył z widoku, nie zapomijając o tym, że ma z tyłu auta też swój motocykl i niedługo będzie mógł na nim pośmigać po krętych, alpejskich drogach. Humory nam dopisywały, jak to zawsze podczas urlopu, kiedy wyrywamy się z naszego stałego otoczenia, jadąc w nieznane. Parę godzin minęło, zanim przejechaliśmy przez Szwajcarię. Mimo że to niezbyt duży kraj, każdy kilometr trzeba oczywiście przejechać, co trwa jakiś tam czasowy odcinek. Jak to było? Droga równa się prędkość podzielona przez czas. Coś tam mi majaczy w głowie jeszcze ze szkoły. Pogoda dopisała wyjątkowo. Błękitne niebo, ciepełko, cudowne widoki z trasy. Kiedy dojechaliśmy przez jakieś wiochy i zakamarki do szerokiej, błękitnej połaci Jeziora Genewskiego, z francuska Lac Leman, wiedzieliśmy, że ponad ¾ trasy mamy już za sobą.

Po minięciu Montreaux, widzianego z autostrady, biegnącej ponad miastem, zjechaliśmy na południowy-wschodni brzeg jeziora, podążając potem jego brzegiem w kierunku Francji. Gdzieś tam też przekroczyliśmy małą granicę, na której nas nikt o nic nie pytał. No i bardzo dobrze, nie musieliśmy marnować czasu na zbędne pogaduszki z celnikami, zwłaszcza że i tak nie było czego przemycać, tak jak za dawnych czasów na granicach w naszych demoludach. Mimo to, do dzisiaj przejeżdżając przez jakąkolwiek granicę, mam takie dziwne uczucie pewnego niepokoju i jakiegoś podniecenia, co z tego wyniknie, chociaż człek wszak nie ma się czego obawiać. Trochę jednak ten mózg był wyprany przez komunę. Tak, tak. Taki już stary jestem. Minęliśmy bardzo piękne, choć małe miasto Evian-les-Bains, słynące z produkcji dobrej wody mineralnej, zapełnione turystami, zwiedzającymi i konsumującymi. Tłok był na ulicach nie lada. Musiałem bardzo uważać na pieszych, oraz spieszących się jak zwykle, motocyklistów, którzy się wciskali tuż przed auto, aby gnać dalej przed siebie. Z wiadomych względów wykazywaliśmy jednak pełne zrozumienie, bo dzisiaj my byliśmy kierowcami samochodu, a jutro mieliśmy być znowu motocyklistami. Po minięciu Thonon-les-Bains wjechaliśmy na bardzo fajną trasę D902 w kierunku La Vernaz, Le Biot i Morzine. Napotkaliśmy motocyklistów wracających z jakiegoś zlotu. Iluż ich było! Taka karawana złożona chyba, nie przesadzając, z dwustu motocykli. Wszyscy jechali w dobrych humorach, machali do nas, a my do nich i zaraz było weselej, oraz  sympatyczniej.

A dalsza trasa była też fajna, ale raczej w sensie motocyklowym. Co ja się na tych zakrętach nakręciłem kierownicą, to wiem tylko ja. Było tam tyle zakrętów, że powoli zacząłem mieć ochotę, aby sobie od tego wszystkiego puścić małego pawia. I trochę się obawiałem, aby nam się Hayabusa z tyłu nie wywróciła, bo nigdy jej po takiej krętej drodze autem nie wiozłem. Kolejny, krótki postój nad szemrzącą rzeczką uleczył mnie z tych dziwnych chęci i reszta drogi przebiegała już w należytym porządku. Zaś Haya była na tyle dobrze zamocowana, że dotrwała bez problemu do samego celu podróży cała i nienaruszona.

Hotel mieliśmy zabukowany w miejscowości Saint Jean d’Aulps, odległej od Morzine o 10 km. Tak więc po zrobieniu 470 km byliśmy na miejscu. Hotel prowadziła para młodych Anglików. Po niemiecku gadali pi razy drzwi, a my za to po angielsku też tak sobie, ale dogadaliśmy się jakoś i już mogliśmy się wprowadzić, następnie wyładować motor i oprzyrządowanie z transportera. Mieliśmy ze sobą rampę, po której wyprowadzenie motocykla poszło bardzo gładko i szybko. Zrobiliśmy to dzisiaj, bo następnego dnia chcieliśmy zaraz po śniadaniu ruszać w plener, a nie bawić się jeszcze w wywlekanie motocykla z auta. Pokój mieliśmy od podwórka, więc było bardzo cicho. Jedynym mankamentem była łazienka i kibelek na korytarzu. Za to na pierwszym piętrze znajdował się wspaniały salon z wygodnymi fotelami i sofą, gdzie się zadekowaliśmy, sącząc powolutku i w bardzo rozsądnych ilościach koniaczek przywieziony ze sobą. Tak zeszło nam do północy, a potem było spanie, które minęło nie wiadomo, kiedy i już był następny dzionek. Śniadanie było takie nijakie, żadnej wędliny, tylko serki, oraz dziwne płatki śniadaniowe, przypominające trociny, tyle że nieco większe. Tak miało być przez następne dni. Zdaje się, iż angielska parka to byli jacyś zamaskowani wegetarianie, albo, o zgrozo, weganie, ale zestawem śniadaniowym nie przysporzyli sobie z naszej strony specjalnej sympatii. Dożeraliśmy więc w trakcie wycieczki, oraz po niej, kupując w pobliskim markecie całkiem niezłe francuskie specjały i zapijaliśmy to piwkiem na wzmocnienie. Okolica była nam nieznana, tym bardziej zachęcająca do jej odkrywania. Jechaliśmy drogą D 902 przez Montriond, w kierunku Avoriaz, obserwując pojawiające się na horyzoncie góry. W miasteczkach trzeba było uważać na garby, umyślnie porobione przez służby drogowe, aby ograniczać prędkość w terenie zabudowanym. Po pierwszych kilku paskudnych podskokach zwracałem już baczniejszą uwagę na oznaczenia na asfalcie. To były takie jakby zęby, skierowane w naszym kierunku i już wiadomo było, że jazda powyżej 30 km/h będzie skutkować podrzutem motocykla oraz przewaleniem się treści żołądkowej w brzuchu w paru kierunkach. Nawet radary nie są tu potrzebne, co nie oznacza, że się nie zdarzają.

Po minięciu Morzine we wspomnianym kierunku Avoriaz zrobiło się wysoko oraz bardzo kręto. Sporo kamyków walało się na asfalcie, co na zakrętach wymagało zdwojonej uwagi. Dwóch zupełnie p…niętych kolarzy jadących z góry z wariacką, jak na rowery prędkością, udawało motocyklistów, zaraz potem ledwo mieszcząc się w zakręcie, ale cóż…Ułańska fantazja nie jest cechą wszak tylko Polaków. Inne narody również miewają ją we krwi. O widokach, które były prawie wszędzie cudowne, nawet nie chcę wspominać, ale wstawię oczywiście kilka fotek, starając się wybrać najlepsze ujęcia z tych okolic. No i jeszcze ten żwir, cholerny żwir, leżący akurat na zakrętach i pochodzący z aut, najeżdżających na to i wyrzucających kamyki na asfalt. Bardzo paskudna rzecz dla motocyklisty i niestety, nagminnie spotykana w Alpach francuskich. Tak jadąc poza tym bardzo malowniczą trasą, dojechaliśmy na przełęcz Col de la Joux Verte, leżącej na wysokości 1260 m npm.

Stamtąd wąziutką smugą asfaltu skierowaliśmy się w kierunku jeziora Lac de Montriond i miejscowości Les Lindarets. Z moich obliczeń wynikało, że szosa na tej przełęczy była szerokości półtora samochodu. Więc się mieściliśmy, nawet, gdy z naprzeciwka jechało jakieś auto. I tu ciekawostka-trafiliśmy nieoczekiwanie do pewnego rodzaju koziej oazy. Kozy były w tej wiosce wszechobecne, a ich wszechobecność była, jak się okazało, właśnie ciekawostką turystyczną. Tutaj zrobiliśmy sobie krótką przerwą, aby siłą rzeczy, podziwiać wioskę, opanowaną przez inwazję kóz. One były wszędzie. Łaziły, żebrały, beczały oraz wydalały, jak to kozy. Trochę też śmierdziało nimi, ale że nie musieliśmy tam zostać na dłużej, podziwialiśmy z uśmiechem na ustach te zwierzątka. To było coś jakby święte krowy w Indiach, tyle że na francuską mikroskalę. W Les Lindarets zrobiliśmy sobie dłuższy popas. A gdy się popas skończy, będę opowiadać Wam dalej.

42. Alzacja motocyklem. Drugie podejście.

Podbudowany poprzednim, fajnym wyjazdem do Alzacji postanowiłem wybrać się tam z moją drugą połówką jabłka, tą ładniejszą oczywiście, żeby kobita sobie również pooglądała fajne okolice. W zasadzie do tej pory nie pisałem nic na temat moich z nią wyjazdów, ale nadszedł chyba czas, aby i ją wprowadzić do mojego bloga. Pani J. towarzyszy mi już od lat w motocyklowych wyprawach. Jest bardzo doświadczoną pasażerką, wytrzymałą, nie sprawiającą żadnego problemu podczas balansowania nawet w najtrudniejszych zakrętach i trzeba byłoby życzyć wszystkim motocyklistom takiej towarzyszki jazdy. Niestety, potrzebuje czasem przerwy na kultywowanie swojego nałogu palenia papierosów, co wcale, a wcale mi się nie podoba. Jednak nie umiem tego u niej zwalczyć, zresztą jest to już dorosła dziewczynka i sama powinna wiedzieć, co sobie robi. To tytułem wprowadzenia. Aby tym razem się nie spieszyć, zabukowaliśmy dwa dni w hotelu we Francji, mając w ten sposób czas na objazd okolic bliższych i dalszych. Pojechaliśmy przez Szwarcwald. Była to wprawdzie dłuższa droga, ale i bardziej malownicza. Wokoło budziła się wiosna, wszystko kwitło na potęgę, aż miło było popatrzeć na piękną przyrodę po tylu miesiącach szarości pozimowej. Pierwszy popas, po przejechaniu ponad 100 km, zrobiliśmy sobie nad jakąś rzeczką. Trzeba było wyprostować kości, wypić wodę, a J. oczywiście chciała sobie zapalić. Było całkiem ładnie, zaś słońce miło przygrzewało. Ciało było pełne endorfin.

Takie postoje są bardzo ważne. Odpoczywa wtedy nie tylko ciało, ale i psychika, więc staram się w granicach dwóch godzin zawsze się zatrzymać na krótszy, lub dłuższy postój. Tym bardziej, kiedy nie jadę motocyklem sam. A z pasażerem, chociażby najbardziej miłym, obciążenie dla kierowcy jest zawsze większe i chciał, nie chciał, czuje się to bardziej w stawach oraz mięśniach. No to się odpoczywa, bo człek nie maszyna. Trochę czasu traciłem też na czytanie mapy, bo nie posiadam motocyklowej nawigacji, która nie chciała mi się jakoś dopasować do Hayabusy. Co oczywiście, utrudnia nieco orientowanie się po drodze, jeśli nie ma się fotograficznej pamięci i nie daje się zeskanować wzrokiem wszystkich topograficznych szczegółów z mapy. Z tego powodu nieraz się błądzi, wynajdując przy okazji nowe szlaki, których nigdy by się nie poznało bez tego pobłądzenia. Nie ma więc tego złego…Jak to mówią motocykliści, wszak to droga jest celem, a niekoniecznie dopiero cel na samym końcu trasy. Od postoju nad rzeczką skierowaliśmy się następnie przez jakieś lasy i dziwną wyboistą trasę, prowadzącą rzekomo w kierunku francuskiej Alzacji. Przez pola, ukwiecone łąki, pagórki, wprost przepiękna trasa, a potem to nawet i jakość asfaltu bardzo się poprawiła.

Pierwszym zidentyfikowanym i zapamiętanym miejscem, bo jechało się akurat niezbyt szybko, było Schweighausen w okręgu Ortenau. Taka typowo rolnicza miejscowość z wieżą kościoła, górującą nad miasteczkiem. Radocha była spora, kiedy się jechało tamtędy, potem w kierunku Kenzingen. Nieraz spotykało się na trasie rolnika-zawalidrogę z traktorem i przyczepą, co zmuszało do hamowania i szybkiego wyprzedzania. No ale każdy musi jakoś żyć, a bez rolników trudno sobie wyobrazić, abyśmy mieli coś do żarcia. Więc tak tylko, profilaktycznie sobie narzekam, a uważać zawsze trzeba, zwłaszcza na trasach prowadzących przez wioski i lasy.

I tak toczyliśmy się dalej, przez Szwarcwald, w kierunku Francji. Zdarzyło się kilka nudnych kawałków, ale takie jest życie motocyklisty. Nie zawsze jedzie się przez superpiękne okolice. Np. w takim Teningen musieliśmy długo się przedzierać przez miejski korek, a słońce i silnik Hayabusy nieźle podgrzewały tyłek. No i wkurwienie przez to dosyć szybko rosło. Dopiero poza miastem udało nam się przez szybszą jazdę dobrze schłodzić. Potem było jeszcze parę innych miasteczek, jak np. Gottenheim, na szczęście udało nam się je bez specjalnych problemów dość szybko zostawić za sobą. Trzeba było dotankować, co J. wykorzystała oczywiście na zajaranie papierosa. Bardzo jej smakowało te palenie na stacji benzynowej, ale udało nam się odjechać bez nieoczekiwanego fajerwerku. Gdzieś stawaliśmy jeszcze koło jakiegoś garażu, w cieniu, oczywiście, trzeba było odetchnąć. Autostradą poszłoby o wiele szybciej, jednak nudniej, a ja się uparłem na jazdę przez Szwarcwald. Wszystko ma ponoć swą cenę, lecz widoki wiosenne były bezcenne, bo darmowe.

Jechaliśmy teraz przez Kraichgau, winiarską krainę położoną nieopodal Freiburga, czyli region znany z wytwarzania dobrych win, znanych w wielu regionach Europy. Kamera nagrywała naszą drogę, jasne że trzeba było to potem obrobić, aby nie zanudzać się podczas oglądania tych filmów, ale i tak wyszło sporo materiału filmowo-fotograficznego. Z historycznego miasta Breisach mieliśmy już niedaleko do francuskiej granicy, a samo miasto znaliśmy z wcześniejszej wizyty, kiedy to zaplątaliśmy się tam nie wiedzieć, dlaczego. Jak to często w naszych dziwnych wyjazdach bywało. Nie dziwi nic. Po długim pieczeniu się na jakichś światłach, wpuszczających na ciasny most, przejechaliśmy wreszcie rzekę Ren koło śluzy w Fessenheim i byliśmy już we Francji.

Jako że droga była wyjątkowo nudna, wyłączyłem kamerę i w związku z tym ciężko jest mi już teraz powiedzieć, jak się dotoczyliśmy do naszego hotelu w małym francuskim miasteczku Urbes. Okolica piękna, pola, pagórki i zieleń. Nic się tam nie działo, co oczywiście, bardzo nam odpowiadało. Mały, ładny hotel z dużym garażem, gdzie nasz motocykl znalazł bez problemu miejsce. Garaż dodatkowo pilnowany był przez psa i kota, co stwarzało pewność, iż nic złego zdarzyć się nie może przy takiej straży.

Właściciele hotelu, dwóch całkiem miłych panów, starali się bardzo, aby umilić nam pobyt. Rano jechali do miasta po świeże bagietki, zaś śniadania były obfite i dobrze zapełniające nasze brzuszki na resztę dnia. Tylko pierwszego dnia nie bardzo mieliśmy okazję, aby przed południem coś dokupić, więc na okolicznym campingu zjedliśmy jakieś frytki z kiełbasą, zapijając to piwem i już byliśmy o parę stopni weselsi, zwłaszcza że fajnie było tak się tam powłóczyć. Do sklepu było ładnych parę kilometrów, co wieczorem mogliśmy stwierdzić, jadąc po drobne zaopatrzenie.

Następnego dnia po śniadaniu wyjechaliśmy w trasę, aby objechać okolice. Jeden z Francuzów, gadający po niemiecku, podpowiedział nam, dokąd jechać, żeby znaleźć motocyklowo interesujące trasy – i tak też zrobiliśmy. Zaraz za Urbes zaczęły się piękne zakręty, lasy, zieleń. Wszystko to zmieszane z konkretnym, basowym dźwiękiem silnika Hayabusy, wiatrem wiejącym w kask, pochylaniem się na zakrętach i wszystkim tym, z czym kojarzy się jazda motocyklem po jeszcze nieznanych drogach. Bo wiadomo, najprzyjemniej odkrywać, zaś znane to już znane i nie posiada swojego dreszczyku nieodkrytej jeszcze tajemnicy. Na tablicach przy szosie widniało, że wjeżdżamy do departamentu Vosges, czyli z Alzacji wjechaliśmy do Wogezów, albo jakoś tak. Minęliśmy przy tym wspominaną przełęcz Col de Bussang (731 m npm), mknąc trasą N66 w kierunku Epinal i tzw. Ballon d’Alsace. Sama już nazwa zwiastowała, iż prostych dróg tam raczej nie będzie, co motocyklistę mogło tylko cieszyć.

Zaczął się region Lorraine i miasteczko Bussang. Mimo że była już wiosna, to jeszcze nie wszędzie zdołało rozbujać się listowie, a to pewnie ze względu na dotkliwe chłody, panujące w tym roku do końca marca. W St. Maurice sur Moselle skręciliśmy w kierunku Belfort, chociaż tak daleko jechać nie chcieliśmy, a jedynie pośmigać po Ballon d’Alsace. I zaraz zaczęły się kolejne zakręty, 90 albo 180 stopni, kolarze, dziury w jezdni, albo całkiem nowy asfalt, na którym też należało uważać, jako że bywa momentami nieco śliski i nie trzyma aż tak dobrze, jak asfalt już zjechany.

Dziwnie brzmiąca przełęcz La Jumenterie miała wysokość 1072 m npm i była już nieco wyższym punktem naszej wędrówki po Alzacji. Ale była to taka łysa przełęcz, bez drzew i mówiąc szczerze, niezbyt ładna. W niektórych miejscach na poboczu leżał sobie jeszcze śnieg, co zresztą nie było problemem, raczej traktowało się go jako pewnego rodzaju ciekawostkę. Najwyższym punktem wyprawy była przełęcz Col de Ballon d’ Alsace o wysokości 1165 m npm, również łysa, ale chociaż z dużym parkingiem oraz restauracją, gdzie można było się posilić. Jeśli ktoś chciał, bo my po tym obfitym śniadaniu nie mieliśmy jeszcze ochoty na jedzenie.

Pamiętać też należy o tym, że zbyt obfite żarcie na tego rodzaju wycieczce, gdzie się nieraz dobrze zapitala, to w górę, to w dół i ciągle pochyla na zakrętach, może się skończyć niespodziewaną cofką, a kto chciałby zrobić to w hełmie? No, chyba nikt. Kolarze również tutaj byli pewną plagą, chociaż bywało, iż ze stromej górki potrafili oni zasuwać w granicach 70 km/h i bywało głupio, kiedy nie można było takiego wyprzedzić, bo zakręt po zakręcie nie dawał takiej możliwości. Albo, co gorsza, gdy cierpiący na przerost ambicji usiłował taki kolarz wyprzedzić motocykl. Trzeba w takich momentach myśleć logicznie i nie dawać się ponosić emocjom, bo w takim terenie byle błąd może się źle skończyć. Niech sobie tam taki jedzie. Odnosi się to też do motocyklistów, zwłaszcza takich, którzy do końca nie opanowali swojej maszyny, no i do tego nie umieją opanować emocji. Wyprzedzają na zakrętach, na podwójnych liniach ciągłych, bujając się na boki jak wańka-wstańka i z daleka już widać, co to za element niedzielno-motocyklowy wyjechał na  trasę. Jadą niebezpiecznie, dla siebie i dla innych. Jak to mówią co niektórzy: be cool. I tak to trzeba robić. A my tymczasem przez Saut de la Truite i Le Puix zjeżdżaliśmy spokojnie w dół Ballon d’ Alsace. Nie da się oddać słowami uczuć ogarniających człowieka podczas takich wypraw, zwłaszcza wiosennych. Piękno natury, okolic, przez które się przejeżdża, rozmów toczonych podczas wypraw i w hotelu, śpiewu ptaków oraz zapachów, tego nie odda żadne słowo. Także na filmie wszystkiego nie widać no i oczywiście nie da się nagrać odczuwanych emocji. Było bardzo fajnie, cieplutko i póki co, nawet spokojnie na szosach.

Słoneczko prażyło coraz mocniej i wszelkie postoje trzeba było organizować w cieniu, no bo wiosna to wiosna, ciepło być w zasadzie musi. Tyle że w skórach i kombinezonach jest na postoju cieplej, niż być powinno, dlatego zacienione miejsca są przez motocyklistów bardzo cenione. Minęliśmy Giromagny i Auxelles Bas, jadąc dalej drogą D12. Trochę błądziliśmy, trzeba było co jakiś czas zerknąć na mapę, aby nie mieć wieczorem jakichś czterystu km do powrotu na nocleg. Więc brak nawigacji kosztował nas dodatkowe postoje, aby pozezować, gdzie tak właściwie jesteśmy. Zwłaszcza, że nas w tych okolicach jeszcze nie było. Zaczął się departament de la Haute-Saone, z miasteczkiem Plancher-Bas, a potem wioseczkami, jak Les Larmets, Fresse, Belonchamp, a droga zmieniła nam się na D97, a potem na D496.

I tak zaliczaliśmy kolejne kilometry i miejscowości. Alzacja nie jest najbogatszym regionem Francji, co daje się zauważyć po drodze i czasami bardzo przypomina polskie mieściny, te mniejsze i położone, tak jak w polskim filmie, daleko od szosy. W mieście Le Thillot znowu zrobiło się ciasno i potrwało, zanim przebiliśmy się dalej, zwłaszcza że obrałem tam niewłaściwy kierunek. Kiedy wylądowaliśmy w naszym hotelu, trzeba rzec, iż odetchnęliśmy z ulgą. Można było się wykąpać, odocząć od trudów jazdy. Zrobiliśmy całkiem sporo kilometrów i teraz był czas na odpoczynek, słuchanie ptaszków, oraz profilaktyczne łażenie po okolicy.

Na powyższym zdjęciu widać nieukończony wiadukt, który zamierzano w 1958 roku wysadzić w powietrze. Stoi do dzisiaj. Wiadukt należał do fragmentu budowanego w latach trzydziestych ośmiokilometrowego tunelu, będącego częścią wielkiego projektu, mającego poprzez przełęcz Bussang połączyć Alzację z dużymi, międzynarodowymi szlakami kolejowymi w kierunku Austrii, krajów Beneluxu i Szwajcarii, oraz wschodniej Francji. Ale ze względów finansowych projekt po prostu upadł, a w czasie II wojny światowej Niemcy urządzili tam swoje warsztaty, produkujące części do samolotów. I przy okazji obóz pracy, bo po co kogoś zatrudniać, jak można sobie wziąć bezpłatnych niewolników…Zresztą, nie tylko to niemiecka tradycja. Najwyraźniej miejscowość ta nie miała zresztą specjalnego szczęścia do ambitnych projektów. Mimo że do trzech razy sztuka, nie próbowano tutaj już nic wielkiego ani projektować, ani budować. Ot tak, chyba na wszelki wypadek. I takim historycznym akcentem zakończyliśmy ten drugi dzionek naszej wyprawy.

Rankiem następnego dnia, oczywiście po dobrym śniadaniu, pożegnaliśmy się z gościnnymi Francuzami i wyjechaliśmy już w kierunku domu. Droga powrotna prowadziła nas przez D13bis i Oderen, Kruth, Wildenstein, a potem przez dalsze śliczne górki i pagórki w dzikich okolicach, jak np. Col du Bramont (956 m npm) z wyjątkowo paskudną drogą gratis, w kierunku La Bresse. Dobrze nam po tym wszystkim zrobił odpoczynek na przystanku autobusowym. Minęliśmy też rzeczkę o nazwie La Moselette, co  było zdrobieniem od La Moselle i co można by przetłumaczyć jako Mozeleczka. Miło, prawda?

Trochę wyżej też był jeszcze śnieg. W tym roku najwyraźniej zima w tych okolicach dała znać o sobie. Oczywiście asfalt był od śniegu wolny, a grube zaspy leżały sobie spokojnie w rowach. Potem była już tylko żmudna droga do domu, m.in. przez znaną mi już Route des Cretes. Staraliśmy się ograniczać nasz bagaż, ale i tak J. musiała wieźć na sobie plecak, który nie zawsze bywał lekki, a przy przyśpieszaniu należało o tym pamiętać. Po pokonaniu zatłoczonego Colmar skierowaliśmy się na Strassburg. Dalsza jazda to była właściwie już bardziej praca, niż przyjemność, bo drogi dość pełne aut. Pojechaliśmy więc autostradami, by nie przedłużać jazdy poprzez drogi lokalne. Wycieczka była dosyć krótka, ale bardzo przyjemna. Mimo to w domu było jeszcze przyjemniej odpoczywać po jej trudach.

I to dzisiaj na tyle. Cześć i czołem! 🙂

41. Alzacja, Wogezy, objazdówka motocyklem

Któregoś sierpniowego dnia udałem się na objazd Alzacji. Ta kraina geograficzna, należąca raz do Francji, a czasami i do Niemiec, leży aktualnie na wschodzie Francji i póki co, nie myśli się o tym, aby po raz kolejny miała zmieniać właściciela. Plan był taki, aby dojechać do miasta Mulhouse autostradą i stamtąd zatoczywszy spore koło, wracać w kierunku Niemiec. Pogoda była zmienna. Raz chmurki, raz słońce, ale generalnie bardzo odpowiednia do grasowania po niemieckich oraz francuskich szosach. Skierowałem się więc autostradą w kierunku Freiburga, tego niemieckiego, bo jest jeszcze Freiburg ( Fryburg) w Szwajcarii, chociaż kierunek nawet się zgadzał. Chciałem zaoszczędzić na czasie, bo wprawdzie Alzację mamy tu zaraz za miedzą, a raczej za rzeką Ren, jednak ja chciałem odwiedzić te nieco bardziej położone w głębi Alzacji okolice. Poza samą jazdą interesowały mnie również takie miejsca, w których Niemcy i Francuzi toczyli zacięte walki podczas pierwszej wojny światowej, mordując się z pasją godną lepszych rzeczy, tysiącami o skrawek zakichanego lasu albo ziemi. Przez piekiełko miasta Muhlhouse przedzierałem się chyba z godzinkę, błądząc i szukając właściwej drogi w kierunku górzystych terenów. Komunikacyjnie rzecz biorąc, Mulhouse nie jest najlepsze do jeżdżenia po nim, a oznakowanie zaliczyłbym raczej do fatalnych. Ale wreszcie udało mi się z tego labiryntu wydrzeć i trafiłem do miasteczka Uffholtz i stamtąd praktycznie jak po sznurku mogłem sobie jechać w kierunku Grand Ballon i innych ciekawych miejscowości, znanych mi z dawnej wyprawy w te okolice Hondą VFR. 

Uffholtz to takie prawdziwie malownicze miasteczko w Alzacji, niemalże jak z pocztówek. Piękne, kręte drogi, dużo lasów i przepiękne widoki sprawiały, że wyprawa zapowiadała się całkiem nieźle. Nie wiedziałem jeszcze, czy będę chciał gdzieś zanocować, czy zrobię tę całą trasę naraz. Kilometrów do przejechania było ponad pięćset, więc powiedziałbym że niezły kawałek, chociaż robiło się nieraz więcej. Ale stawiałem tego dnia na przyjemność z jazdy, a nie na bicie kolejnych rekordów przelotowych. To jednak nie jest mimo wszystko, wygodna jazda samochodem. Ale gdybym tego nie lubił, no to tego nie robiłbym, ot, proste jak drut. Około 30 km za Uffholtz trafiłem na wzgórze Hartmannswillerkopf, gdzie znajduje się mauzoleum wspomnianych walk francusko-niemieckich. Podczas pierwszej wojny światowej w tej okolicy były one wyjątkowo ciężkie. Gra toczyła się o te niezbyt wysokie (957 m npm) wzgórze parę lat, żadna ze stron nie mogła uzyskać jakiejś znaczącej przewagi nad przeciwnikiem. Około 30 tysięcy niemieckich i francuskich żołnierzy zginęło podczas tej bezsensownej walki, drugie tyle zostało rannych. Na miejscu bitwy postawiono wielkie mauzoleum, w którym znajdują się prochy żołnierzy, uczestniczących w bitwie i cmentarz, gdzie leży reszta tych ludzi, mających pecha urodzenia się w bardzo złych czasach.

Uczestniczący w tych walkach żołnierze nazywali te wzgórze Berg des Todes ( góra śmierci) i była to bardzo zasłużona nazwa. Zaraz za mauzoleum i cmentarzem znajduje się wspomniane wzgórze, przetykane gęsto okopami i pozostałościami prowizorycznych bunkrów z tamtych czasów. Ale że na kompletne zwiedzenie tego w istocie bardzo smutnego i ziejącego do dzisiaj powojenną beznadzieją, miejsca, trzeba byłoby poświęcić parę godzin, zdecydowałem się  jechać dalej. Miałem do pokonania sporo kilometrów, m.in. przez znaną drogę o nazwie Route des Cretes, znaną w środowiskach motocyklowych i samochodowych. Wiedzie ona przez najpiękniejsze zaułki Alzacji i Wogezów i przy okazji stanowi coś w rodzaju objazdowej drogi dla turystów. Z drogi tej co i rusz można skręcić w lewo lub w prawo, aby jeszcze bardziej zabłądzić i zagubić się w tych przepięknych okolicach. O ile ma się czas na to i ochotę. Przy tym ludność Alzacji zamieszkuje przeważnie większe miasta. Jadąc przez te góry i doliny napotyka się tylko duże farmy rolnicze, wioski jako takie tylko z rzadka wyłaniają się po trasie, a małe miasteczka również nie są czymś często spotykanym.

Ważne jest przy tym, aby dysponować odpowiednim zapasem paliwa, gdyż stacje benzynowe nie wyrastają tam jak grzyby po deszczu, a bywają okolice z zupełnym ich brakiem. I głupio byłoby stanąć tak w trasie przez własne niedopatrzenie. Co do zaopatrzenia kulinarnego, to tradycyjnie miałem ze sobą zaopatrzenie własne w postaci paru kanapek i wody mineralnej. Więcej niczego do szczęścia nie było mi potrzeba, bo byłem w takich przepięknych okolicach. Wtedy niejako żywię się widokami, „żrę naturę”. I tylko czasami warczący jak niezadowolony piesek, żołądek, przypomina mi o tym, że i on posiada swoje ludzkie prawa. Do żarcia.

Na wyższych partiach trasy potrafiło całkiem porządnie wiać. Miotało motocyklem, co trzeba było brać pod uwagę, zwłaszcza wyjeżdżając z lasu na pola, kiedy nieoczekiwane uderzenie wiatru mogło zakłócić równowagę. Ale wszystko należy do pakietu, kiedy się jedzie motocyklem, a powiedzenie „myśl i przewiduj” nie jest tylko pustym sloganem. Wzgórze Le Grand Ballon, prawie taki francuski Feldberg, podobny z wyglądu i wysokości, wznosi się na wysokość 1325 m npm. Kiedy lata temu tędy przejeżdżałem, stało tam wprawdzie trochę sklepów z pamiątkami, ale panorama na wzgórza była odsłonięta. Aktualnie wzgórze te stanowiło wielki plac budowy, wznosi się tam chyba hotel i jeszcze jakieś inne budynki. Wcale mi się to nie spodobało i dosyć szybko opuściłem tę okolicę. Zaraz potem jechałem już przez lasy okalające gminę Guebwiller. Zakręty, wzgórza, lasy i pola. Niezmiennie pięknie było podczas tej jazdy. Kolegów motocyklistów spotykałem bardzo sporadycznie, ale nie był to weekend, więc nic dziwnego.

Przejechałem przez kolejne wzniesienie, Le Markstein, 1183 m npm, gdzie znajduje się parę barów, hoteli i domków na krzyż, a poza tym tylko trasy do wędrowania i resztki jakichś wyciągów dla narciarzy, uruchamianych chyba tylko w zimie. Coś typowo komercyjnego i jakby w tym miejscu niekoniecznie potrzebnego. Ale niestety, takich „perełek“ bywało niestety więcej, co nie dodawało uroku okolicy, zapaskudzonej komercyjnymi slumsami. Nieraz zatrzymywałem się na krótki postój, wypić nieco wody, albo zjeść kanapkę. Trzy razy wyprzedzałem dwójkę ludzi na skuterach, uparcie jadących przed siebie, chyba nawet w ogóle nie zatrzymujących się, no bo niby jakim cudem mogliby mnie wtedy przeganiać, a potem ja ich?

Na Col de la Schlucht nie było inaczej. Konglomerat zbudowany ku uciesze turytycznych żołądków zapraszał w podwoje, a ja odruchowo dodawałem gazu, aby stamtąd jak najszybciej się oddalić. Bo paskudnie to wyglądało. Skierowałem się zatem na lewo, w kierunku Col du Bonhomme i starając się nie najechać na występujących tutaj ponad miarę turystów jak mruffkuff, popyrkotałem dalej przed siebie. I znowu zrobiło się przyjemniej. Po paru kilometrach znowu napotkałem niemieckich skuterowców, niezmiennie wlokących się ku swojemu celowi. Krajobraz stał się powtarzalny, zakręt w lewo, potem w prawo, prosta przez las, pola, zakręt w lewo i prawo, wjazd na górkę, zjazd z górki itd. No i te podobieństwo okolicy zaczęło rzucać się w oczy. Przypuszczam, że i powoli występujące zmęczenie, czemu usiłowałem zapobiegać, robiąc planowe przerwy i starając się niczym nie stressować.

Do tego wiele razy zatrzymywałem się, aby porównywać mapę i nie błądzić za wiele, to wszystko pożerało oczywiście minuty i godziny, a chciałem tego dnia jednak dojechać do domu. Przejechałem Col du Louchpach i zygzakując w sposób już powyżej opisany, zmierzałem w kierunku St. Marie aux Mines. Następną zaliczoną przełęczą była Col des Bagenelles, dosyć niska jak na Alzację, 905 m npm, ale przyjemnie kręta i malownicza. I po raz czwarty wyprzedziłem skuterników, hahaha! Oraz przejechałem miejscowość Tellure, trafiając zaraz potem do St. Marie aux Mines. Za Musloch zaczęły się już bardziej cywilizowane okolice, co było znakiem, iż powoli wracam ze świata gór i dolin do realnego świata, mrowiącego się ludźmi i przemysłem. Dalej pojechałem na Selestat, Colmar i Strasbourg. Około 50 km jechałem w masie samochodów i niezbyt szybko, nie był to specjalnie miły odcinek. Zrobiło się też paskudnie gorąco, co w niczym nie umiliło dalszej jazdy. Miłe było to, iż miałem ze sobą jeszcze zapasik wody, przewidziany na takie sytuacje. Przed Strasbourgiem dodałem gazu, bo piękna trasa wśród pól aż zachęcała do miłego zasuwania, więc Hayka mogła pokazać, co potrafi. Po przejechaniu rzeki Ren byłem już w Niemczech, jeszcze tylko trochę mieszanki złożonej z autostrady i dróg lokalnych, dosyć nudnej i mogłem wstawić nic a nic nie zziajaną Suzę do garażu, a sam poddać się relaksowi domowemu. Na koniec parę fotek wieńczących dzieło, a dla chętnych jeszcze link na YT z filmem z opisanej tutaj wyprawy.

40. Francja, miasto Belfort i cytadela.

Wracając z krótkiej i szybkiej wyprawy pod nazwą „Trzy kraje w cztery dni”, przyszło mi nocować we francuskim mieście Belfort, położonym we wschodniej Francji, w regionie Bourgogne-Franche-Comte. Mieszka w nim około 150. 000 mieszkańców. Zaraz po zameldowaniu się, mogłem z mojego okna hotelowego, zamiast na miasto, spojrzeć na niedokończony mural, przedstawiający obraz pana Boticellego pt. Narodziny Afrodyty. Na bokach muralu widać fragmenty przygotowywanych dalszych części tego dzieła, ale nie wiem, czy zostało ono sfinalizowane i czy teraz świeci już pełnią blasku. Jednak wyglądało to już wtedy dosyć oryginalnie, taki Boticelli na ścianie domu.

Miasto Belfort jest, powiedziałbym, raczej przeciętnej urody, takie typowo francuskie. Małe lokaliki, mniej lub bardziej podejrzane, kafejki, restauracje, pizzerie oraz parę pomników i rzeka La Savoureuse, jak też deptak spacerowy przy rzece.

Dobrze się tam spacerowało, chociaż późnym wieczorem nie czułem zbyt wielkiego zaufania do otoczenia. Może było to tylko takie subiektywne wrażenie. Moje zainteresowanie wzbudziła, jakżeby inaczej, znajdująca się w tym mieście cytadela, położona na wzgórzu, której symbolem jest wielki, kamienny lew, ładnie podświetlony wieczorem. Niestety, z racji zamykania niektórych części twierdzy na noc, nie udało mi się podejść do lwa na tyle blisko, aby wykonać jakieś w miarę rozsądne zdjęcie. Ale na ile się udało, oceńcie sami.

W nocy oczywiście wszystkie koty są czarne. Po zjedzeniu drobnego posiłku i poprawieniu go zasłużonym piwkiem, albo i dwoma, udałem się na spoczynek. Rano świat wyglądał już znowu inaczej. Nocna ulewa, która nawiedziła Belfort, była bardzo gwałtowna i obfita. Powietrze było rześkie i przyjemne, oczyszczone z kurzu i zachęcające do dłuższego włóczenia się po mieście. Nietrudno zgadnąć, iż zaraz po śniadaniu wybrałem się w kierunku twierdzy. Najwyraźniej miałem jednak do tej twierdzy pecha, ponieważ wczoraj byłem w niej za późno, aby ją zwiedzać, a tego ranka niestety za wcześnie, kiedy wszystko tam jeszcze, włącznie z kasjerami i dozorcami jeszcze słodko spało. A była już godzina 9.30. Postanowiłem więc zobaczyć tyle, ile można było zobaczyć poza strefą płatną i przyznam, iż wcale nie było tak źle. Zaraz przy wejściu natrafiłem na tablicę pamiątkową, z zaskoczeniem konstatując, iż rozumiem, co jest na niej napisane, mimo że po francusku nie umiem rozmawiać. Dopiero po pewnym momencie zrozumiałem, że słowa na tablicy są po polsku! Tak po prostu? No i okazało się, że miasto Belfort pamięta o polskim akcencie, kiedy to w czerwcu roku 1940 Polacy pomagali tam Francuzom w walce z nacierającymi Niemcami. Tablica dwujęzyczna, ale jakoś się tak zaraz miło na sercu zrobiło. Wybaczcie niezbyt wyraźne tło, jednak światło tego dnia było dla fotografii raczej niełaskawe.

W świetle dnia sama cytadela też nie wyglądała już tak ponuro, jak w nocy, mimo iż było jednak pochmurno i światło takie sobie. Potężne gmaszysko, stojące na wzgórzu sprawiało wrażenie siły i potęgi, co jednak w żadnym calu nie przeszkodziło Niemcom w zdobyciu miasta. Jak widać na tablicy pamiątkowej, Francuzom pomagała w obronie polska druga Dywizja Strzelców Pieszych. Po ustaniu walk Polacy wycofali się do Szwajcarii, gdzie zostali internowani i przeczekali tam do końca wojny, pracując przy budowie dróg i wykonując szereg innych pożytecznych prac.

Spacerowanie po twierdzy zajęło mi trochę czasu, mimo wspomnianego zamknięcia niektórych zaułków, bo duży to areał i jak zawsze, po prostu lubię się tak snuć, bez pośpiechu, kiedy znajduję się w interesujących mnie miejscach. Tym razem wdrapywanie się nie było tak wyczerpujące, jak np. w niemieckiej twierdzy w Singen Hochentwiel. Droga dojazdowa do wnętrza cytadeli jest całkiem współczesna i ułatwia dostarczanie czegokolwiek do jej środka. Aha, sam lew został zbudowany w 1880 roku, więc ma już parę latek za grzywą.

Cytadela była zmodernizowana przez słynnego militarnego architekta Vaubana, który dostosował już istniejącą budowlę obronną do nowocześniejszych wymagań militarnych. Jasna sprawa, że na dzisiejszym polu walki taki zabytek nie postałby zbyt długo, ale przecież nie o to chodzi i oczywiście mam nadzieję, iż nigdy nie nastąpi potrzeba weryfikacji moich słów.

Z murów cytadeli rozciąga się piękny widok na miasto Belfort. Podczas wędrówki można zajrzeć do restauracji znajdującej się w twierdzy, aby wypić kawę, albo spróbować czegoś z miejscowych przysmaków. Jako że historię cytadeli można z łatwością odnaleźć w internecie, nie będę tutaj nią Was zanudzać. W każdym razie po obejrzeniu wszystkiego tego, co dało się obejrzeć, skierowałem się znowu z powrotem w stronę miasta, a potem pojechałem już do domu. Na koniec tradycyjnie wrzucam małą kolekcję fotek, ukazujących twierdzę i migawki z ulic Belfort.

39. Transporterem przez przełęcz Grand St. Bernard

Nie zawsze jeżdżę motocyklem po górach, chociaż tę czynność najbardziej lubię. Bywa, że jadę transporterem na dłuższą wycieczkę, zabierając ze sobą pół domu ( czasem też motocykl) i docieram do różnych, jak najbardziej wartych uwiecznienia, miejsc. Jeśli tylko można tamtędy takim transporterem przejechać, gdyż niektóre trasy absolutnie się dla takiego pojazdu nie nadają. Już to ze względu na niskie i zbyt wąskie tunele, albo trasy, którymi można przejechać tylko motocyklem i to z pewnymi trudnościami. Tym razem po przebytej trasie, wiodącej przez 3 kraje, odpoczywałem w bardzo klimatycznym mieście Aosta we Włoszech. Nie był to długi pobyt, ale dzisiaj chcę napisać, jak sam tytuł wskazuje, o przebyciu przełęczy Swiętego Bernarda, prowadzącej z włoskiej doliny Aosty do szwajcarskiego kantonu Wallis. Nie jest to w żadnym wypadku trasa łatwa, za to bardzo widokowa i czarująca wspaniałymi panoramami. Tę piękną, chociaż męczącą trasę, można ominąć, wybierając drogę przez tunel, która to droga jest godna polecenia zwłaszcza zimą, kiedy to stara trasa przez przełęcz jest zamknięta. Niestety wygodna trasa jest płatna – w 2023 roku przejazd motocyklem kosztował 18,50 franków szwajcarskich, auto od 31,50 CHF. Ale coś za coś. Z Aosty droga początkowo nieśmiało, potem coraz bardziej wyraźnie zaczynała wspinać się w górę. Odrapany budynek, stojący na początku wspinaczki, zapewniał, że jadę właściwą drogą, co samo w sobie było już budujące.

Przy wyjeździe z Aosty czuć było w powietrzu bardzo wyraźny zapach wędzonego mięsa. Podejrzewałem szynkę, ale sprawdzić nie było jak. Zaostrzyłem sobie tylko apetyt, jadąc w góry. A trasa wiła się coraz wyżej i stawała się coraz bardziej stroma. Transporter z rytmicznym huczeniem silnika wspinał się cierpliwie coaz wyżej, a na stromiznach redukcja biegów stawała się coraz bardziej częsta, zwłaszcza przed zakrętami, które nierzadko wynosiły 180 stopni.

Historyczne źródła mówią, iż trasa ta wykorzystywana była przez wędrowców już w czasach cesarstwa rzymskiego. Więc nie od dzisiaj i nie od wczoraj był to znany szlak górski dla pielgrzymów, kupców a zapewne i dla przemytników, lub uciekinierów z jednego dobrobytu do innego. A już w XI wieku wybudowano na przełęczy schronisko dla pielgrzymów, nazywane Bernhardhospitz, od którego wzięła się późniejsza nazwa przełęczy. Jest to więc miejsce z długą przeszłością i gdyby tak góry mogły mówić, z pewnością opowiedziałyby wiele pięknych, albo i strasznych historii z różnych czasów. Tymczasem patrzałem sobie z daleka na widniejące na widnokręgu góry i jakieś dziwne zygzaki umieszczone na nich.

Zygzaki zresztą wydawały się być bardzo daleko i nie przypuszczałem, że należą one do trasy. Dopiero potem okazało się, że tak, te zygzaki tak daleko leżące to dalsza część szosy do przejechania. Zaś zygzaki? Były one po prostu tunelami, zabezpieczającymi w niebezpiecznych miejscach drogę przed zasypaniem jej przez lawiny, schodzące z pobliskich stoków. I tylko z daleka wyglądały jak wielkie dżdżownice. Miałem przy tym cichą nadzieję, iż transporter da radę tam się wdrapać, nie stwarzając mi żadnych kłopotów. Awaria auta w takim miejscu kazałaby zapewne całkiem długo czekać na pomoc, a gdyby przytrafiła się w nocy, no to zapewne do rana. Tylko jaki desperat jeździ tamtędy w nocy? Ale i tacy się chyba zdarzają. Oczywiście bywają tam też wypadki. Takim najbardziej znanym i tragicznym był wypadek autobusu w 2005 roku, który to autobus po zjechaniu z trasy runął w 150 metrową przepaść. Zginęło wtedy 12 osób, a 15 zostało rannych. Ci ludzie, którzy podczas wypadku zostali wyrzuceni przez okna koziołkującego autobusu, jakimś dziwnym trafem wszyscy przeżyli. Góry wymagają należnego im respektu, chwila ludzkiej nieuwagi może się źle skończyć. Ale nie wspominajmy już o złych rzeczach.

W drodze zatrzymałem się w miejscu, gdzie szosa tymczasowo biegła prawie poziomo, aby schłodzić silnik transportera i spojrzeć na górską naturę oraz pobliski potoczek. Powietrze było tak rześkie, że dosłownie kłuło w płuca, a każdy oddech sprawiał wrażenie przyjmowania tlenu doskonałej jakości. I ta cisza. Mimo okazjonalnie przemykających pojazdów, cisza ta była wszechogarniająca, tchnąca spokojem. Przypominała, że czasami warto przystopować nasz zbyt szybki tryb życia, poddać się refleksji i urokowi natury, zastanowić się, czy warto być tym przysłowiowym szczurkiem w kołowrocie życia, a może nawet pomyśleć nad zmianą trybu trwania. Fajnie było tak tam postać, tak po prostu i zwyczajnie pomyśleć nad sprawami egzystencjonalnymi. A potem pojechałem dalej.

Transporter marki Iveco trzymał się dzielnie, bez narzekania pokonując kolejne metry wysokości, co mogło tylko cieszyć. Wreszcie, po przejechaniu paru tuneli, podniebnych zakrętów i setek krótkich rzutów okiem na przepiękne okolice, wjechałem na parking przełęczy Grand St. Bernard, zatrzymując się na wysokości 2473 m npm. Po wyjściu z kabiny pobiegłem na tył auta, aby szybko nałożyć na siebie coś cieplejszego, albowiem w krótkich spodenkach zaczął mi marznąć tyłek. No ale co tam, ważniejsze że tam wreszcie dotarłem, tyłek szybko udało się nagrzać. Dookoła stało parę budynków wyglądających na hotele, był jakiś sklepik z pamiątkami, oraz stawek z kaczkami i jakżeby inaczej, pomnik świętego Bernarda.

Oczywiście, wybrałem się na obchód okolicy, bo być w takim miejscu i nie wykonać serii obligatoryjnych foteczek, to wg. mnie byłoby zaniedbaniem kronikarskich obowiązków. Jak zawsze, resztę niech dopowiedzą zdjęcia. Ach no i okazało się jeszcze, że po szwajcarskiej stronie jakość drogi była o wiele gorsza, niż po stronie włoskiej. Ot, takie regionalne rożnice.

To tyle na dzisiaj, czytelnikom życzę wszystkiego dobrego i do następnego sprawozdania.

38. Szwajcaria-Gadmental, góry, kolejka Triftbahn.

Będąc w Szwajcarii, i nie połazić też trochę po wysokich górach, to poważne przeoczenie. Idealnym celem ku temu wydawała się być okolica Gadmen, położona przy szosie prowadzącej do przełęczy Sustenpass. Można tam kolejką wjechać wysoko w góry i powędrować np. w kierunku Triftbrücke, mostu wiszącego nad doliną na zawrotnej wysokości 100 metrów. Chcąc wjechać na górę, trzeba wstać wcześnie rano, aby w ogóle dostać bilety na niezbyt obszerny, mieszczący tylko 8 osób, wagonik kolejki, kursujący dosyć rzadko i kończący służbę około godziny 17ej. A nocleg na dziko w górach wcale mi się nie uśmiechał. Wszystko poszło dobrze, bilet za 24 franki udało mi się kupić i po krótkim oczekiwaniu na stacji kolejki Triftbahn mogłem już zadomowić się w małym wagoniku kolejki, aby jechać na górę. Jeżeli zawędrujecie tam w weekend, spróbujcie przedtem zarezerwować bilety przez internet, gdyż może się okazać, że ich zabrakło i cała planowana wyprawa spali na panewce. Wjazd trwał około 15 minut. Mogłem z góry oglądać głębokie przepaście i rozpadliny skalne, widoczne z kolejki. Podobno można do Triftbrücke dojść też bez wjeżdżania kolejką na piechotę, ale trasę tę polecałbym zatwardziałym wędrowcom, których nie przeraża zasuwanie jakichs 20 km wśród skał, pod górę i z góry. Nie no, naprawdę, tam potrzeba cholernej kondycji-lub korzysta się tak, jak ja to zrobiłem-z kolejki. Co zresztą, posiadania kondycji też nie wyklucza, o czym zdołałem się później przekonać na własnej skórze

Jasne iż taki wjazd kolejką, jeżdżącą na sporej wysokości, może być fajnym przeżyciem, lub przekleństwem dla ludzi mających np. lęk wysokości, lub ogólnie nie przepadających za podróżą w małym wagoniku wiszącym na linach nad przepaściami. Każdy musi wiedzieć, czy to jest coś dla niego, ale osobiście chciałem tam wjechać. Okolice doliny Gadmen są przepiękne i warte odwiedzenia. Po dojechaniu na górę wyszedłem z kolejki, a potem zacząłem schodzić na dół. Najpierw karkołomnymi schodkami, następnie wąską ścieżką wśród owieczek, które próbowały humanitarnie mnie z niej nie zepchnąć i łaskawie mnie omijały.

Kolejne etapy wędrówki wyglądały już tradycyjnie, jak to w górach. Mozolne wspinanie się, wśród skał, górskich łąk, przy wspaniale szumiącym potoku i napawanie się widokami. Plecak niesiony przeze mnie niestety ważył dosyć dużo, ale musiałem mieć coś do picia, jedzenia, oraz cieplejsze ubranie w razie nagłej zmiany pogody, która może w tak wysokich górach nastąpić bardzo szybko. Pierwszy odcinek drogi, po przekroczeniu potoku nazywającego się Triftwasser, był bardzo stromy i męczący. Musiałem na krótkim odcinku pokonać jakieś 200 metrów różnicy poziomów, co może dla Himalaistów nie brzmi imponująco, ale w praktyce trwa i oddech staje się coraz bardziej płytki, podczas wdrapywania się w górę. Oczywiście, że odpoczywałem, cicho przy tym posapując, a nogi pytały, czy to jeszcze daleko…

Do doliny z mostem droga miała trwać rzekomo półtorej godziny, co nie wyglądało na zbyt wielką odległość i miałem nadzieję, że w rozsądnym czasie uda mi się tam dotrzeć, kalkulując czas na złapanie ostatniej kolejki do cywilizacji. Szlak był oznaczony bardzo dobrze, co jakiś czas spotykałem wyraźne tablice z podanym kierunkiem i odległością do celu. Temperatura nie rozpieszczała, ale nie w sensie marznięcia, tylko wręcz przeciwnie. Było po prostu za gorąco, jakies 28 stopni w górach na wędrówce to już średnia przyjemność. Dobrze, iż w wodę zaopatrzony byłem solidnie i co wypociłem, mogłem zaraz uzupełnić.

Szlak bywał momentami nieprzyzwoicie wąski. Po prawej stronie były skały, po lewej stronie płyneła w głębokim wąwozie rzeka. Jakikolwiek niepewny krok, obsunięcie się nogi lub poslizgnięcie się na kamieniach wyślizganych przez setki butów turystów, mogłoby się nieprzyjemnie skończyć. Dlatego nie spieszyłem się, idąc rozważnie i patrząc uważnie pod nogi oraz na boki. Niestety, okazało się, iż wspomniane 90 minut dojścia do mostu Trift było tylko pobożnym życzeniem. Albo to ja szedłem za powoli, albo ten, kto wyliczał czas dojścia do celu, był dla mnie za szybki. W każdym razie skonstatowałem, że nie ma mowy, abym dotarł w rozsądnym czasie do mostu, a co jeszcze mówić o przejściu po nim na drugą stronę doliny oraz obejrzeniu okolicy. W efekcie tego spóźniłbym się na ostatnią kolejkę i wtedy musiałbym chyba spać z owieczkami, albo w jakiejś szopie. Trochę więc zgrzytając zębami, zdecydowałem się na powrót. Mimo tego, iż nie dotarłem do mostu Triftbrücke, mogłem zobaczyć kawałek przepięknych Alp, alpejskiej przyrody, przeżyć miłe godziny na szlaku i wracając, wprawdzie spocony i zmęczony, poczuć mimo tego jakąś wspaniałą radość oraz odprężenie. Zjazd kolejką do Gadmental był już końcowym etapem tej wycieczki. Wstawiam tutaj nieco fotek z przejazdu nad górami. Potem był już tylko dojazd do hotelu Alpenrosse, położonego przy trasie na przełęcz Sustenpass i wieczorne relaksowanie się przy zimnym piwie.

37.Szwajcaria – wodospady w Lauterbrunnen, Trümmelbachfälle.

Lauterbrunnen to małe miasteczko w Szwajcarii, leżące w berneńskim Oberlandzie. Miasteczko otoczone jest wysokimi szczytami alpejskimi. Natura obdarzyła je niespotykaną w innych miastach szwajcarskich liczbą wodospadów, których w tej gminie znajduje się dokładnie 72. Pogoda tego dnia nie była typowo turystyczna, popadywał sobie deszczyk i ogólnie było mokro, jednak nie zawsze możemy wybrać sobie odpowiednią dla nas pogodę do zwiedzania. Pogodziłem się więc z faktem, iż trzeba będzie przy zwiedzaniu trochę zmoknąć.

Tym razem nie jechałem motocyklem, nie obawiałem się więc zbytnio tego deszczu. Kiedy dotoczyłem się do Lauterbrunnen, bez trudu znalazłem duży parking, gdzie mogłem zaparkować samochód. Od samego wjazdu do Lauterbrunnen byłem oczarowany tą okolicą. Dookoła tylko góry, zieleń i wodospady, oraz pasma mgieł, wałęsające się wśród szczytów. Reprezentantem wszystkich wodospadów w regionie Lauterbrunnen można śmiało nazwać wodospad najbardziej widoczny przy wjeździe do miasteczka. Wodospad nazywa się Staubbachfall. Nazwę można by rozszyfrować chyba jako kurzący się wodospad, bo Staub oznacza po niemiecku po prostu kurz. Może chodziło w tym wszystkim o krople wody wyglądające jak kurz, kiedy spada ona z trzystu metrów wysokości na dół. Ale to są tylko moje domysły, mogę się mylić. Pozwalam sobie przecież w tym blogu na daleko idącą wolność interpretacji.

Najciekawsze jest to, iż do wodospadu z miasteczka możemy podejść całkiem blisko, a nawet wspiąć się na galeryjkę położoną w jednej trzeciej wysokości wodospadu. Droga nie jest zbyt męcząca, oszczędzając oddech i uważając na śliskie kamienie, bez trudu wdrapiemy się na ciasną dość galeryjkę. Tu, po pośpiesznym zrobieniu paru obligatoryjnych fotek trzeba ustąpić miejsca innym chętnym do sfotografowania doliny i złapania paru fragmentów wodospadu w obiektyw. Obiektyw nie pozostaje tu zbyt długo suchy, wspomniana kurząca się woda wciska się wszędzie. Dobrze mieć ze sobą coś do przetarcia obiektywu, aby fotki robione na szybko jednak wyszły, przynajmniej kilka z nich. Romantyzm wyziera tam zza każdego niemal kamienia, nic dziwnego, że słynni poeci uwielbiali tę okolicę. Sam Goethe po wizycie w Lauterbrunnen napisał wiersz pt: „Gesang der Geister über den Wassern”, czyli „Pieśń duchów nad wodami”. Tabliczki z ostatnią zwrotką tego wiersza można spotkać w najbardziej zaskakujących miejscach.

W wolnym tłumaczeniu oznacza to:

Duszo człowieka,

Jak bardzo przypominasz wodę

Losie człowieka,

Jak bardzo przypominasz wiatr.

Teraz czas na parę zdjęć z pobytu na galeryjce schowanej za wodospadem Staubbach, ponieważ chcę Was jeszcze porwać dalej, do kolejnych wodospadów schowanych w górach, a raczej w jaskiniach.

Gotowi jesteście? To zapraszam do Trümmelbachfälle.

Wodospady te są czymś wyjątkowym wśród wodospadów. Tutaj woda z okolicznych lodowców położonych na pobliskich szczytach Eiger, Mönch i Jungfrau przepływa przez szczeliny skalne i spada w ilościach do 20.000 litrów na sekundę w głąb góry, a potem przez korytarze wydrążone przez tysiące lat leci z hukiem na dół, aby zamienić się w rzekę płynącą przez dolinę Lauterbrunnen. Kiedy opadów jest dużo, rzeka zamienia się w rwący przez dolinę prąd, który tego dnia też było mi dane zobaczyć, jadąc właśnie w kierunku Lauterbrunnen.

Wejście do wodospadów otwarte jest od kwietnia do listopada. Opłata za osobę dorosłą w tym roku wynosiła 14 Franków szwajcarskich na głowę, opłata za dzieci do 15go roku życia 6 Franków. Jedzenie, picie i pamiątki można kupić przed wejściem do jaskiń. Po wykupieniu biletu winda zawozi nas wysoko na górę, skąd wybranym szlakiem rozpoczynamy schodzenie za wodą umykającą w dół.

Ta woda ryczy, szumi i dudni. Szczególnie te dudnienie jest czymś niezwykłym. Czy powodują to jakieś infradźwięki, czy wibracje, wytwarzane przez setki ton wody spadającej w środku skał, tego nie wiem. Ale przysięgam Wam, że te wibracje i dudnienie czujemy we wnętrzu ciała, szczególnie w okolicy brzucha, tak trochę ponad żołądkiem. Doznanie bardzo dziwne, ciekaw jestem, czy inni też tak to przeżywają. W każdym razie towarzyszyło mi te uczucie aż do chwili, kiedy wyszedłem stamtąd, po dwugodzinnym włóczeniu się po kolejnych etapach zwiedzania, po galeryjkach, zakamarkach i schodach. Niestety, ze względu na małą ilość światła, wiele fotografii po prostu nie wyszło, ale to, co wyszło, wstawiam dla Was tutaj.

Cóż można dodać więcej, opisując miejsce tak piękne i niezwykłe, że nie da się tego opisać dokładnie słowami? Ciężko wymyślić jakieś zwroty i zdania, na oddanie atmosfery panującej w środku tej wibrującej głosem wody góry. Zakończę więc tę relację paroma zdjęciami jako tako udanymi i pójdę szukać pomysłów na nowe relacje dla Was.

36. Francja, cytadela w Bitche

Francja, to kraj, w którym od stuleci bardzo wiele się działo. Wojny, powstania, rewolucje, przewroty pałacowe etc. Podróżując po tym pięknym kraju, zawsze spotkamy interesujące miejsca do zwiedzenia. Jako że interesują mnie militaria, oraz architektura wojskowa, trudno ominąć takie miejsca, jak zamki, twierdze i linie obronne. A we Francji jest tego naprawdę dużo. O linii Maginota wspominałem już we wcześniejszym wpisie, więc nie ma co się powtarzać. Tym razem chciałbym Was zabrać na wycieczkę do wschodniej Francji, nieopodal Strassburga, gdzie odkryłem piękną cytadelę, znajdującą się w miejscowości Bitche.

Dosyć płynna w dawniejszych czasach granica francusko-niemiecka, to również miejsce, gdzie często walczono i każdy chyba metr kwadratowy tej ziemi został skropiony czyjąś krwią. Przebieg granic się zmieniał, miasta trafiały raz do Niemiec, raz do Francji. Cesarze, królowie, książęta i inni krwiopijcy, żyjący na koszt swoich narodów, opętani żądzą uregulowania odwiecznych zadrażnień, wywoływali kolejne konflikty. Burzono jedne zamki, budowano kolejne. Z czasem zmieniała się architektura tych budowli. Wymyślano przecież i budowano też nowe rodzaje broni, którym już średniowieczne zamki nie mogły się oprzeć. Za tym „postępem” musiał iść postęp w architektonicznie nowych budowlach obronnych. Powstawały twierdze i bastiony. Genialni architekci miast pracować nad tworzeniem nowych miejsc zamieszkania dla ludności, żyjącej z reguły w potwornych warunkach, budowali kolejne twierdze i cytadele, aby nadal móc nadal z uporem godnym podziwu wojować i się mordować. Wszystko to w imię wymyślonych przez kolejnego psychopatycznego, zboczonego zbrodniarza, lub zwykłego durnia, przebywającego aktualnie na stołku władcy, ideałów, patriotycznego blablabla i opowieści, jak to będzie znowu pięknie, kiedy się trochę znowu pozabijamy i zdobędziemy parę metrów terenu, należącego aktualnie do kogoś innego. Pomijając już wielką politykę, aby nie zanudzać swym bajdurzeniem, biorę się za opis cytadeli w Bitche. Znajdując się już w mieście, nie jest trudno do cytadeli trafić. Raz, że droga do niej jest dobrze opisana, a dwa, że widać z daleka potężne mury, stojące za wzgórzu, wznoszącym się nad miastem.

U podnóża twierdzy znajduje się wielki parking, gdzie wygodnie możemy zostawić swój pojazd, aby iść na zwiedzanie. Parking nie jest, a przynajmniej nie był płatny, podczas mojej tam wizyty. Jeszcze tylko kupić bilecik, wypożyczyć słuchawki, w których opowiada się historię twierdzy i można iść na zwiedzanie. Trochę pod górkę, czując pod stopami kamienie, pamiętające tamte czasy, aż przekroczymy wielką bramę prowadzącą do tunelu, który wiedzie nadal pod górkę, do drugiej linii umocnień.

Jak się okazuje, twierdza ma trochę polskich akcentów, gdyż w 1718 rok otrzymał ją, praktycznie jako ruinę, w prezencie od Ludwika XIV, swojego teścia, polski król, Stanisław Leszczyński. On zarządził jej odbudowę, która trwała około szesnastu lat. Obecny kształt przybrała twierdza w Bitche w latach 1870-1871. Nad budową czuwał architekt o nazwisku Cormontaigne.

Na zwiedzanie twierdzy dobrze przeznaczyć parę godzin, aby się nie spieszyć, nie ganiać z wywieszonym językiem, nie robić sobie stressu. Smakowanie historii wymaga po prostu czasu, namysłu, zagłębienia się w przeszłość i wyobrażenia sobie tamtych lat. Z wyższych poziomów umocnień widać przepiękną panoramę miasta, zielone pola, lasy. Słychać szum pojazdów, życie nie ustaje ani na moment, a w twierdzy czas jakby się zatrzymał. Wrażenie potęguje to, co słyszymy w słuchawkach, zaś bardzo ciekawie jest, gdy zejdziemy z góry twierdzy do jej podziemi. Na wielkiej ścianie wyświetlany jest film z obrony twierdzy w czasach wojny francusko-pruskiej, słychać zgiełk bitewny, rozkazy dowódców, krzyki żołnierzy, wystrzały armatnie i palbę karabinów. Gwoli informacji, mimo długotrwałego oblężenia przez wojska pruskie, twierdza nie została zdobyta.

Wejście do podziemi znajduje się nieopodal restauracji. Trochę trzeba się naszukać, bo nie jest ono zbyt wyraźnie oznaczone. Potem schodzimy schodami w głąb twierdzy. W podziemiach umieszczone były kwatery żołnierzy, kuchnie, piekarnia, jak też magazyny wszelkich rzeczy potrzebnych do funkcjonowania twierdzy w czasie pokoju i wojny. Nie powiem, aby okolice te wyglądały szczególnie przytulnie, zwłaszcza, kiedy się pomyśli, iż nie było wtedy jeszcze oświetlenia elektrycznego. Takie lampy naftowe czy też i pochodnie niekoniecznie nadawały tym pomieszczeniom blasku, a o świeżym powietrzu można było sobie pomarzyć.

Po chyba godzinnym włóczeniu się po podziemiach i zaglądaniu w zakurzone zakamarki, z pewną ulgą wynurzyłem się na światło dzienne, radując się promieniami słońca, oraz błękitnym niebem nad głową. Oprócz ludzi, z pięknej pogody korzystały także ptaki, oraz wszędobylskie jaszczurki, przemykające w sobie tylko wiadomym celu po murach.

Twierdza w Bitche to całkiem ładny kawał architektury militarnej, nad którym pracowały tysiące ludzi, a który przydał się tak naprawdę chyba tylko dwa razy w czasie swojego istnienia. Czy warto było ją budować, tego nie wiem, ale rachunek ekonomiczny tego molocha jakoś mi nie wychodzi na plus. Czego by jednak nie tutaj nie powiedzieć, jako miejsce do zwiedzania nadaje się jak najbardziej , zwłaszcza w gorące miesiące letnie. Jest tu oczywiście kafejka, gdzie można odpocząć i się posilić. Armaty były również, wystawione na pokaz i wyglądały na bardzo zadbane, jakby ktoś je codziennie pucował. Drobne ślady rdzy należą do pakietu, poza tym stoją one ciągle na powietrzu, w rozmaitych warunkach atmosferycznych.

W co by tu tak sobie wystrzelić?

Długo trwało, zanim udało mi się obejść całą twierdzę. Wreszcie, dosyć zmęczony, uznałem, że widziałem tyle, iż wystarczy już tego zachłystywania się historią. Opuszczając mury cytadeli w Bitche byłem jednak bardzo zadowolony z pobytu w tym miejscu, robiąc na pożegnanie jak zwykle, za dużo fotek, z których trudno wybrać te najlepsze do wstawienia tutaj dla Was. Mam nadzieję że się spodobają chociaż niektóre z nich. To tyle na dzisiaj, żegnam się jak zwykle galeryjką fotek, pozdrawiając serdecznie czytelników tu zaglądających.