Dalsza droga, po wyjeździe ze stacji benzynowej była początkowo prosta jak strzelił, co oczywiście szybko się zmieniło. No i bardzo dobrze. Nie po to wszak kupuje się motocykl, aby sobie uskuteczniać jakieś dziwne jazdy po prostych drogach. Przy tym nadal jechaliśmy w kierunku Martigny, zaliczając przy okazji przełęcz Col de la Forclaz, położoną na wysokości 1627 m npm. Ładnie tam było, łaziło sporo ludzi i aż zachęcało do zatrzymania się. Ale mieliśmy nieco napięty grafik na dzień dzisiejszy, więc przejechaliśmy tylko powolutku przez Forclaz, tocząc się w kierunku Martigny.







Zjazd z góry w kierunku miasta Martigny przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Cudowna panorama, cała masa zakrętów, widoki jak z pocztówek. Jechaliśmy dość wysoko, od czasu do czasu widać było między drzewami panoramę miasta, leżącego głęboko w dolinie. Przed wielu jeszcze laty, jako mały chłopak marzyłem o podobnych odkryciach, nie wiedząc nawet, iż takie przepiękne okolice w ogóle istnieją. Dopiero jako dorosły człowiek mogłem rozwijać swoją nieokiełznaną pasję poznawania świata. Podobno na wszystko jest właściwy czas i tego czasu trzeba po prostu wyczekiwać. Jechałem wspaniałym motocyklem przez cudowne okolice, z miłą kobietą na tylnym siodle (kolejność tych ostatnich wyrazów jest oczywiście przypadkowa) i w tym momencie pasowało dosłownie wszystko. Tak chyba wyglądają krótkie momenty szczęścia, zalewające człowieka hormonami radości i zadowolenia. W każdym razie cieszyłem się tą chwilą, która trwała tego dnia całkiem długo, wypełniając radochą całe jestestwo.










Chyba pół godziny zjeżdżaliśmy tak sobie po serpentynach drogi, aż wreszcie wylądowaliśmy w Martigny nieopodal stacji benzynowej. Miałem trochę problemów z odszukaniem dalszej drogi do naszego aktualnego miejsca zamieszkania, wszak jechaliśmy bez żadnej nawigacji, a tylko z mapą. Po wielu kombinacjach, porównywaniach, a nawet gapieniu się na drogowskazy odnalazłem wreszcie dalszy szlak. Tu zatrzymaliśmy się jeszcze koło okazałego wodospadu, spływającego z gór, ale że trzeba było tam paręset metrów dojść na piechotę, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, zwłaszcza iż słoneczko dobrze już przypiekało. Pojechaliśmy więc dalej, w kierunku na Lozannę. Przez zrobione kilometry droga stawała się trochę nużąca. Chcąc odpocząć, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nad rzeką znajdowała się Grota Wróżek (Nymphengrotte) z długimi korytarzami do wędrowania. Samo wejście na górę, tam gdzie znajdowały się kasy biletowe, kosztowały mnie i Julcię wiele wysiłku, a to z konieczności targania ze sobą ciężkiego plecaka motocyklowego, zdjętego z baku. Pewnie by go nawet i nikt tam nie ukradł, ale całkowitej pewności nie mieliśmy. Kasjerka w okienku wykazała pewne zrozumienie, pozwalając nam zostawić ciężki bagaż koło niej, a my mogliśmy sobie pojść w środek góry, aby tam się po ciemnych korytarzach posnuć.














Jechaliśmy więc dalej, w kierunku na Lozannę. Przez zrobione kilometry droga stawała się trochę nużąca, więc usiłując odpocząć, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nad rzeką znajdowała się Grota Wróżek (Nymphengrotte) z długimi korytarzami do wędrowania. Niestety, samo wejście na górę, tam gdzie znajdowały się kasy biletowe, kosztowały mnie i Julcię wiele wysiłku, a to z konieczności targania ze sobą ciężkiego plecaka motocyklowego, zdjętego z baku. Pewnie by go nawet i nikt tam nie ukradł, ale całkowitej pewności nie mieliśmy. Kasjerka w okienku wykazała pewne zrozumienie, pozwalając nam zostawić ciężki bagaż koło niej, a my mogliśmy sobie pojść w środek góry, aby tam się po ciemnych korytarzach posnuć. Na fotkach niestety wiele nie widać, ale zapewniam, iż było tam bardzo ciemno oraz rozkosznie chłodno, co pozwoliło odetchnąć trochę od upału, panującego na zewnątrz. Po wizycie u wróżek, które wyjątkowo dobrze się przed nami pochowały, odwiedziliśmy jeszcze mały zameczek St. Maurice i dalej to była już tylko ciężka praca nad powrotem do hoteliku w St. Jean D’ Aulps. Niezmiennie piękne pozostawały okolice. Zwłaszcza wjazd na górę w kierunku Abondance i Pas de Morgins, cieszył oko i pozostałe zmysły, mimo naszego postępującego zmęczenia. No bo jakoś trzeba było do tego hotelu jednak na noc wrócić. Jakiś czas towarzyszyliśmy pani na niebieskim Harleyu, usiłującej nam pokazać, jak to wspaniale i szybko umie kobita tym sprzętem jeździć. Wierzyliśmy na słowo. Jako że Harley jednak nie jest jakimś motocyklem do sportowej jazdy, tylko spokojnego rozkoszowania się drogą, omal się to źle nie skończyło. Na kolejnym z zakrętów odbiła się jakąś częścią swojej maszyny od asfaltu, tylko cudem opanowując motocykl i nie lecąc razem z nim na śliczny pyszczek. Albo więc chce się powoli pyrkotać po zakrętach, uważając, aby na każdym z nich nie urywać sobie jakiejś części motocykla, albo kupuje się sobie jakiś motocykl sportowy, lub przynajmniej sportowego tourera. Oczywiście kwestia gustu. Potem dziewczyna jechała już o wiele rozważniej, zjeżdżając po paruset metrach z trasy, aby uspokoić swoje nerwy.












Oczywiście, szczególnie we Francji, trzeba uważać na zasyfiałe ziemią, żwirem, albo nawet zwykłym gnojem, drogi, zwłaszcza w regionach rolniczych, gdzie panowie rolnicy nieszczególnie się przejmują tym, co im się akurat wysypało z przyczepy. O wybojach nawet nie wspominam, tak jest to nagminne w tym kraju. Powoli zbliżał się wieczór, a my nadal byliśmy w drodze. Tyłki bolały, ręce, plecki i nogi tak samo, więc siłą rzeczy robiliśmy coraz częstsze postoje, również w celu wyjaśnienia dalszej drogi. Jednak brak nawigacji w dzisiejszych czasach to błąd, bo skoro jest, to trzeba jej używać. A na poszukiwanie dalszej drogi traciliśmy niestety, za dużo czasu. Przy okazji trafiliśmy jeszcze na jakąś zamkniętą drogę, przez co musieliśmy ponad 20 km wracać, szukając innej trasy do hotelu. Gdy już zobaczyliśmy drogowskaz na St. Jean, odetchnęliśmy z ulgą, wiedząc, iż już niedługo będziemy na miejscu. Po przyjeździe do hotelu, rozcierając bolącą dupę, Julcia tylko skwitowała:
-Chciałeś wycieczki na cały dzień, no to miałeś…
Hyhyhy, no kjm, jasne. Chciałem i miałem. Ona wszakże też. Ale co tam. Bolące części ciała mają to do siebie, iż się regenerują, a i tak wieczorkiem mieliśmy nasz lek na wszystko, czyli koniaczek, którym wieczorem w pięknym salonie raczyliśmy się uraczyć. Nie mam pojęcia, ile to km dzisiaj trzasło, ale było ich wiele, bardzo wiele. I wiele filmu, oraz wspomnień do tego też wpadło do archiwum pamięci. Na koniec jeszcze parę fotek salonu i to byłoby na dzisiaj – na tyle.






