37.Szwajcaria – wodospady w Lauterbrunnen, Trümmelbachfälle.

Lauterbrunnen to małe miasteczko w Szwajcarii, leżące w berneńskim Oberlandzie. Miasteczko otoczone jest wysokimi szczytami alpejskimi. Natura obdarzyła je niespotykaną w innych miastach szwajcarskich liczbą wodospadów, których w tej gminie znajduje się dokładnie 72. Pogoda tego dnia nie była typowo turystyczna, popadywał sobie deszczyk i ogólnie było mokro, jednak nie zawsze możemy wybrać sobie odpowiednią dla nas pogodę do zwiedzania. Pogodziłem się więc z faktem, iż trzeba będzie przy zwiedzaniu trochę zmoknąć.

Tym razem nie jechałem motocyklem, nie obawiałem się więc zbytnio tego deszczu. Kiedy dotoczyłem się do Lauterbrunnen, bez trudu znalazłem duży parking, gdzie mogłem zaparkować samochód. Od samego wjazdu do Lauterbrunnen byłem oczarowany tą okolicą. Dookoła tylko góry, zieleń i wodospady, oraz pasma mgieł, wałęsające się wśród szczytów. Reprezentantem wszystkich wodospadów w regionie Lauterbrunnen można śmiało nazwać wodospad najbardziej widoczny przy wjeździe do miasteczka. Wodospad nazywa się Staubbachfall. Nazwę można by rozszyfrować chyba jako kurzący się wodospad, bo Staub oznacza po niemiecku po prostu kurz. Może chodziło w tym wszystkim o krople wody wyglądające jak kurz, kiedy spada ona z trzystu metrów wysokości na dół. Ale to są tylko moje domysły, mogę się mylić. Pozwalam sobie przecież w tym blogu na daleko idącą wolność interpretacji.

Najciekawsze jest to, iż do wodospadu z miasteczka możemy podejść całkiem blisko, a nawet wspiąć się na galeryjkę położoną w jednej trzeciej wysokości wodospadu. Droga nie jest zbyt męcząca, oszczędzając oddech i uważając na śliskie kamienie, bez trudu wdrapiemy się na ciasną dość galeryjkę. Tu, po pośpiesznym zrobieniu paru obligatoryjnych fotek trzeba ustąpić miejsca innym chętnym do sfotografowania doliny i złapania paru fragmentów wodospadu w obiektyw. Obiektyw nie pozostaje tu zbyt długo suchy, wspomniana kurząca się woda wciska się wszędzie. Dobrze mieć ze sobą coś do przetarcia obiektywu, aby fotki robione na szybko jednak wyszły, przynajmniej kilka z nich. Romantyzm wyziera tam zza każdego niemal kamienia, nic dziwnego, że słynni poeci uwielbiali tę okolicę. Sam Goethe po wizycie w Lauterbrunnen napisał wiersz pt: „Gesang der Geister über den Wassern”, czyli „Pieśń duchów nad wodami”. Tabliczki z ostatnią zwrotką tego wiersza można spotkać w najbardziej zaskakujących miejscach.

W wolnym tłumaczeniu oznacza to:

Duszo człowieka,

Jak bardzo przypominasz wodę

Losie człowieka,

Jak bardzo przypominasz wiatr.

Teraz czas na parę zdjęć z pobytu na galeryjce schowanej za wodospadem Staubbach, ponieważ chcę Was jeszcze porwać dalej, do kolejnych wodospadów schowanych w górach, a raczej w jaskiniach.

Gotowi jesteście? To zapraszam do Trümmelbachfälle.

Wodospady te są czymś wyjątkowym wśród wodospadów. Tutaj woda z okolicznych lodowców położonych na pobliskich szczytach Eiger, Mönch i Jungfrau przepływa przez szczeliny skalne i spada w ilościach do 20.000 litrów na sekundę w głąb góry, a potem przez korytarze wydrążone przez tysiące lat leci z hukiem na dół, aby zamienić się w rzekę płynącą przez dolinę Lauterbrunnen. Kiedy opadów jest dużo, rzeka zamienia się w rwący przez dolinę prąd, który tego dnia też było mi dane zobaczyć, jadąc właśnie w kierunku Lauterbrunnen.

Wejście do wodospadów otwarte jest od kwietnia do listopada. Opłata za osobę dorosłą w tym roku wynosiła 14 Franków szwajcarskich na głowę, opłata za dzieci do 15go roku życia 6 Franków. Jedzenie, picie i pamiątki można kupić przed wejściem do jaskiń. Po wykupieniu biletu winda zawozi nas wysoko na górę, skąd wybranym szlakiem rozpoczynamy schodzenie za wodą umykającą w dół.

Ta woda ryczy, szumi i dudni. Szczególnie te dudnienie jest czymś niezwykłym. Czy powodują to jakieś infradźwięki, czy wibracje, wytwarzane przez setki ton wody spadającej w środku skał, tego nie wiem. Ale przysięgam Wam, że te wibracje i dudnienie czujemy we wnętrzu ciała, szczególnie w okolicy brzucha, tak trochę ponad żołądkiem. Doznanie bardzo dziwne, ciekaw jestem, czy inni też tak to przeżywają. W każdym razie towarzyszyło mi te uczucie aż do chwili, kiedy wyszedłem stamtąd, po dwugodzinnym włóczeniu się po kolejnych etapach zwiedzania, po galeryjkach, zakamarkach i schodach. Niestety, ze względu na małą ilość światła, wiele fotografii po prostu nie wyszło, ale to, co wyszło, wstawiam dla Was tutaj.

Cóż można dodać więcej, opisując miejsce tak piękne i niezwykłe, że nie da się tego opisać dokładnie słowami? Ciężko wymyślić jakieś zwroty i zdania, na oddanie atmosfery panującej w środku tej wibrującej głosem wody góry. Zakończę więc tę relację paroma zdjęciami jako tako udanymi i pójdę szukać pomysłów na nowe relacje dla Was.

35.Szwajcaria, Aareschlucht w dolinie Haslital.

Ponownie wybrałem się do Szwajcarii. Tym razem, aby odwiedzić przełęcz Aareschlucht, leżącą pomiędzy miejscowościami Meiringen i Innertkirchen. Piękne miejsca w Szwajcarii niejednokrotnie leżą w miejscach niezbyt znanych, o których bywa, iż dowiadujemy się przypadkowo, od znajomych lub dzięki informacjom w prasie, tv czy też internecie. Podobnie było z Aareschlucht, na której ślad trafiłem, szukając ciekawych miejsc w Szwajcarii. Zaintrygowany opisami oraz fotografiami umieszczonymi online, postanowiłem pojechać do Meiringen. Trafić do tej atrakcji turystycznej nie jest trudno, ponieważ na skale stojącej tuż obok drogi prowadzącej z Meiringen w kierunku Innertkirchen, znajduje się wielki napis, którego przeoczyć nie sposób. Znajduje się tam też parking, oraz wejście do przełęczy, prowadzące przez kasę. Niestety, żyjemy w czasach, kiedy rzeczy dane wszystkim ludziom przez naturę zostają przez kogoś prawem kaduka zawłaszczone, z jakich to też powodów i pobiera się za to opłaty w brzęczącej walucie. Nie chcę dalej wchodzić w te moje rozumowanie, ale nie zawsze posiadam myśli zgodne z ogólnymi trendami, a co na jakiś temat powiedzieć mam, to i tak powiem. Tylko na blogu turystycznym nie chcę nikomu zawracać głowy polityką, albo tym, co myśli Lezio na temat świata, bo należałoby zaraz zakładać blog dodatkowy, jako załącznik. A myśli miliony w głowie wciąż się plącze. Więc po zaparkowaniu na parkingu i uiszczeniu opłaty w wysokości 8 Franków szwajcarskich, już od wejścia mogłem cieszyć się panoramą przełęczy, zapominając zaraz o tym, ile to butelek piwa mógłbym za to kupić.

Była już późna jesień i turystów niewielu, co mogło tylko cieszyć. Tak jak większość ludzi, nie przepadam za zwiedzaniem w tłoku i ścisku. Nie zawsze się uda tak dobrze trafić, bo nie jesteśmy na tym świecie sami, lecz tym razem pora mi sprzyjała, jakkolwiek był to czysty przypadek. Aareschlucht, uformowana wodami pobliskich lodowców, drążących dolinę przez tysiące lat, cieszy oczy i resztę zmysłów. Chodząc po kładkach zbudowanych wśród skał, słyszy się szemranie wody, potoki spływające po skałach, szum nielicznych drzew, uczepionych desperacko kamieni. Widzi się rzekę płynącą na dnie kanionu. Czuje się zapach wody i mokrych głazów. Zadzierając głowę do góry, nie zawsze zauważymy błękit nieba, które bywa tu całkowicie zasłonięte przez wysokie skały i tylko niewielki prześwit błyśnie tu i ówdzie, uświadamiając nam, iż życie trolla jaskiniowego, czy też kobolda, mogło być trudne, samotne i niezbyt wesołe. Na szczęście byłem tu jedynie gościem, wiedząc że po kilku godzinach wrócę do zgiełku świata, zabierając ze sobą wrażenia, oraz obrazy utrwalone dzięki dobrodziejstwu wynalazku fotografii, dawniej na kliszy, a teraz na czipie aparatu.

Pomosty nad rzeką Aare położone są od wejścia całkiem wysoko, ale osoby nie przepadające za większą, niż pół metra, odległością od Ziemi, zapewniam, że dziwne wrażenie szybko mija, ponieważ schodzi się coraz niżej, coraz bliżej lustra rzeki i nie ma się czym martwić, jako że balustrada zapewnia bezpieczne chodzenie po pomostach nawet, kiedy są one rano, zwłaszcza jesienią, nieco mokre. Rzeka Aare posiada miły kolor błękitny, ze względu na zawartość minerałów, nadających wodzie tego rodzaju kolor.

Wody było tej jesieni niezbyt wiele. Na rzece zdarzały się miejsca, gdzie kamienie, do tej pory pokryte wodą, pokazywały swoje oblicza. Bywają jednak lata, kiedy Aareschlucht jest tak pełna wody, a prąd rzeki tak silny, że zamyka się te miejsce dla turystów, ze względu na ich bezpieczeństwo. Po przejściu pomostów i paręset metrów szlaku, zaczynają się korytarze wykute w skałach, gdzie nawet latem jest dosyć chłodno i należy pamiętać o tym, aby mieć coś ciepłego na grzbiecik, ot tak, na wypadek, kiedy zimno zacznie nami trząść pomino zewnętrznej temperatury w granicach 25 stopni w plusie.

Korytarze wykute w skałach są oświetlone, ale osoby o wyższym wzroście, takie jak np. ja, muszą uważać, aby nie nabić sobie guza w szale zwiedzania i nagłego zagapienia się. Gapiostwo spowodowane zachwytem nagłym widokiem zdarza mi się niestety od czasu do czasu, taki już jestem i nie da rady tego zmienić. Więc też staram się uważać. Od guza do guza, od siniaka do następnego.

A tymczasem droga stawała się nieco węższa. Czułem się trochę ograniczony, w sensie naturalnie fizycznym, bo skały z lewej i z prawej jakoś tak się dziwnie nachylały, zbliżały z lewej i z prawej strony, czasem osuwał się w dół jakiś kamyczek. Mogłem teraz lepiej zrozumieć żeglarzy, płynących między Scyllą i Charybdą. Lecz widziałem już światełko w tunelu, migające z daleka, mogłem więc radośnie zanurzyć się w mokre korytarze przełęczy.

Były tam oczywiście dalsze przejścia, pomosty i jakieś dziwne coś, patrzące zaciekawionym wzrokiem na przybysza. Nie podchodziłem jednak bliżej, nie usiłując pogłaskać, ani zagadywać i zaraz oddaliłem się w inne strony jaskiń. Tak myślę sobie teraz, że to był jakiś zmęczony pluciem ogniem smok, który szukał spokoju od codziennego zgiełku i akurat tam znalazł sobie spokojny kącik. Ale tak do końca pewien nie jestem. Trzeba byłoby zapytać dzieci, one na pewno wiedziałyby, co to jest. No i wiecie co? Ludzie kochani, tam jest po prostu pięknie! Co tam jakiś smok, przecież to nie jest powód, aby tego miejsca nie odwiedzić. Więc gdy tylko znajdziecie okazję, pakujcie plecaki i odwiedzajcie Szwajcarię, nie tylko Aareschlucht, ale i inne śliczne miejsca w tym kraju.

Tak chodziłem tam sobie, oglądałem, podziwiałem, i fotografowałem, czytając przy tym rozmaite tabliczki poglądowe. I że np. przełęcz dostępna jest dla turystów dopiero od dwudziestego wieku, wcześniej pokonywaną ją tylko łodziami. I że całkowita długość Aareschlucht wynosi 1400 metrów, zaś głębokość około 200 metrów.

Kiedy dojdziemy już do końca przełęczy, można wrócić z powrotem tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, lub dojechać koleją jeden przystanek. I tak, istnieją właściwie dwa wejścia do Aareschlucht. Z tym, że wchodząc tym wejściem, przy którym ja zakończyłem swoją wędrówkę, trzeba zasuwać pod górę. Trzeba się więc doinformować, co dla nas byłoby lepsze. Wybór należy do Ciebie, jak to tam ktoś kiedyś powiedział. Na zakończenie parę widoczków z okolic Aareschlucht, rzut okiem na rzekę Aar, płynącą już wolnym korytem, nie w ścisku i stressie, oraz szyny kolejowe, prowadzące w daleki, znany i nieznany świat. 🙂