Friedrichshafen, miasto na południu Niemiec, położone nad jeziorem Bodeńskim. Ojczyzna Zeppelinów i miasto wybitnie turystyczne. Drugie po Konstanz co do wielkości miasto w regionie niemieckiej części jeziora Bodeńskiego. Latem dość zapełnione turystami, odwiedzającymi je, można powiedzieć, całymi stadami. Najlepiej zwiedzać Friedrichshafen przed, albo po sezonie, ale jeśli przypadkiem trafi się tu podczas sezonu, to też przecież nic się nie zrobi źle. Należy się tylko liczyć z wyższymi cenami hoteli no i oczywiście taką możliwością, że do wynajęcia może wtedy nie być ich wcale.
Nostalgia nad jeziorem Bodeńskim
Kamieniczki nad jeziorem
Widoki z wieży w porcie
Friedrichshafen
Port i promy
Obok zakładów Zeppelina, miał tu też swoją siedzibę Maybach Motorenwerke, zakład znany obecnie na całym świecie z produkcji swych luksusowych aut. Również zakłady Dorniera, producenta samolotów bojowych, znajdowały się we Friedrichshafen. Łącznie około 14.000 robotników przymusowych pracowało w czasach II wojny światowej w zakładach Zeppelina, Dorniera, Maybacha i fabryki kół zębatych Zahnradfabrik AG. Tutaj został wyprodukowany słynny sterowiec Hindenburg, który uległ głośnej katastrofie podczas lądowania po transatlantyckim locie w Nowym Jorku. Zginęło wtedy 36 ludzi i po tej katastrofie produkcja Zeppelinów została wstrzymana. Nie znaczy to, że czasami nad jeziorem Bodeńskim nie można spotkać sterowca, wręcz przeciwnie. Latają. Za symboliczną 🙂 opłatą 255 Euro można skorzystać z półgodzinnego lotu nad jeziorem Bodeńskim. Dłuższe loty kosztują oczywiście nieco więcej.
Prowadząc Zeppelina
Co robić we Friedrichshafen? Wszystko zależy od indywidualnych potrzeb kogoś odwiedzającego te miasto. Można pozwiedzać miasto. Popłynąć promem do któregoś z sąsiednich, równie malowniczych, jak Friedrichshafen, miast jak Meersburg, Lindau, Konstanz czy Bregenz. Można wypożyczyć sobie łódź i popływać po jeziorze. Pochodzić po kafejkach, wspiąć się na wieżę portową. Zrobić zakupy, podjechać do pobliskiej Austrii lub Szwajcarii. I po prostu na luzie pooddychać atmosferą jeziora Bodeńskiego.
Jezioro Bodeńskie wieczorem
Wieża portowa
Prom wpływa
Prom wypływa
Ciekawe miejsca do obejrzenia we Friedrichshafen to niewątpliwie Muzeum Zeppelina, mieszczące się nieopodal portu jak też muzeum wspomnianego Dorniera. Promenada portowa, kilka zabytkowych kościołów, wśród nich Schlosskirche. I nawet fontanny.
Fontanna jako minigejzery
Buchhornbrunnen
Latem okolice dworca kolejowego mogą zachwycić kompozycjami z kwiatów.
Friedrichshafen dworzec kolejowy
Przechodząc przez tunel pod torami można nacieszyć oczy malunkami na ścianach.
A nad brzegiem jeziora zawsze dzieje się coś ciekawego.
Kamienista plaża
Stary pomost
Prom Constanze
Widok z promenady
Fontanna na jeziorze
Port jachtowy
Na deser można się wdrapać na portową wieżę stojącą na końcu molo i z wysokości 22 metrów obserwować okolicę. Mamy stamtąd wspaniały widok na Alpy, Schlosskirche i promenadę portową Wspinaczka nie jest szczególnie trudna, może tylko schody „na okrętkę” powodować mogą lekki zawrót głowy, który na górze szybko przechodzi.
Friedrichshafen – widoki z wieży portowej
W tej części Leziobloga to już wszystko, dziękuję za uwagę i serdecznie zapraszam na część kolejną.
Tama w Schwarzenbach jest bardzo ciekawą budowlą, zlokalizowaną na południu Niemiec w Badenii-Wirttembergii, nieopodal miejscowości Forbach i Raumünzach. Została oddana do użytku w 1926 roku, po czterech latach budowy. Przy budowie pracowało około dwa tysiące robotników. Za parę lat budowla obchodzić będzie stulecie istnienia. Mury tamy mają wysokość 65 metrów i długość 400 m. Moc elektrowni szacuje się na 44 MW. Może nie są to imponujące wymiary, ale warto pamiętać, kiedy tama była zbudowana, więc jak na swoje lata, trzyma się wystarczająco dobrze. Nawet podczas wojny nie uległa wielkim zniszczeniom. Podczas bombardowania przez Amerykanów w lipcu 1944 roku została wprawdzie w paru miejscach trafiona, jednak bomby nie wyrządziły wielkich zniszczeń. Tama służyła lotnikom amerykańskim jako ewentualny cel zapasowy i bomby niezbyt dużego kalibru nie dały rady potężnym murom budowli.
Tama w Schwarzenbach
Tama widziana ” oddolnie”
Sezonowanie drewna
Na górze tamy widoczna jest mała kropka. To człowiek patrzący z góry.
Uwielbiam tam bywać. Piękne lasy Szwarcwaldu, rozciągające się dookoła, cudowne możliwości sportu i rekreacji przyciągają ludzi przez cały rok. Niedaleko stąd jest do Baden-Baden, miejscowości znanej z uzdrowisk i kasyn. Drogą nr. 500, słynną „Schwarzwald Hochstrasse” można dostać się do najpiękniejszych miejsc Szwarcwaldu południowego, jak np. jeziorka Mummelsee, Feldbergu, Todtnau, jezior Titisee i Schluchsee, do Freiburga, a stamtąd jeszcze dalej-do Francji lub Szwajcarii. Miejsce te jest też oficjalnym punktem spotkań motocyklistów, zjeżdżających tam w wiosenne i letnie weekendy całymi stadami. Stojąc na górze tamy, słyszy się wtedy ryk silników pojazdów zasuwających pod górę z kierunku Forbach albo Freundenstadt, jak i tych zjeżdżających z tamy w odwrotnym kierunku, np. do Baden-Baden. Wokoło spiętrzonego przed tamą jeziora można spokojnie wędrować, bez pośpiechu sycąc się okoliczną naturą oraz tablicami opisującymi historię budowy tamy, ustawionymi wzdłuż szlaku turystycznego. Tama jest dostępna cały rok, poza wyjątkami, kiedy to w mroźne i śnieżne zimy bez udrożnienia szlaku przez pługopiaskarki wjazd dość stromą jezdnią nie jest w ogóle możliwy. Poniżej podaję link własnego filmu zamieszczonego na Youtube, w którym to filmie nagrałem spotkanie motocyklowe przy Schwarzenbachtalsperre.
Każda pora roku jest na tamie inna, ale równie piękna. Gorąco zachęcam każdego, kto będzie miał czas, do odwiedzenia tego cudownego miejsca. Oczywiście można tam też coś zjeść i wypić, dawniej można było również przenocować. Niestety jedyny miejscowy hotel jest już od paru lat zamknięty, chociaż długo przeżywał czasy świetności. Poniżej następują kolejne zdjęcia z okolic tamy, jak też okolicznej przyrody.
Jesień na tamie Schwarzenbach
Widok z góry tamy na jezioro
Około dwóch do trzech godzin spokojnego spaceru zupełnie wystarczy do okrążenia jeziora. Baza parkingowa jest wystarczająca. Za parkingi nie trzeba płacić ani grosza. Nie muszę chyba dodawać, iż najlepszymi dniami tygodnia do odwiedzin tamy są dni robocze, ponieważ w wekendy zjeżdża tam się sporo ludzi. Jednak wszyscy jakoś potem rozpełzają się po lesie i wzdłuż jeziora. Nie można więc powiedzieć, że jest się ciągle potrącanym przez turystów-tak nie jest! Kawałek spokojnej przestrzeni znajdzie tam każdy. Samo powietrze w Szwarcwaldzie jest czyste i rześkie, z przyjemnością oddycha się nim, spacerując tak bez stressu i niepotrzebnego pośpiechu.
Widok na podnóże tamy
Las przy tamie Schwarzenbach
Okoliczny parking
Wypożyczalnia łódek
Kończąc tę wirtualną wędrówkę po tamie w Schwarzenbach żegnam się z Wami poniższym zestawem fotek, zapraszając też do kolejnych wędrówek po różnych miejscach. Są to nie tylko wędrówki czysto turystyczne, ale w sporej mierze również emocjonalne, albowiem za każdym razem przeżywa się coś nowego. Spotyka nowe sytuacje, nowych ludzi, każdej minucie obcowania ze światem towarzyszą nowe wrażenia. Sama możliwość zatrzymywania określonej chwili za pomocą aparatu jest dla mnie łowieniem czasu, kojarzącym się w pewnym sensie z czarami, tak samo jak funkcjonowanie komputera, mimo że w teorii wie się, jak to niby wszystko funkcjonuje.
Po odejściu do lepszego świata moich kotów Mini i Pixi długo nie myślałem o tym, aby sprawić sobie nowe zwierzaki. Oba kotełki były ze mną prawie 19 lat i bardzo boleśnie przeżyłem ich śmierć, zwłaszcza że nie były usypiane, umierając w zaufanej, domowej atmosferze, kiedy do nich się mówiło, głaskało je i starało im jakoś osłodzić te ostatnie godziny. Mini, siwusek umarł w grudniu 2016, Pixi niecałe pół roku po nim.
Powiedziałem sobie wtedy, że nie chcę już więcej przeżywać tego paskudnego bólu straty zwierzęcych przyjaciół i chyba nie dam rady znowu posiadać kotów. Była to nieco dramatyczna decyzja, może nie do końca przemyślana, ale… Sporo ludzi uważa, iż po stracie psa czy kota trzeba sobie sprawić jak najszybciej nowego zwierzaka, wtedy łatwiej przeżyć stratę. Osobiście uważam inaczej. Każda strata musi dawać nam czas na jej opłakanie, przesmucenie, oraz delikatne oswojenie się z tym, co się stało. Musimy mieć czas na żałobę, przemyślenie faktu, uporządkowanie tragedii śmierci w naszym umyśle. Na odczekanie i traumę. Na uzmysłowienie sobie.
Trwało to dosyć długo. Oczywiście zawsze wodziłem oczami za rozmaitymi kotami. Podlizywałem się im na ulicy, usiłowałem zwabić, pogłaskać…Z różnym zresztą wynikiem, jako że kot ma swoje określone opinie na temat ludzi oraz różne z nimi przeżycia. Nie zawsze te pozytne i wiadomo, że łatwo przekupić się nie da, aby podejść tak najzwyczajniej w świecie do kogoś obcego. Czasami wpadał kot sąsiadki, kiedy to brała go ze sobą do pralni, a on, miaucząc głośno, wędrował po klatce schodowej i chętnie zaglądał do mnie.
Kot sąsiadki
Potem sąsiadka się wyprowadziła, a wraz z nią także i kot i znowu było cicho, a żaden sierściuch nie wpadał do mnie z niezapowiedzianą wizytą. Czas leciał, ja trwałem w swoim przekonaniu, nadal czasami myśląc, co by było, gdyby…
Któregoś dnia odkryłem nieopodal garażu nieznanego mi kota. Nieznanego dlatego, że jako kociarz, znam praktycznie wszystkie koty z dzielnicy i nowa „twarz” zaraz rzuca mi się w oczy. No dobra, może nie tak dosłownie, chociaż kot nie takie rzeczy umie, prawda? 🙂 Kot spojrzał, miauknął i niespiesznie oddalił się w krzaki. Czarny, ze lśniącym czystym futerkiem i mądrymi oczkami. Potem widywałem go coraz częściej. Przełaził niedaleko, jakby badając sytuację i obserwując mnie z daleka. Nie miał zwyczajowej tutaj obrożki, w jakie właściciele kotów domowych wyposażają je aby w razie gdy kot się zgubi, wiadomo było, do kogo należy i aby znalazca mógł dzwonić do właściciela. Nie zwracałem na to większej uwagi, chociaż oczywiście, przecież byłem z odwiedzin kota zadowolony. Któregoś dnia dał się jednak przebłagać i podszedł łaskawie bliżej.
Badanie terenu
Do domu nie wszedł, ale patrzał, badał i niuchał, cóż ten dwunożny od niego może chcieć. Po jakimś czasie przetarzał się po tarasie i wskoczywszy na murek, oddalił się w sobie tylko znanych kocich sprawach w dal. Następna wizyta była nieco dłuższa. Tym razem dało się z kotem „pogadać” i nawet pozwolił mi na dwie foteczki, łaskawie pozując na wspomnianym murku. A potem, jak zwykle, zniknął szybko i cicho jak duch.
Kotek na murku Otwarte spojrzenie
Dla potrzeb wewnętrznych nadałem też kotu imię, aby nie zwracać się bezosobowo do takiej ważnej osobistości. Imię nie było trudno wymyślić. Dla mnie ten kot nie mógł nazywać się inaczej, jak tylko Lucyfer. Czy kotu pasowało, nie wiem. Jego enigmatyczny pyszczek nie zdradzał żadnych emocji. Tylko zielonkawe oczy bacznie taksowały mnie od stóp do głów. Nauczony doświadczeniem, iż kot wyrażający nawet umiarkowane zainteresowanie człowiekiem, może zjawiać się częściej, zakupiłem w sklepie parę puszek kociego żerełka, aby być przygotowanym do tego, by mojego nowego gościa czymś podjąć. I tak się stało. Przy kolejnej wizycie Lucyfer spojrzał na mnie i miauknął. Zapytałem go:
-No co, może chciałbyś coś zjeść? Zapraszam!
Kolejne miauknięcie oznaczało aprobatę, więc otworzyłem drzwi, wpuszczając kota do domu. Na porcelanowy talerzyk wyjąłem zawartość małej puszki, pociachałem na mniejsze kąski i podałem kotu, życząc smacznego.
Był głodny. Tak głodny, że jedząc trochę łapczywie, aż stukał ząbkami o talerzyk, a kiedy skończył jeść, grzecznie wylizał porcelanę do najdrobniejszej cząstki mięsa. Potem rozłożył się na dywanie jak taki mini sfinks i zapadł w drzemkę.
Pierwsze bliskie kontakty
Godziny odwiedzin kota bywały dość regularne. Przeważnie zjawiał się około południa, jedząc sobie taki obiad u mnie, potem drzemał na dywanie i szedł sobie po godzinie 18ej w obchód okolicy. Albo na inną metę, ponieważ, jak już wspominałem, nie było wiadomo, czy ma jakiegoś własciciela, czy tylko wędruje po okolicy po zaufanych domach, tam spędzając czas w ciszy i spokoju. A potem idzie dalej, nigdzie i z nikim nie wiążąc się na dłużej. W nocy się nie zjawiał, a że było już nieco za zimno na nocowanie w krzakach, najwyraźniej dysponował paroma miejscami do pomieszkiwania.
Kilka dni później kot zaczął sypiać na sofie. Jego zdaniem było to lepsze miejsce niż dywan.
Jak mi dobrze!
Oczywiście nie było mowy o tym, aby się zmieścić razem z kotem na leżąco, ale siedząc w kąciku sofy jakoś się jednak udawało. Co mam powiedzieć? Praktycznie mam kota i go nie mam, ale jakiś tam kontakt zwierzęcy został nawiązany. Lucyfer pojawia się regularnie, wpadając na żarcie i parę głasków, odnawia we mnie znowu ochotę, aby spróbować z kotami jeszcze raz. Nie wiem, jak to będzie, jak w efekcie zdecyduję. Ale pierwsze lody mojego traumatycznego spojrzenia na temat ponownego posiadania kotów zostały przełamane. Dokonał tego Lucyfer. Mój kot na pół etatu.
Zatrzymałem się kiedyś w okolicach Berchtesgaden. Nie mając zbyt wiele czasu, a jednocześnie ciągle nękany nieustającą tęsknotą za przestrzenią, postanowiłem zajrzeć w góry, znajdujące się nieopodal tej miejscowości. Po paru chwilach wahania, wybór padł na szczyt Jenner, wznoszący się na wysokość 1874 m npm. Wybór ten ułatwiał fakt, iż tenże szczyt, jako jeden z niewielu w okolicznych górach, był „skomunikowany” z Ziemią, czyli można było dojechać nań, a przynajmniej w najbliższą okolicę kolejką. Po spokojnym noclegu w cichym i przyjemnym hotelu bawarskim wybrałem się następnego dnia w kierunku kolejki jeżdżącej na Jenner i po zakupieniu biletu w tę i z powrotem wybrałem się wagonikiem, podążającym na dzikiej wysokości w kierunku szczytu.
Parking nieopodal stacji kolejki
Góry zawsze były moją pasją. Z dziką przyjemnością korzystałem z każdej wolnej chwili, będąc w okolicach nieco wyższych, aby rozejrzeć się tu i tam, lub pojodłować, kiedy nikt nie widzi, w kierunku jakiejś górskiej kozicy. Tym razem mogłem obserwować dziwny okaz wielkiego nietoperza, latającego sobie w słoneczny dzień.
Nietoperz poleciał swoją drogą, a ja nadal znajdowałem się w drodze na szczyt Jenner. Kolejka wspinała się cierpliwie na stromy szczyt. Wolny od trudu wdzierania się na tę górę osobiście, cierpliwie obserwowałem stoki górskie i cuda okolicznej natury.
Po jakichś dwudziestu minutach mozolnej kolejkowej wspinaczki, wreszcie mogłem wysiąść na stacji kolejki. Ale, ale!…Jak się zaraz potem okazało, kolejka nie dobijała do samego szczytu i trybut swojego wysiłku i potu należało jednak górom zapłacić, można by rzec, w naturze. Do szczytu w linii prostej było ponoć trzysta metrów, w linii bardziej logicznej i okropnie pokręconej, o wiele dalej. Trzeba było więc się trochę powspinać.
Jak to się mówi, nie ma nic za darmo. Przyznam się, że kondycja została w kolejce, a ja zostałem z własnymi słabościami, które nie chciały mnie opuścić – wręcz przeciwnie. W miarę dalszego wspinania się oddech był coraz krótszy a kompletny brak aklimatyzacji górskiej tłukł po grzbiecie, jak pozdrowienia King-Konga. Turysta niedzielny.
I tak sobie szedłem, wspinałem się, a tak naprawdę chciałem się raczej czołgać, w kierunku szczytu. Wspomagany widokiem innych ludzi, dzielnie kryjących brak oddechu, również ja nie chciałem dać za wygraną i obiecałem sobie solennie dowleczenie się na szczyt za jakąkolwiek cenę. Było coraz wyżej, coraz ciekawiej. Mniej tlenu. Też.
Nie był to Mount Everest. Ale szczerze w tamtych chwilach i obecnie również, podziwiałem i podziwiam alpinistów włażących na wielkie szczyty w Himalajach i innych miejscach naszego globu. To są prawdziwi twardziele. Ale i ja też wlokłem się dalej.
Po nieokreślonym czasie, bo czas w takich okolicznościach i okolicach jest bardzo względny, osiągnąłem wreszcie szczyt Jenner. Mimo że moja wspinaczka była śmiesznie krótka, odczuwałem jakąś tam swoją osobistą satysfakcję. Nic to, krótki oddech, nic to, słońce oślepiające tego dnia wyjątkowo oczy niedzielnych alpinistów. Nic to śnieg i chłodek. Piękno gór potrafi wynagrodzić wszystko.
W tym miejscu szczytowałem 😀
Rozejrzałem się jeszcze wokoło. Prawie dwa kilometry poniżej leżało sobie zamarznięte jezioro Königssee. Wokoło stały sobie jakieś inne szczyty, nie do nazwania dla laika.
Krzyż na szczycie JennerZamarznięte jezioro Königssee ze szczytu Jenner
Wycieczka była cudowna, mimo pewnych moich słabości, wyniesionych z nizin. Gdybym kiedyś znajdował się znowu w tych pięknych okolicach, bez wahania wspiąłbym się tam ponownie. Oczywiście, przy pomocy dzielnej kolejki.
Uwaga: dużo czytania, ostrzeżenie dla oglądających tylko filmy… 🙂
Chciałem tym razem opowiedzieć o jednej z kilku pasji mojego życia. Pasji ważnej, zajmującej mi sporo czasu. Pasji doprowadzającej czasem do białej gorączki, mnie i pasażerów, do zdrętwiałego tyłka, do pokazywania przysłowiowego faka nie wiadomo komu w kontekście nowych, wyższych cen benzyny. Jak też dla idiotów na ulicach. Pasji, podczas której nieraz gotuję się w sosie własnym a pot ścieka tam, gdzie każdy się domyśla. Pasji która wypełnia mnie jak dobra miłość, jak dobry seks (tak tak, to nie pomyłka, wrażenia często są podobne). Jest to po prostu coś, co kocham. Jazda motocyklem.
O tym chciałbym napisać. W tym całym galimatiasie otaczającym nas z każdej strony bycie motocyklistą, motonitą czy też bikerem-zwał jak zwał- nie jest zbyt proste. Czasem jest się podejrzliwie oglądanym przez szacownych ojców rodzin, w trakcie kiedy żony i matki z dziwnym błyskiem w oku oglądają dyszące gorącym olejem wielkie maszyny odstawione na parkingu, a dzieci z zachwytem dotykają niklu i lakieru, zostawiając na nim urocze ślady swych małych paluchów. Panowie policjanci czasem też bacznie nas obserwują, często w kontekście, czy takiego kogoś szybciej nieco jadącego da się jeszcze złapać…Chociaż trzeba przyznać że i policja uczestniczy w wyścigu zbrojeń-czyli-kto szybszy. Ale rada taka moja przyjazna-coś wykręciliście-a policja na Was woła albo błyska, lepiej się zatrzymać. Uciekając można w stressie zrobić nie tylko sobie ale jeszcze komuś krzywdę. I to jest rada nie tylko dla motocyklistów.
Moja osobista miłość do motocykli zaczęła się, kiedy miałem około piętnastu lat. Nie mogę określić konkretnego momentu, a zresztą kto potrafi powiedzieć, kiedy zaczyna się w człowieku rozwijać jakiś bakcyl. Miałem przedtem rower, jeden i jedyny. Ale to chyba nie ma znaczenia. Raz dane mi było spróbować, jak to się jeździ Jawką 50, czyli takim czeskim, bardzo popularnym przed laty skuterem. Oczywiście Jawka nie ma nic wspólnego z motocyklami, ale chyba wystarczyła, aby rozpalić we mnie ogień miłości do dwukołowej motoryzacji. Pierwszym moim motocyklem stała się SHL 175, zakupiona za pieniądze zarobione przy dziwnych pracach wykonywanych na zlecenie, kiedy to nie miałem jeszcze prawa jazdy, ale wielką ochotę na motocykl. Wprawdzie jako młodociany nie powinienem był pracować przy odgruzowywaniu albo pracach ziemnych, ale jeśli było zapotrzebowanie i nikt o wiek nie pytał, no to się brało co dawali. Wyrabiało się krzepę…Poza tym były to czasy, kiedy po polskich ulicach jeździły Wuefemki, Eshaelki i Wueski. Czasami przemknął z basowym dudnieniem Junak, za którym wszyscy się oglądali. Było w mej okolicy jeszcze parę zabytków przedwojennych, takich jak Sokół 600 posiadany przez „Dżyngisa”, mieszkańca sąsiedniego bloku, Sokół 1000, którym jeździł ktoś z okolicznych wsi. Zdarzały się stare, poniemieckie BMW i poradzieckie M75, Jawy i jedna Pannonia. O przybyszach zza zachodniej granicy, jeżdżących lśniącymi lakierem i niklem maszynami nie będę nawet wspominał, bo ich pojawienie się zaliczane było do kategorii zjawisk niezwykłych i traktowane jak UFO, co to akurat przeleciało, jakby z innej planety i zaraz zniknęło, nieosiągalne dla nikogo.
Tak więc zaczęło się od Eshaelki. Te pierwsze jazdy, pierwsze zakręty, pierwsze kontakty z ówczesną milicją, pierwsze emocje. To było coś! Hełm nieciekawy, żaden wizjer, tylko gogle, więc pełna opcja much w zębach. Ale komu by to wtedy przeszkadzało…Pamiętam że SHL była bardzo wygodnym motocyklem, z dziwnymi wahaczami, niwelującymi wstrząsy na wiejskich drogach i dziurawym asfalcie. Ale to był dwusuw. Nie dudniący, nie hałasujący, tylko niestety, lekko pierdzący, mocniej dymiący dwusuw. Jeździł, nie psuł się, zużywał bardzo mało benzyny. Kiedy opadło pierwsze zauroczenie, zacząłem marzyć o Junaku. Nie wspomnę, ile mnie kosztowało zrealizowanie tego marzenia. Niemniej w wieku lat 18-tu dysponowałem już swoim pierwszym motocyklem czterosuwowym. Dudniącym i trzęsącym się podczas postoju na światłach, wyrywającym się, aby ruszyć w dal. Tylko z dalą bywało różnie. W przeciwieństwie do Eshaelki ten wspaniały motocykl niestety bardzo często się psuł. Wyciekał olej, notorycznie była zepsuta prądnica, iskrownik podczas deszczu siadał, zalewany wodą…Hamulce bębnowe nie były niestety najlepsze, podczas hamowania mogła jeszcze czasem pęknąć linka hamulca, dodając niewątpliwie nowych emocji podczas zjazdu z góry. Tłok potrafił „spuchnąć”, zatrzymując się nagle w cylindrze, co blokowało skrzynię biegów i zaraz potem koło tylne, co mogło doprowadzić do wywalenia się z przyczyn od kierowcy niezależnych co i mnie raz się przytrafiło, akurat na zakręcie…Po tym pierwszym miałem tych Junaków jeszcze cztery sztuki. Jedyną rzeczą poznaną podczas ich posiadania, było dokładne poznanie budowy silnika Junaka, ale na pewno nie zakątków kraju, które tak chciałem zwiedzać. Przeliczając jedną awarię na przejechane 50 km, było tych awarii za wiele aby nadal chcieć tym sprzętem jeździć. Kiedy z Junakami skończyłem, zacząłem romans z Jawą CZ, motocyklem czeskiej produkcji, który kupiłem fabrycznie nowy w jakimś sklepie spółdzielczym na głębokiej prowincji. Motocykl znajdował się jeszcze w skrzyni, z której go w sklepie w ciągu paru godzin rozpakowałem i wyjechałem na ulicę. No dobra. To był też dwusuw. Ale o pojemności 350 ccm, dość duży i na tamtejsze warunki z doskonałym przyśpieszeniem. Cezetka była klasą samą w sobie. Następne miesiące upływały w szczęściu, wyjeżdżaniu w różne miejsca, a ręce pozostawały czyste. Nic się tam nie psuło! Można by zanucić-to były piękne dni…Idylla trwała czas jakiś. Po czym została brutalnie przerwana przez niedowidzącego dziadka-kapelusznika, który po prostu wyjechał z zatoczki fiatem 126p wprost przed motocykl. Po przyhamowaniu uderzyłem na szczęście w dziadkową relikwię bokiem, trochę się potłukłem, trzeba było zszyć rękę w przegubie, jakiś czas kulałem na lewe kolano i to był koniec historii ówczesnej moich motocykli. A dziadek i tak był zmartwiony stanem swej uszkodzonej przez wredny motocykl świętości, prawie mi go było szkoda. Fakt, że stałem tam, kapiący obficie krwią lecącą z nadgarstka rozciętego szybą fiata, specjalnie go nie wzruszał, ale za to stan fiata-bardzo! Jaki kochany człowiek. 🙂
Po jakichś dwunastu latach życia z utajonym bakcylem motocyklowym, wielkich zmianach w życiu, wyjazdach do Niemiec, w miarę uregulowanym trybie pracy, zaraza powróciła. Skombinowałem więc parę groszy na pierwszy mój motocykl zachodni, myśląc aby spróbować jeszcze raz z motocyklami. I spróbowałem. Moim nabytkiem została Honda CB Seven Fifty, czterocylindrowy motocykl produkcji japońskiej, o pojemności 750 ccm. Ale to był już inny czas, inne możliwości no i trochę inny stan motoryzacji. Mimo późniejszych zakupów motocyklowych, jakie by one nie były-zawsze będę mieć w pamięci te młodzieńcze, pierwsze eksperymenty i próby z rodzimymi motocyklami, czasem śmieszne, czasem i ponure, ale wspominane z wielkim sentymentem. Tak samo jak wspomina się zawsze młodość, czyli z pewną nutką rozrzewnienia.
Honda CB Seven Fifty
Na tym motocyklu zrobiłem swoje pierwsze tysiące km w nowej odsłonie jazdy motocyklowej. Motocykl bardzo solidny, trwały, budzący zaufanie użytkownika w trakcie jazdy tak na krótkiej jak i długiej trasie. Tylko podczas szybszej jazdy trochę brakowało owiewek, ale tego nie mogłem wiedzieć, do tej pory eksploatując pojazdy ledwie osiągające pułap 100 km/h i to jedynie podczas wiatru w plecy. Jedynie fakt, że się jeździło i nic przy tym się nie psuło, powodował na początku pewien dyskomfort psychiczny ale i do tego szybko się zdołałem przyzwyczaić. Dolewało się benzyny, zmieniało na czas olej i opony i nic, tylko się jeździło i jeździło.
Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zasłużona chociaż wcale nie tak wysłużona Honda Seven Fifty poszła w inne ręce, a na jej miejsce zjawiła się inna Honda. Motocykl w bardziej sportowym stylu, o większej ilości koni mechanicznych, mający ich całe 98.
Honda VFR 800 FI
Specjalnych trudności w dopasowaniu się do motocykla, poza zajmowaną przy jeździe pozycją, nie było. Trzeba było tylko uważać ile dodaje się gazu. Motocykl osiągał maksymalną prędkość 240 km/h więc wyczucie przyśpieszania było bardzo na miejscu. Ładny dudniący odgłos, bardzo dobre przyśpieszenie, niezła aerodynamika. Motocykl dla podróży tak samemu jak i we dwoje.
W ciągu dwóch lat posiadania VFR-ki zrobiłem na niej ponad 65.000 km. Zjechałem wiele okolic, miałem mnóstwo przygód i w tym tylko jedną wywrotkę w Schwarzwaldzie. Wywrotkę, którą w zasadzie sam sobie zawdzięczam, no bo kto rozsądny jedzie w lutym w góry i lasy, aby sobie pośmigać? Ano, nikt rozsądny. Co z tego że nie było śniegu, kiedy był miejscami podstępny lód. Skończyło się na obolałym tyłku i lekko odrapanym boku motocykla. A do domu trzeba było jeszcze i tak samemu dojechać.
Z Hondą VFR na wybieguKot zwany Mini też się dopasowywał do motocykla.W Schwarzwaldzie, okolice Belchen.Czep się Pan słupa-czyli na wycieczce we Francji, Alzacja.Odpoczynek w krzaczorach w bardzo upalny dzień.
Po sprzedaży Hondy VFR poszukiwania trwały dalej. Nie każdy motocykl mi pasował, wiedziałem już jednak, że ma być hybrydą czegoś sportowego z turystykiem. Eksperymentowałem więc z tym i owym, aby wreszcie znaleźć ten motocykl, dobrze mi pasujący wyglądem, osiągami i wygodą. Nie było to łatwe, nie ustrzegłem się pomyłek. Bywało że motocykl w dniu zakupu wydawał się tym czymś akuratnym, po tygodniu zaś posiadania wychodziło szydło z worka-czyli zniechęcony jeździłem jeszcze czas jakiś, równocześnie rozglądając się znowu za czymś innym. Lista będzie subiektywna, niekoniecznie to, co nie podobało się mnie, musi być czymś złym. Tylko nie było pomiędzy kierowcą i motocyklem przysłowiowej chemii. Taką pomyłką m.in. był motocykl Kawasaki GPZ 500 lub Honda VT 500. Dobre na szkolenie motocyklowe, ale niekoniecznie na wielokilometrowe rajdy. Suzuki GSX 750 sprawdził się połowicznie. Była to dosyć oporna bestyjka, nie do końca lekko wchodząca w zakręty i wymagająca sporo siły oraz uwagi podczas prowadzenia. Ale był jakoś tak nawet sympatyczny.
Suzuki GSX 750 F
Yamaha XJ 600 S. Owszem, całkiem miły motocykl. Solidny, dobrze wyważony. Nada się dla tatusiów rodziny i do wypraw na grzyby, czy na ryby. Na trasie miła. W góry też można byłoby tym jechać ale i skuterami tam jeżdżą. Przyznam że brakowało jej nieco koni mechanicznych. Motocykl łatwy w obsłudze i naprawach, w dużej mierze niezawodny.
Yamaha XJ 600 F
Pozostając przy motocyklach z kuźni Yamahy, to miałem tam swojego faworyta. Była nim Yamaha XJ 900 F, typ 4BB – to takie oznaczenie tego rzeczywiście fajnego motocykla. Prawie 100 KM, wał kardana, osłony znakomicie się sprawdzające podczas długich wyjazdów. Ten solidny motocykl mógł cieszyć duszę każdego kierowcy. Palił w normie, nie miał rzeczywiście wielkich wad, poza okazjonalnymi wyciekami oleju. Dość zrywny, niezawodny, dający się łatwo zreperować. Pasażer z tyłu również chwalił sobie komfort. Do dzisiaj niektórzy ludzie jeżdżący tymi motocyklami twierdzą, iż będą jeździć nimi tak długo aż one im się nie rozsypią, co przy ich trwałości, ale i postępującym rdzewieniu, nie jest aż takie nieprawdopodobne.
Yamaha XJ 900 F 4BB
I jeszcze jedna Yamaha. YZF 1000 R Thunderace. Mocna, szybka maszyna o pięknej sylwetce. Ta wersja była dostarczana do handlarzy przeważnie z silnikiem o mocy 100 KM, ale po paru operacjach przeprowadzonych u mechanika dysponowała już mocą 145 KM. Niektórzy zarzucali jej zbyt wysoką wagę, aby można było nią jeździć swobodnie po zakrętach, oraz się ścigać, ale przy dobrym pilocie z doświadczeniem za kierownicą niejeden motocyklista na typowo sportowym motocyklu mógł się trochę zdziwić :). Moto dobre na dalsze trasy, przy wytrzymałych nadgarstkach 600 km i więcej w ciągu dnia bez problemu dawało się zrobić. Bardzo miło wspominam ten motocykl.
Migawki z Yamahą YZF 1000 R Thunderace
Wspominałem już o moich poszukiwaniach i eksperymentach w celu znalezienia najbardziej mi pasującego motocykla. Minęło wiele lat, zanim mogłem stwierdzić iż moje poszukiwania zakończyły się wreszcie sukcesem. Ten motocykl posiadam już ponad sześć lat i wiem, że właśnie ten jest tym właściwym. Pasuje mi w nim wszystko-wygląd, aerodynamika, prędkość,wygoda oraz to, że nadaje się na zjadanie setek i tysięcy kilometrów w trakcie wycieczek po świecie. Taki 260-kilogramowy pożeracz przestrzeni. Suzuki Hayabusa, czyli z japońskiego sokół wędrowny. Ptak osiągający w locie nurkowym 300 km/h. Hayabusa była pierwszym produkowanym seryjnie motocyklem, który osiągał taką prędkość. Czy takie prędkości są mi potrzebne? Oczywiście że nie! Również nie potrzebuję blisko 200 KM mocy. Ale wiem że mam moc 🙂 Moto sprawdziło się wielokrotnie w Alpach, na trasach, na szosie i na przełęczach, w deszczu i słońcu oraz na długich przelotach. Nie jest to oczywiście motocykl do miasta, ale w mieście można jeździć hulajnogą elektryczną lub chodzić na piechotę.
Suzuki GSX-1300 R Hayabusa
Serdecznie dziękuję za uwagę i cierpliwość, jeśli udało się Wam dobrnąć do końca tego nieco tasiemcowego wpisu i pozdrawiam do następnego razu.
Twierdza Hohentwiel – ruiny twierdzy leżące 10 km jeziora Bodeńskiego, w miejscowości Singen. Twierdza zbudowana została na miejscu dawnego zamku, na szczycie wygasłego wulkanu. Wygasłych wulkanów w tych okolicach jest całkiem sporo. W czasach, kiedy wulkany nie pluły już lawą, wykorzystywane były do budowania umocnień na ich szczytach. Twierdza Hohentwiel leży na dziewięciu hektarach powierzchni i jest zaliczana do największych ruin militarnych w Niemczech. Jej położenie gwarantowało bardzo wysoką odporność na ataki przeciwnika, a pomysłowa architektura dawała pewność, że w razie szturmu nieprzyjacielskich wojsk będzie można w niej długo się bronić.
Historia twierdzy jest dosyć skomplikowana i trzeba pogrzebać w dostępnych źródłach, aby zrozumieć, kto z kim i kiedy oraz o co się mordował. Dzięki temu twierdza zyskiwała jednak na znaczeniu, a kolejne poziomy umocnień dobudowywano na bieżąco. Twierdza zmieniała parę razy właściciela, była też kilkakrotnie oblegana, ale nigdy nie została zdobyta. Dopiero po podpisaniu kapitulacji po wkroczeniu wojsk francuskich do Hegau i Singen w 1800 roku nastąpiło dobrowolne opuszczenie twierdzy przez załogę i późniejsze zniszczenie jej przez Francuzów. Francuzi niszczyli tak w ogóle wszystkie zdobyte twierdze niemieckie, aby zminimalizować zagrożenie, płynące ze strony ciągle zbyt silnych Niemiec. Notabene zamiar całkowitego zniszczenia twierdzy nie został nigdy wykonany, z powodu ogromu umocnień i zbyt małej ilości posiadanych materiałów wybuchowych. Podobna historia powtórzyła się z zamkiem w Heidelbergu ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna bajka. A dzięki niedoborowi materiałów wybuchowych następne pokolenia mają co zwiedzać.
Oczywiście, w żadnej szanującej się twierdzy nie powinno zabraknąć lochów. Twierdza Hohentwiel nie była żadnym wyjątkiem i posiadała porządne lochy, w których przetrzymywano nie tylko przestępców ale i żołnierzy z załogi twierdzy, którzy wg. komendantury czymś sobie na to zasłużyli. Warunki służby żołnierskiej i życia w twierdzy były bardzo trudne. Zimno, choroby, częste niedożywienie powodowały dezercje załogi. Dezerterów ścigano, złapanych karano w najrozmaitszy sposób, często w zależności od aktualnego humoru zwierzchnika. W lochach jest i dzisiaj ciemno, wilgotno i niemiło. Po przechadzce tam wychodzi się z ulgą na światło dzienne, ciesząc się z tego, że żyje się w innych czasach i nie trzeba było tam zostawać na dłużej. Mówiąc uczciwie, gdy zrobiło się zimno, również zdezerterowałem stamtąd. Na szczęście chyba nikt tego nie zauważył, bo nie ścigano mnie kiedy szedłem po cichu lasem w dół wzgórza.
Dzisiaj nie będzie o podróżach, tylko o kotach. Ogólnie lubię zwierzęta, koty są dla mnie jednak na tyle interesujące, że bardzo cenię sobie ich towarzystwo. Opisywać kota nie trzeba nikomu, ale krótką historię tego, jak znalazły się w moim domu, będę chciał tutaj jednak przedstawić.
A było to w skrócie tak: Dawno dawno temu, za górami i lasami ktoś potrzebował dla swych trzech kotów miejsca. I to tylko na tydzień w związku z pilnym wyjazdem za pracą. -A co tam-pomyślałem sobie-koty nie są kłopotliwe, sam miałem już przecież raz czarnego jak noc kota Negatywa. To wezmę, tydzień zleci jak z bicza trzasł. No i koty znalazły się u mnie. Mama, siwa seniorka, oraz dwa całkiem młode koty. Jeden siwy, drugi czarno-biały. Minął tydzień, potem drugi. Po właścicielu kotów nie było śladu. Zacząłem się już trochę martwić, czy aby nic mu się nie przytrafiło. Upłynęły trzy tygodnie. Nasz wspólny znajomy zaprosił mnie na piwo no i żeby trochę porozmawiać. Po kilku buteleczkach okazało się, iż właściciel kotów znalazł w końcu pracę. W Stanach Zjednoczonych.W związku z tym nie ma zamiaru wracać w najbliższej dziesięciolatce i prosił, aby mi przekazać, że koty mogę sobie zatrzymać. Cóż za dobry i łaskawy pan z tego kociarza…I
tak nagle zostałem z trzema kotami. Jeden, czarno-biały został oddany w
dobre ręce naszych znajomych, siwa seniorka z takimże siwym dzieckiem,
pozostała u nas. Seniorka została nazwana Maxi, siwy kotek, dla
odróżnienia został Mini.
MaxiMini, Maxi
Było turbulentnie. Maxi, przyzwyczajona do wybiegu, nie chciała zostać kotem domowym. Miała swoje nawyki, utrwalone w życiu z kim innym i gdzie indziej. Mini dopasował się od razu, nie robił kłopotów. Maxi jak to stary już kot, przyprawiała stressu za dwóch. Któregoś dnia wymknęła się przez drzwi balkonowe na taras i poszła w świat. Myślałem że przepadła na dobre. Wróciła po dwóch tygodniach z dziwnie zadowoloną mordą. Znowu stadko było pełne. Trzeba było ją tylko odpchlić, a potem jeszcze mieszkanie z pchlej piątej kolumny, która jak się okazało, też przybyła na kocim grzbiecie do domu. To jednak nie był koniec konstruktywnego stressu.
No właśnie. Dobrze widzicie. Z dwóch kotów zrobiło mi się z łaski Maxi osiem. Co za radość! Nie, nie. Wcale nie byłem spanikowany. Nawet odbieranie porodu poszło mi całkiem dobrze. Wszystkie nowe nabytki przeżyły i miały się całkiem dobrze. Nawet nie były wcałe kłopotliwe, dopóki nie otworzyły oczu i nie zaczęły wędrować po mieszkaniu. I potem to już były wszędzie a i w innych miejscach również występowały, bo tylko tak mogę to opisać.
Dokąd z kotami w trakcie odkurzania? Oczywiście, do wanny. Nie, nie były prane.
Jeszcze musiałem przyzwyczaić się do tego, aby po przeżyciu pięknego, zakrapianego weekendu, kiedy obudziłem się rano, nie wrzeszczeć z przerażenia, widząc dookoła całkiem białe koty. Ale i ten odruch udało mi się opanować. Czasam trza też było posprzątać. Kiedy odkurzałem, stado maluchów szło do wanny (bez wody) aby tam przetrwać buszowanie strasznego, huczącego potwora po okolicy oraz aby nie plątały się pod nogami. I tak nieraz człek się potykał o tego czy innego nagle wyrastającego pod nogami kocura. Było deko stressu, za to kilo radochy. W dość małym mieszkaniu nie było oczywiście miejsca dla tylu kotów, więc kiedy dorosły do wieku, aby można było je oddać dla ludzi, po kolei pozbywaliśmy się młodych z domu. Było żal, pewnie że było żal tak je oddawać. Chociaż z tym oddawaniem to trochę przesadzam, albowiem seniorka Maxi była kotką wybiórczą i nie uczyniła mezaliansu. Zadawała się tylko z kotami rasowymi. Umożliwiło to sprzedaż kotów po całkiem przyzwoitej cenie, co podreperowało domowy budżet. Seniorkę Maxi oddaliśmy dla znajomej, mającej wybieg. Pięć młodych poszło do ludzi, u nas została dodatkowo biała kocinka z połamanym ogonkiem, której nikt nie chciał. Połamany czy taki zdegenerowany ogonek miała ta kocia już od urodzenia. Nazwana została Pixi i przyjęta na stan domowego, kociego inwentarza. Tak skończyła się moja przygoda z domową hurtownią kotów. Pixi wyrosła na pięknego kota, z lazurkowo błękitnymi oczami. Mini został z nami, Maxi oddaliśmy dla znajomej, posiadającej duży ogród, gdzie czuła się na pewno lepiej. Naturalnie nie jest to koniec historii. Mini i Pixi żyły jeszcze z nami bardzo długo, ale o tym napiszę innym razem, bo i jest o czym.
W opisie moich wędrówek po świecie nie może zabraknąć Monachium czyli München, lub jak te miasto nazywają Czesi – Mnichowa. Miasto będące stolicą wolnego Landu Bawarii liczy około półtora miliona mieszkańców. Jest siedzibą wielu znanych na całym świecie koncernów i przy tym miastem bardzo malowniczym. Warto, będąc w Bawarii chociaż na parę dni zatrzymać się w Monachium. Najlepiej we wrześniu, kiedy to rozpoczyna się największy na świecie festyn, zwany Oktoberfest. Organizowany jest na Theresienwiese od roku 1810 i corocznie odwiedzany jest przez miliony turystów. Oczywiście powinno się napić piwa, oraz zjeść golonkę, ale sam nastrój tego festynu jest na tyle niepowtarzalny, że warto chociaż raz w życiu na te święto zajrzeć. Poza Oktoberfest Monachium ma oczywiście o wiele więcej do zaoferowania, warto zajrzeć w przewodniki i relacje turystów, aby znaleźć w Monachium coś dla siebie. To piękne miasto z osobliwym klimatem. Zamieszczam zdjęcia dzisiaj już archiwalne, robione w latach 90-tych, jak już wspominałem, dziwnym aparatem marki niezidentyfikowanej.
Stary ratusz na MarienplatzBMW
Poniżej wstawiłem fotografie z Oktoberfest, robione z wysokości diabelskiego młyna, z którego rozciągał się wspaniały widok na całą imprezę.
Fotki z wysokości
Patronka BawariaViktualienmarktJosephplatz
Na zdjęciu niniejszym przedstawione jest osiedle, będące dawną wioską olimpijska wybudowaną na potrzeby olimpiady z 1972, widziana z wieży telewizyjnej stojącej w parku olimpijskim. Olimpiady niechlubnie wsławionej atakiem terrorystów palestyńskich na delegację izraelską. Podczas brania zakładników i poźniejszej, nieudanej próby ich oswobodzenia przez policję zginęli wszyscy zakładnicy, pięciu terrorystów i niemiecki policjant. Łącznie zginęło podczas tych wydarzeń 17 osób. Patrząc na te budynki, nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby poczuć powiew historii, jakże w tym przypadku tragicznej i bolesnej.
Ogrody Angielskie, położone nad rzeką Isar, zajmujące powierzchnię 375 hektarów. MonopterosJesień w Monachium. Ogrody botaniczne, niestety jesienią. Nymphenburg
Co warto odwiedzić będąc w Monachium?
Marienplatz i tuż obok zabytkową wieżę Alte Peter, Nymphenburg, Ogrody Angielskie, Centrum Olimpijskie, Muzeum BMW, Stachus czyli Karlsplatz, Odeonsplatz. Polecam także Deutsche Muzeum – olbrzymie muzeum techniczne z mnóstwem eksponatów, a także Hofbräuhaus, oraz operę i wiele wiele innych zakątków.
Alpy to najwyższe pasmo górskie rozciągające się w środku naszego starego kontynentu, Europy. Alpy zajmują pas długości około 1200 km przez Europę i są szerokie na około 200 km. Region Alp zajmuje około 200.000 km ² powierzchni, więc do zwiedzania jest cała masa przestrzeni. Moje pierwsze zetknięcie się z nimi odbyło się około trzydziestu lat temu, w Alpach bawarskich, kiedy to uparłem się, aby odwiedzić masyw Wendelstein, gdzie tkwi też najwyższy szczyt przedpokoju alpejskiego, noszący tę samą nazwę, co cały masyw – czyli Wendelstein. Szczyt wznosi się na wysokość 1838 m n.p.m. Aby tam dotrzeć, musiałem dojechać do miejscowości Brannenburg, leżącej za Rosenheim, jadąc w kierunku Austrii. W Brannenburgu trza było przejść spory kawałek do stacji kolejki zębatej. Wprawdzie kolejka wjeżdża w okolice szczytu, ale potem należy jeszcze z oddechem w piwnicy przejść paręset metrów do szczytu oraz miejsca, gdzie stoi też najwyżej położony kosciół w Niemczech. Można tam również zwiedzić jaskinie, a gdyby atrakcji było za mało, to na samym szczycie znajduje się obserwatorium astronomiczne. Jest również miejsce gdzie można coś zjeść i wypić. Fotki oczywiście archiwalne, nie ulepszane ani fotoshopem, ani czymkolwiek innym. Ot, jakie one są, każdy widzi.
Frankfurt nad Menem, niemieckie miasto w Hesji (Hessen), piąte co do wielkości miasto w Niemczech. Miasto liczy ponad 700 tysięcy mieszkańców, w całym regionie zwanym Rhein – Main żyje ok. 5,5 mln ludzi. Miasto przemysłu, transportu i centrum finansjery niemieckiej. Lotnisko we Frankfurcie zaliczane jest do jednego z największych lotnisk na świecie. Centralne położenie ułatwia kontakt ze światem i regionami w Niemczech. Frankfurt ma mnóstwo ciekawych zaułków i oczywiście nie da się zajrzeć wszędzie. Ale np. takie miejsca jak lotnisko, Palmiarnia, Maintower, Römer czyli ratusz z 1405 roku, dom Goethego, Stara Opera, Zoo, lub wyprawa łodzią wzdłuż miasta naprawdę można polecić. Reszty można się doszukać w przewodnikach. Parę dni poświęconych na zwiedzanie to konieczne minimum, aby chociaż trochę poznać Frankfurt.
Messeturm
Człowiek z młotem
Refleksja mnie taka naszła, iż w życiu nie można stać w miejscu, bo nie do tego jesteśmy stworzeni. Trzeba przeżywać coś, oglądać się za siebie, rozglądać się na boki, patrzeć w górę i pod nogi. Ciekawość to podobno pierwszy stopień do piekła, lecz gdybyśmy kiedyś nie byli ciekawskimi Neandertalczykami, zapewne nie byłoby ani tego bloga ani niczego innego, co znamy z codzienności, tylko nadal tkwilibyśmy w jaskiniach i śmigali po stepach, trenując sprint, ganiając za zwierzyną lub uciekając, gdy role nieoczekiwanie się zmieniały. Więc cieszmy się tym, co mamy, nigdy nie rezygnując z porządnej dozy ciekawości w życiu.
Astropark
Elektrociepłownia w wesołych kolorach
Spędziłem zalecane dni parę we Frankfurcie nad Menem. Ilość tego co zobaczyłem, oczywiście nie da się tutaj opisać. Zamieszczę więc tu fotografie z wg mnie najciekawszych miejsc i okolic, które udało mi się odwiedzić. Najpierw parę fotek z Ofenbach, dawniej oddzielnego miasta, dzisiaj właściwie dzielnicy Frankfurtu nad Menem.
Zaułki dawnej rzeźni
Hotel Achat w dawnej rzeźni
Sluza na rzece Main
Widok ze śluzy
Widok z mostu kolejowego na Main
Dzielnica przemysłowa
Opera.
Frankfurckie wysokościowceWidok z Main TowerTaki pomnik odkryłem w cichym podwórku.Hotel Lindner o oryginalnej architekturze.Ach Euro, Euro…Jak długo Ty się jeszcze utrzymasz?Siedziba Europejskiego Banku Centralnego.Bardzo pamiętne dla mnie miejsce…Ty wiesz…Tutaj zamykamy odcinek Leziobloga o Frankfurcie nad Menem.