Tytuł tego odcinka to oczywiście wielkie uproszczenie, albowiem Holandia to nie tylko wymienione w tytule rzeczy. Ale tak najczęściej kojarzy nam się ten kraj. Pomijając definicje, był to mój pierwszy wyjazd do Holandii, konkretnie do miejscowości Katwijk aan Zee, gdzie czekał zarezerwowany pokój. O tym, że jazda autostradą jest raczej dosyć monotonna, wie każdy, kto to robi. Kilka godzin upłynęło jakoś, nie było korków z dowolnego powodu, więc można rzec, iż podróż minęła dobrze. Przyznam jednak, że na niektórych odcinkach autostrady na Arnhem były nawet ciekawe widoki.
Krowy i wiatraki napatoczyły się natychmiast po przekroczeniu granicy niemiecko-holenderskiej i aż się prosiły, aby upolować je obiektywem aparatu, co oczywiście, jako niepoprawny maniak fotografii zaraz zrobiłem. Jakże ja kocham te perspektywy fotograficzne, jaka dała nam dygitalna fotografia. Klisze się nie prześwietlą, nie trzeba biegać do fotografa, aby od razu cieszyć się fotkami, no i najważniejsza rzecz-ilość fotek, które możemy zrobić, przekracza właściwie logikę i potrzebę.
Krowy i trawka
Wiatrak na tle nieba
Jakiś biurowiec nieopodal Katwijk
Zaraz po przyjeździe i zakwaterowaniu się w przytulnym i ładnym pokoju jakieś 300 metrów od plaży, zebrałem ekwipunek, idąc w kierunku morza, które nie dało się przeoczyć, a i słychać było je już wyraźnie. Wielka piaszczysta plaża pełna była ludzi pragnących spaceru. Dzieci biegały, dorośli łazili i toczyli dyskusje, lub leżeli na piasku, wdychając nasycone solą powietrze. Ładnie tam było, jak to nad morzem. Oczywiście nikt nie zapaskudzał widoku jakimiś parawanami, lub odgradzaniem się od innych, dlatego i widoki były bardziej przestrzenne.
Główna ulica w Katwijk
Wejście na plażę
Piaskowe wydmy
Przypomniawszy sobie dziecięce nadmorskie wygłupy, nie omieszkałem pozostawić po sobie śladu w postaci mordki ułożonej z muszelek, których nad Morzem Północnym jest bardzo dużo. Parę słów o samym Katwijk. Miasteczko leży w okolicach Leiden, liczy około 67. 000 mieszkańców. Posiada piękną promenadę, mnóstwo miejsca do spacerów nad morzem, białą latarnię morską, zaliczaną do najstarszych w Holandii i kościół o takim samym kolorze. Jest tu też wielki podziemny parking samochodowy, ciągnący się jakieś 800 metrów. Jedyne, co świadczy o obecności tak wielkiego parkingu, są wjazdy i małe pawiloniki z windami, którymi się można dostać do jego wnętrza. Kiedy zwiedzimy Katwijk, na co potrzeba całego dnia, czekają na nas okoliczne miasta, jak Leiden albo Haga. Dysponując jakimś pojazdem, zwłaszcza wiosną, warto odwiedzić plantacje tulipanów, park wiatraków w Nederwaard, niedaleki Rotterdam i wszystko to, co nam wpadnie do głowy, albo znajdziemy na mapie czy w przewodnikach.
Mordka na piasku
Biały kościół
Wydmy w Katwijk
Podstawowy środek transportu
Promenada
Pamiątkowa łódź rybacka
Lubię odkrywać, bo nie wszystko da się wyczytać w przewodnikach albo wyszukiwarkach internetowych. Wystarczy mieć wygodne buty i sporo czasu, i już możemy udać się na wyprawę w świat nam dotąd nieznany, jak np. dzielnice willowe albo park. W tym czasie Holandia miała jakieś swoje święto narodowe, zdaje się świętowali wyzwolenie przez wojska alianckie. A że kolor pomarańczowy w Holandii to ich barwa podstawowa, wszędzie można było się natknąć na różne artefakty w kolorze „oranje”. Oraz jakieś stare kotwice i ryby.
Katwijk jest miastem, w którym stare miesza się z nowym. Ale wszystko jest jakoś tak w siebie wkomponowane, że absolutnie nie czuje się żadnego dysonansu, nic z niczym się „nie gryzie”.
Nowe osiedla wyglądają fajnie, architektura jest interesująca, przy czym prawie nie widać mieszkańców. Na pewno w ciągu dnia gdzieś pracują, albo wyjechali na wakacje dla odmiany w góry.
Jeszcze słowo o mewach znad Morza Północnego. Są to ptaki inteligentne, szybkie i bezczelne. Jeśli nie uda im się nic wyżebrać, stosują taktykę niespodziewanego napadania na ludzi i wyrywania im z rąk akurat konsumowanego pokarmu. Widziałem parę takich sytuacji. Wprawdzie dla mnie było to dosyć śmieszne, ale dziecko, któremu taki minipterodaktyl wyrwał bułkę z ręki, bardzo się przestraszyło i ryczało potem parę minut na całe miasto. Najlepiej fastfooda spożywa się nad morzem więc w jakiejś bramie – tyle że tych bram w Katwijk było jak na lekarstwo, za to mew całkiem sporo. Ale ja tu gadu-gadu, a mam jeszcze sporo do opowiedzenia. Robię zatem przerwę na fotki, a potem jedziemy na tulipany.
Tulipany to Holandia, Holandia to tulipany (też). Kiedyś, gdy tulipany były jeszcze pewnym rodzajem ogrodowego rarytasu, potrafiły kosztować majątek. Do Holandii trafiły w 1592 roku za sprawą austriackiego ambasadora Augiera Ghislain de Busbecq. W tych czasach nie musimy już na te piękne kwiaty sprzedawać domu, ceny aktualnie są bardzo przyzwoite i na tulipana pozwolić sobie może dosłownie każdy. Na plantacje pojechałem w okolice miejscowości Nordwijk, leżącej paręnaście km od Katwijk. Widoki kwitnących pól tulipanowych są rzeczywiście niezwykłe i niespotykane gdziekolwiek indziej, można powiedzieć, że panoramy pól zapierają dech w piersiach.
To chyba nie tulipany
Teraz słowo o święcie w Katwijk. Po powrocie z podziwiania tulipanów były jeszcze spacery po nocnym mieście, ale nieprzyjemny wiatr niosący tumany piasku sypiącego w oczy spowodował, że schroniłem się z przyjemnością w hotelu i po kwaterce dobrego scotcha położyłem się spać. Kolejny dzień to wspominany dzień święta narodowego. Od samego rana tłumy na ulicach, jacyś domniemani faszyści z bronią w ręku, strzelający w kierunku morza no i kawalkady wojskowych samochodów. I jeszcze raz tłumy, tłumy, tłumy. Trudno było się przecisnąć, ale przyznam, że atmosfera potrafiła jakieś tam uczucia w człowieku wzbudzić, gdy się wyobraziło, jak wielka musiała być radość mieszkańców okupowanego kraju, gdy go wyzwolono spod panowania bandy ponurych hitlerowskich najeźdźców.
Hallo Amis
Auta czekające na paradę
Panowie okupanci
Popatrzałem, nacieszyłem oczy i uciekając od tłumu oraz hałasu, pojechałem do parku wiatraków w Nederwaard. Dokładnie gdy tam dojechałem, rozpętała się okropna burza, wiatr no i wielka ulewa. Myślałem, że ze zwiedzania będą nici, ale po jakichś dwudziestu minutach wszystko się uspokoiło i poza silnym wiatrem z deszczu nie zostało nic. Pomijam że w tejże okolicy bardzo wieje i to prawie na okrągło. Najwyraźniej właściciele wiatraków wiedzieli, gdzie mają je stawiać.
Panorama wiatrakowa
Silny wiatr smagał wodę
Dobrze, iż miałem ze sobą kurtkę, bo było dosyć zimno i ten wiatr, który ciągle wiał. Najpierw w oczy a potem w plecy, był tak silny że poganiał niemalże do wyjścia, kiedy wracałem po napatrzeniu się na wiatraki w kierunku pobliskiego parkingu. Nie byłbym sobą, aby wracając do Katwijk nie zatoczyłbym kółka w kierunku Rotterdamu, bo wszak grzechem byłoby przepuścić okazję chociażby przejazdu ulicami tego pięknego miasta.
Zaraz będę jechał mostem na foto
Tej nocy po powrocie zaczęło wiać bardzo porządnie, wiatr jakby się wściekł. Spienione morze huczało, wiatr wył, a na ulicach miasta odbywała się sceneria prawdziwej burzy piaskowej, zaś dość spore kamyki niesione huraganem nieraz boleśnie uderzały w twarz. Nie był to dobry czas na spacery. A w nocy ze względu na hałas trwającego zjawiska trudno było spać. Kolejnego dnia wiatr wcale nie ucichł, ulice były zasypane piaskiem jak śniegiem. Powywracane rowery leżały bezsilnie przy krawężnikach, a na plaży zaistniało zjawisko wędrującego piasku, który wiatr niósł w dal.
Smutne rowery
Piana ubita przez morze
Wejście do parkingu
Pani na koniku
Wędrujące piaski
Zapewniam że bardzo mocno wiało
Nie wiem, czy w międzyczasie ta opowieść nie robi się za długa, bo nie chciałbym, aby moje opowieści doprowadzały kogoś do zasypiania przy monitorze. Jeszcze więc tylko kilka co ciekawszych fotek pstrykniętych przy okazji włóczęg i zamierzam dać Wam na dzisiaj spokój. Holandia jest pięknym krajem, nie da się jej zawrzeć w odcinku bloga. Trudno przekazać wrażenia, zapachy, odczucia przeżywane podczas zwiedzania. Staram się starać, ale nie wszystko da się przekazać. Pod koniec tego odcinka wstawiam mój film na Youtube, który szybko opisuje to, co ja tu tak długo pisałem. A tymczasem jeszcze końcowe fotki i do zobaczyska. 🙂
W swoich wędrówkach łączę często dwa interesujące punkty w jedną wyprawę. Jeśli na jedno miejsce przeznaczyć mam pół dnia, a w cały dzień mogę spokojnie obejrzeć dwa cele, jest rzeczą oczywistą, że zdecyduję się na te dwa miejsca. Jedynym warunkiem jest to, aby w cały dzień udało się te miejsca dość dobrze zwiedzić. Nie lubię zwiedzania po łebkach. Jasne jest więc, iż większe miasta lub cele wymagające więcej czasu nie dadzą się tak „zaliczyć”. Na taki sposób zwiedzania zdecydowałem się w przypadku miejscowości Schaffhausen z pięknym wodospadem na rzece Ren, oraz leżącym nieopodal miasteczkiem Stein am Rhein. Idealna wycieczka na cały dzień. Miasto Schaffhausen liczy około 37. 000 mieszkańców. Do jego najbardziej znanych zabytków zalicza się klasztor Allerheiligen, wieżę Schwabentorturm, twierdzę Munot i gotycki kościół St. Johann, znany ze wspaniałej akustyki. Ale i tak większość turystów po przejściu uliczkami miasta, podąża do wodospadu na Renie, zwanego Rheinfall. Już z daleka słyszy się jego szum. Aby zaoszczędzić sobie wspinaczki, najlepiej odwiedzić najpierw zamek Laufen, skąd schodzi się potem do wodospadu. Droga w odwrotnym porządku jest dosyć wyczerpująca.
Zamek Laufen
Rheinfall
Zamek Laufen nie jest dużym obiektem, obejrzenie jego zakamarków nie trwa długo. Za to widok na rzekę oraz wodospad jest doprawdy imponujący. Zresztą widok na Rheinfall jest możliwy z boku, z dołu, z góry, z chodnika położonego na moście kolejowym, po którym można także przejść na drugą stronę rzeki, a nawet ze skał położonych w nurcie rzeki, do których można dopłynąć łodzią i wspiąć się na górę, i stamtąd podziwiać dzikość i piękno natury.
Droga na pobliski parking
Most kolejowy nad Renem
Rheinfall jest zaliczany do jednego z największych wodospadów w Europie. Ma 23 m wysokości, szerokość nurtu wynosi w tym miejscu 150 m. Nocą wodospad jest bardzo ładnie oświetlony, a w ostatni dzień lipca, organizuje się tu wspaniałą imprezę pod nazwą Rheinfall-Feuerwerk, gdy to przez około 30 minut wystrzeliwane są z różnych miejsc fajerwerki, a efekty audiowizualne wywołują u widzów okrzyki zachwytu. Wzdłuż rzeki prowadzą bardzo wygodne szlaki, z których, jak wspominałem, można oglądać okolicę z różnych perspektyw.
Zameczek Wörth
Są lata, w których rzeka Ren ze względu na niewielką ilość opadów niesie niezbyt wiele wody. Co za tym idzie, również sam wodospad bywa raz mniej, raz bardziej imponujący. Mnie udało się tam być akurat w tym czasie, kiedy wody było w rzece tak dużo, że łodzie wożące turystów na skałę tkwiącą przy wodospadzie, tego dnia nie dopływały tam ze względu na bardzo wysoki stan wody i zalane mostki do cumowania łodzi.
Na zamku Laufen
Widok na Ren z zamku Laufen
Oczywiście wodospad przyciąga nie tylko turystów, ale i różnego rodzaju amatorów mocnych wrażeń, którzy te mocne wrażenia i skok adrenaliny we krwi właśnie tam spodziewają się znaleźć. Dawniejsze wskakiwanie z platform umieszczonych nad rzeką do wody u stóp wodospadu stało się tak popularne, że nie jest to już zaliczane do sensacji, bo robi to wielu ludzi. Niemniej należy dysponować doskonałą umiejętnością pływania w pełnym wirów, wzburzonym nurcie, zwłaszcza że nadal jest to nielegalne, zaś ratownika w okolicy oczywiście nie ma. Bywali już przechodzący nad wodospadem na linie, spływający tam kajakiem, kajakiem dwuosobowym, a kiedyś ktoś przepłynął kajakiem przez wodospad nawet w nocy. Znany jest przypadek, kiedy ktoś powyżej wodospadu wpadł do wody i został uniesiony przez nurt do wodospadu, gdzie szczęsliwym trafem udało mu się przeżyć upadek z wodospadu oraz kotłującą się jak w pralce automatycznej wodę u podnóża wodospadu, która rzadko wypuszcza kogoś, kto tam wpadnie. Skończyło się na wizycie w szpitalu, ale człowiek przeżył. Patrząc na ten nurt, zakrawa na cud, że ktokolwiek mógł wyjść stamtąd żywy.
Krawędź wodospadu
Widok jest piękny, ale jednocześnie napawający podskórnie pewnego rodzaju grozą. Zdajemy sobie sprawę, iż nie możemy bez wody żyć, jednocześnie wiedząc, że woda może nas także zabić. Trzeba kochać naturę, ponieważ jesteśmy jej częścią, ale musimy przy tym okazywać należny jej szacunek.
Z tych galeryjek śmiałkowie skaczą do wody
Nie mogłem sobie odmówić wycieczki łodzią pod wodospad. Tego dnia wodospad kipiał, buchał energią, huczał i trząsł bębenkami w uszach, a w brzuchu czuć było wibracje tego niesamowitego, naturalnego spektaklu. Płaskodenne łodzie sprawowały się na sporych falach zaskakująco dobrze. Oczywiście bujało, a wyobraźnia podpowiadała jakieś nieprzyjemne scenariusze. Ale widok rozciągający się przed oczami pozwalał o tym szybko zapomnieć.
Im bliżej wodospadu, tym bardziej wzrastały emocje. To nie była zwykła toń, to nie był zwykły nurt rzeki. To była jakaś kipiel, kocioł czarownic, topiel. Przy tym sama woda Renu była szmaragdowa i niezwykle czysta.
Fajnie tam było, nie da się ukryć. Po skończonej wycieczce pod wodospad było jeszcze trochę czasu, aby zrobić wodospadowi kilka fotek z daleka.
W zameczku Wörth urządzona jest miła restauracja, do której jednak z obawy o stan całości portfela nawet nie zachodziłem. Ceny w Szwajcarii nie należą niestety do zbyt humanitarnych, a poza tym będąc w drodze mam tylko minimalne potrzeby, do których należy woda mineralna i coś nadającego się do schrupania na szybko, aby nie tracić czasu. Może być to jakiś batonik, albo kilo czereśni. Albo jedno i drugie.
Ryby w Renie żyją sobie spokojnie i dorastają do całkiem pokaźnych rozmiarów. Uprzedzając pytania, odpowiem od razu, że poniższe zdjęcia były naprawdę zdjęciami ryb z rzeki, a nie z jakiegoś stawu hodowlanego.
Zwiedzanie okolic wodospadu ukończyłem przy zameczku Wörth, idąc zaraz potem na parking, skąd skierowałem się do miasteczka Stein am Rhein.
Odległe około 20 km od Schaffhausen Stein am Rhein osiąga się bardzo szybko jadąc lokalną drogą nr. 13. Miasteczko ze względu na swoje średniowieczne centrum, jest ulubionym celem dużej liczby turystów. Nie należy się temu dziwić, bo i położenie tuż nad rzeką i zabudowa miasta robi spore wrażenie.
Wjazd do miasta
Interesujący właz kanałowy
Wiele fasad budynków jest pięknie pomalowana. Miasto jest typowym miastem do spokojnego snucia się po jego ulicach. Mimo dużej liczby turystów jest przyjemnie cicho.
Jak w wielu tego rodzaju nadgranicznych miastach, również w Stein am Rhein znajduje się zamek, tutaj o nazwie Hohenklingen, górujący jakieś 200 metrów ponad miastem.
Zamek Hohenklingen
Po wędrówce wśród miejskich murów doskonale robi posiedzenie nad Renem. Latem można schłodzić sobie w wodzie nogi, popatrzeć na nurt spokojnie płynącej tutaj rzeki, zerknąć na łabędzie i ogólnie, doskonale się zrelaksować.
Kończąc tę relację, wstawiam jeszcze kilka zdjęć z miasta.
Miasto Trier, położone nad rzeką Mozelą w zachodniej części niemieckiego landu Rheinland-Pfalz, zostało założone przez Rzymian przed ponad dwoma tysiącami lat. Na samym początku nosiło dźwięczną nazwę Augusta Treverorum, a po następnych trzystu latach zwano je po prostu Treveris. Miasto posiada wiele zabytków z tamtych czasów, należące do dziedzictwa kulturowego Unesco. Zalicza się do tego oczywiście bardzo znaną Porta Nigra, Amfiteatr, Termy Barbary, Most Rzymski, Bazylikę Konstantyna i wiele innych, pomniejszych śladów pobytu Rzymian na tych terenach. Miasto było bombardowane podczas drugiej wojny światowej, na szczęście sporo zabytków jakimś cudem uchowało się przed kompletnym zniszczeniem, dzięki czemu możemy je dzisiaj podziwiać.
Porta Nigra i bazarek
Miasto Trier nie jest zbyt dużym miastem, mieszka w nim około 120.000 ludzi, ale i tak chodząc zwłaszcza w weekend albo jakieś święto po jego ulicach, ma się wrażenie, iż jest tych ludzi tutaj nieco więcej. Ale to mylne wrażenie, bo to liczni turyści robią spory tłok na ulicach. Miasto jest bardzo malownicze i ma licznych wielbicieli nie tylko wśród mieszkańców.
Spojrzenie z Potra Nigra
Ulice Trier
Dziedziniec przed Porta Nigra
Przyjemnie jest zagubić się w tłumie, dobrze jest poobserwować życie miejskie w nowej, innej odsłonie. Nie ma na świecie dwóch takich samych państw, miast, wiosek. I bardzo dobrze. Dzięki temu włóczykije różnej maści nigdy nie będą trawieni monotonią podczas odwiedzania kolejnych, wymarzonych przez siebie celów.
Nie staram się tu zbytnio zanudzać faktami historycznymi. Podaję tylko to, co jest najbardziej niezbędne. Uważam, że praktycznie wszystko można znaleźć w źródłach internetowych, zaś ja mogę bez kłopotów zająć się swoimi subiektywnymi obserwacjami i wrażeniami, które mogę tutaj dla Was opisać. Jedno jest w Trier ważne. Należy mieć oczy szeroko otwarte, gdyż za każdym rogiem, na każdej uliczce może czaić się coś ciekawego, starego, zabytkowego. Albo też pizzeria lub mały lokalik z kebabem, co wprawdzie nie należy do zabytków, ale przydać się może w akcji gaszenia uczucia głodu i pragnienia u turysty.
Dom Trzech Króli
Wspaniały sufit koscioła w Trier
Organy kościelne
W Trier spędziłem wprawdzie cały dzień, jednak pozostało we mnie wrażenie pewnego niedosytu. Tak, to prawda, powinienem był mieć więcej czasu na to piękne, historyczne miasto. No ale cóż, nie zawsze się wszystko zamierzone udaje. Może jeszcze kiedyś uda mi się je dokładniej zwiedzić.
Pałac Kurfirsta
Ogrody pałacowe
Po obowiązkowych odwiedzinach Porta Nigra i okolicznych zabytków zaniosło mnie do Pałacu Kurfirsta, gdzie podziwiałem piękną zieleń i kwiaty, oraz napotkałem kaczkę dziwaczkę. Później jeszcze, po krótkiej przerwie na kawę, odwiedziłem termy cesarskie i most rzymski, czyli Römerbrücke.
Wejście do pałacu
Basen kaczki dziwaczki
Kaczka dziwaczka
Większość zabytków w Trier leży niejako ” na szlaku” i gdy dobrze się ułoży kolejność zwiedzania, można zaoszczędzając sobie niepotrzebnego biegania wziąć je „z marszu”. Oczywiście miasto dysponuje także dobrą komunikacją publiczną oraz sporą bazą hotelową. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, aby zajrzeć do Trier na dłużej i w parę dni wycisnąć maksymalnie dużo ze zwiedzania, specjalnie się nawet nie spiesząc. Na wspomnianym moście Römerbrücke i leżącym pod nim parku zakończyła się moja wizyta w tym ciekawym mieście.
Błądząc po południu Niemiec i Szwarcwaldzie nie sposób pominąć ruin klasztoru Allerheiligen, czyli Wszystkich Swiętych, leżących nieopodal miejscowości Oppenau. Również tam znajdują się piękne, leśne wodospady, do których koniecznie trzeba zajrzeć po odwiedzinach ruin klasztoru. Klasztor założono w roku 1191. Znowu się w murach kłania nam więc głęboka i dawna historia. Klaszor leżał na wysokości 620 m npm. W tamtych czasach zapuszczanie się w te regiony było prawdziwym bohaterstwem. Region Szwarcwaldu albowiem został „ucywilizowany” tak naprawdę dopiero w XIX wieku. Wcześniej stanowił nieprzebyte głusze, w których można było spotkać tylko uciekinierów lub leśnych ludzi, którzy jakoś nauczyli się tam żyć. Jedynie obrzeża Szwarcwaldu były jako tako nadające się do życia. W XII wieku klasztor można było osiągnąć tylko wąską, górską ścieżką, gdzie jako środek transportu wykorzystać trzeba było osiołka lub muła, ponieważ koń już się nie nadawał.
Wjazd na okoliczny parking
Droga z parkingu do ruin
Klasztor przetrwał szaleństwa dziejów we względnie dobrym stanie aż do roku 1804, kiedy to uderzenie pioruna przerwało jego karierę, zaś klasztor w niedługim czasie został w większym stopniu zniszczony. Po rozwiązaniu zakonu klasztor popadł w ruinę i dopiero w drugiej połowie XIX wieku został odkryty jako swoista atrakcja turystyczna. Właśnie wtedy także Szwarcwald zaczął być modny, ściągając do siebie coraz więcej turystów, co trwa z powodzeniem do dzisiaj.
Ruiny klasztoru można zwiedzić w pół godziny, albo w dwie godziny. Można tam odkryć spokój i zadumę, pomyśleć o dawnych czasach. Dotknąć murów, przejść się resztkami dawnej posadzki. Wyobrazić sobie dawne, surowe życie mnichów w tym miejscu. Ich myśli, rzadkie zapewne radości, zimowy chłód i służbę Bogu. Miejsce to chyba każdego skłania do pewnej refleksji nad upływem czasu i przemijaniem substancji, oraz nieśmiertelnością ducha. Z pewnością każdy odbiera to inaczej. I tak jest chyba dobrze. Ta odmienność ludzkich umysłów, ich różnorodność, tworzy z tego tygla tę całość, którą jesteśmy.
Spojrzenie na ruiny z pobliskiego wzgórza
Wodospady leżą dosłownie trzysta metrów dalej, wystarczy zejść drogą wzdłuż potoku w dół i już tam trafiamy. W zależności od stanu wody wodospady mogą być bardzo okazałe, ale i przeciwnie, bardzo skąpo płynące. Trzeba mieć szczęście, aby trafić na wysoki stan wody, co akurat w moim przypadku nie bardzo się udało. Ale i tak muszę przyznać, że okolica była na tyle piękna, iż nie było powodów do jakiegokolwiek narzekania. Po drodze można natknąć się na coś nieoczekiwanego, wyglądającego jakby pomnik, ale jego wymowy niestety nie udało mi się odszyfrować.
Mam tutaj dobrą wskazówkę dla ludzi wpadających łatwo w zadyszkę. Najlepiej zwiedzać wodospady idąc w dół z nurtem strumienia po jego prawej stronie. Ponieważ gdzieś tak w połowie drogi natrafiamy na bardzo długie schody, które lepiej jest pokonywać schodząc z nich, niż odwrotnie, o czym raczyłem się przekonać na własnej skórze. Schodząc ze schodów przechodzimy potem przez mały mostek i możemy wracać w kierunku ruin klasztoru wygodną polną ścieżką.
Potok wiodący do wodospadów
Pobliskie skały i las
Niedaleko opisywanych atrakcji znajduje się miła szwarcwaldzka restauracja, gdzie po wysiłkach zwiedzania można smacznie zjeść i wypić, siedząc w cieniu drzew i zapachu kwiatów.
Na samym dole zmęczony turysta może zamoczyć sobie stopy w piekielnie zimnej wodzie znajdującej się w małym jeziorku u podnóża wodospadów i po prostu odpocząć. Również skorzystałem z tej okazji, chociaż nogi długo w tym chłodzie nie chciały wytrzymać. Jednak poczułem się natychmiast cudownie odświeżony.
Ja odpoczywający
Oczywiście, jak zwykle, doradzam wizytę w takich miejscach w środku tygodnia, gdyż wiadomo, iż w weekendy, zwłaszcza słoneczne, jest tu dość tłoczno.
Lubię zamki i ruiny. Jeśli gdzieś coś takiego zauważę, zaraz chciałbym to zwiedzić. Powłóczyć się tam, podotykać starych murów. Powyobrażać sobie ludzkie życie w tamtych czasach. Z zamkiem Trifels było tak, że mimo jego dosyć bliskiego położenia, ciągle nie udawało mi się tam trafić. Jak to się mówi, różnego rodzaju „trudności obiektywne”wciąż przeszkadzały. Czary, czy co. Ale któregoś dnia po prostu tam pojechałem. Najwyraźniej musiałem poczekać na właściwy czas.
Zamek Trifels leży w niemieckim landzie Rheinland-Pfalz, tuż obok miasteczka Annweiler. Wybudowano go na skale, która dzieli się właściwie na trzy, stąd więc pochodzi jego nazwa, Trifels czyli w domyśle potrójna skała. Skała jest długa na około 150 m, 40 m szeroka i wysoka na 50 m. Niedaleko zamku leżą jeszcze dwie małe ruinki, Anebos i Scharfenberg. Te ostatnie udało mi się przy okazji również odwiedzić. Sam dojazd do zamku obfituje w bardzo ładne okolice, można powiedzieć, iż nie tylko pobyt w zamku był prawdziwą przyjemnością, ale i sama jazda do niego.
Pierwsze wzmianki o zamku Trifels pojawiają się już w 1081 roku. Posiada on więc całkiem ładną przeszłość. W 1193 roku na przykład był tu przez trzy tygodnie więziony angielski król Ryszard Lwie Serce. Oczywiście, jak to chyba z każdym zamkiem bywa, wiąże się z nim cała masa sag i legend, które można sobie wyłowić z głębin internetu.
Wieża ruin Scharfenberg z daleka
Ruiny Scharfenberg z bliska
Okoliczne wzgórza
Zdążając do zamku dobrze jest nieraz spojrzeć w górę. I to nawet nie z powodu, aby nam coś stamtąd zagrażało, ale aby nie przegapić jakiegoś ładnego widoku czającego się tuż, tuż.
Oczywiście, jak przy każdym zwiedzaniu jakiegoś ładnego miejsca, trzeba sobie zapewnić odpowiednią ilość czasu, aby spokojnie i bez stressu można było zobaczyć tak wiele, ile się tylko da. Nie jest to może jakiś mega wielki zamek, lecz i tutaj czas leci bardzo szybko na odwiedzinach. Zanim obszedłem wszystkie zakamarki, było późne popołudnie i za jakiś czas miano zamek no właśnie-zamykać.
Zamek Trifels z perspektywy
Brama wejściowa
Ze szczytu skały zamkowej, dokładnie tam gdzie kończy się droga turystyczna, a za barierką zaczyna się przepaść, rozciąga się wspaniały widok na okolicę, a gdy obejrzymy się za siebie, mamy za plecami bryłę warowni.
Jeżeli to możliwe, powinno się go odwiedzać w dni powszednie, albowiem w weekendy z reguły wszyscy wpadają na podobne pomysły. Na przykład, aby odwiedzić zamek Trifels. I wtedy robi się tam dosyć tłoczno, jako że jest to dosyć znana atrakcja turystyczna.
Wyglądając z okna księżnej
Trasa pod górkę
Skałka z widokiem
Tymczasem dziękuję za uwagę i zapraszam do następnej relacji z moich włóczęg.
Jakoś tak niespodziewanie zrodził się mi w głowie pomysł wylotu na wyspę Kreta w Grecji. Dużo się o tej Grecji słyszało, widziałem sporo fotek w internecie, trochę filmów. Podobało mnie się tam wirtualnie i należało oczywiście zweryfikować, czy faktycznie słusznie. W pewnym niemieckim biurze podróży wykupiliśmy więc wycieczkę i musieliśmy tylko jeszcze cierpliwie odczekać te parę miesięcy do nadejścia terminu wylotu, bo z takim wyprzedzeniem było jednak sporo taniej. Co tu dużo gadać: opłaciło się. Ale o tym potem. Sam przelot trwał około trzech godzin i poza pięknymi widokami, przebiegł spokojnie i jakoś szybko.
Srodek transportu
Morze w morzu chmur
Samo schodzenie samolotu z 11 km oczywiście trochę trwa i w jego trakcie odczuwa się dziwne sensacje w różnych miejscach ciała, poczynając od głowy poprzez żołądek, a na tyłku kończąc. Lądowanie w Heraklion, zwanym też Iraklio, albo i Herakleio, było jednak wzorowe. Na wyspie było uroczo cieplutko. Wepchnęliśmy się zaraz potem do autobusu lotniskowego, który powiózł nas do terminalu. Tam czekaliśmy spory kawałek czasu na nasze skromne bagaże. Grecy zapewne po wywaleniu każdych 20 walizek robili sobie przerwę na papierocha albo setę. Po odebraniu bagaży czekał nas jeszcze 80-kilometrowy przejazd do miasta Rethymnon, gdzie znajdował się nasz hotel. Po długim rajdzie, no bo komu w Grecji chce się specjalnie spieszyć, dojechaliśmy wreszcie do naszego hotelu Golden Beach i po zimnej, niezbyt apetycznej kolacji udaliśmy się spać. Łóżko skrzypiało dość mocno – gdyby ktoś na nim chciał uprawiać dziki seks, z pewnością słychać byłoby w całym hotelu od parteru po dach. Cykady harcowały, ale akurat ten dźwięk nie przeszkadzał nam w zasypianiu po dwunastu godzinach od wyjazdu z domu. Następnego dnia wstać trzeba było dość wcześnie, bo śniadanie serwowano w godzinach między siódmą a dziewiątą. Jak się przespało, no to się nie żarło, sprawa prosta. Pierwsze zetknięcie z wyżerką było przyjemnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do wczorajszego obroku, śniadanie było smaczne, już z tej chociaż racji, że bufet był obficie zaopatrzony. Sporo wędliny, konfitury, gorące jedzenie jak omlet, czy parówki, oraz coś smażonego, na co było wg. mnie jeszcze za wcześnie. Po śniadaniu popędziliśmy nad morze. Wreszcie!
Widok z okna hotelu
Parking przed hotelem
Może nad morze?
Rethymnon widoczny z plaży
Morze pozdrawia
Potem poszliśmy plażą w kierunku centrum Rethymnon, gdyż hotel leżał nieco na obrzeżach tego miasteczka. Droga trochę się dłużyła, nieco przeceniliśmy jej długość oraz siłę upału. Dlatego musieliśmy się w drodze pokrzepić w małej plażowej tawernie dobrym belgijskim piwkiem. Okolice portu bardzo nam się podobały. Latarnia morska i wysoki mur falochronu wykonane z kamienia nadawały okolicy flair południa. Tylko ten okropny drobny pył latający po mieście, który spotykało się wszędzie, trzeszczał czasami w zębach i oblepiał nie tylko auta ale i ludzi. Co dawało pretekst do wypicia następnego piwa. Jak się poźniej okazało, trafiliśmy na okres, kiedy to wiatr znad Sahary przynosił właśnie ten pył i to właśnie był taki piaskowy powiew pustyni. W ogóle to stwierdziliśmy, że na Krecie miło się wstaje rano, zwłaszcza, kiedy nie ma się kaca. Ile byśmy nie wychlali whisky, jakoś nie bolała nas nigdy głowa. Może to powietrze, inne ciśnienie, albo co.
Obok portu w Rethymnon
Nadbrzeżne skałki
Byliśmy w twierdzy w Rethymnon. Twierdza widoczna z daleka wyglądała okazale, duży teren położony na wzgórzu. Twierdzę zbudowali w XVI wieku Wenecjanie, zajmujący się okupacją Krety na zmianę z innymi nacjami, przede wszystkim Turkami. Samo wnętrze twierdzy bardzo nas rozczarowało. Nie było tam nic takiego, co mogłoby świadczyć o tym, iż tymże terenem ktoś się zajmuje. Jakoś nikt nie zadbał w ogóle o to, aby wyeksponować parę ciekawych miejsc, nie postawił tablic, na których można byłoby poczytać o historii budowli, nawet koszy na śmieci nie spotkaliśmy wcale. Jedynie widok z twierdzy na morze był fajny i to osłodziło nieco nasze drobne rozczarowanie.
W ciągu kolejnych dni poruszaliśmy się wypożyczonym w niemieckiej firmie samochodem, za który płaciliśmy 25 euro dziennie, więc nawet całkiem znośnie. Ułatwiało nam to bardzo włóczenie się po najdziwniejszych zakątkach tej pięknej greckiej wyspy. Któregoś dnia wybraliśmy się na pewien płaskowyż. Wysokie góry, ładne serpentyny na szosie, pomarańcze i dzika natura dookoła. W małej miejscowości Omalos zrobiliśmy krótki postój. W przytulnej knajpce zjadłem pieczoną fetę, bardzo dobry ser na gorąco, moja towarzyszka wypiła winko. Zrobiliśmy też parę fotek, żeby uwiecznić wszystko na kliszy, a raczej na czipie. Chcieliśmy jechać dalej do osławionej przełęczy Samaria, ale w górach dopadła nas taka gęsta mgła, że nie było widać nic dosłownie na dwa kroki. Zdecydowałem się na powrót i myślę, iż była to decyzja rozsądna. Nie było po co się tam po omacku pchać, biorąc pod uwagę zakręty i stan drogi.
Droga w kierunku Chania
Sad pomarańczowy
Niedawno padało
Okoliczny klasztor
Widoki na płaskowyż Omalos
Pojechaliśmy więc dalej. Po drodze, nieco błądząc, zajechałem jeszcze nad Kurnas Lake, takie nawet duże jezioro z górami schodzącymi z jednej strony nad sam brzeg. Bardzo ładna okolica, czysta woda. Podobno w jeziorze można spotkać węże wodne, rzekomo niejadowite. Albo tak się tylko mówi, żeby nie płoszyć turystów…Zdecydowaliśmy się na wypożyczenie roweru wodnego, aby trochę popływać po jeziorze. I tak zeszło nam trochę czasu, zwłaszcza iż deszcz, który podczas drogi zaczął znowu padać, padać przestał. A miły facio z wypożyczalni powiedział, że możemy pływać do woli za 7 €, które zapłaciliśmy za rower, on nam nie będzie mierzył czasu. Potem mamy tylko odstawić nasz rower i to wszystko. Popłynęliśmy więc sobie. Jezioro było spokojne, węży wodnych nie widzieliśmy. Tylko jakiś maniak pędzał się po górach, napierdzielając z dubeltówki zapewne do wszystkiego co się rusza. Huk wystrzałów dochodził nas bardzo wyraźnie z góry.
Kurnas Lake
Kaczka dziwaczka
Wody jeziora
Do hotelu nie było stąd już daleko. Po kilkunastz minutach byliśmy na miejscu. Wieczorem jak zwykle, trochę whisky i pogaduszki oraz wędrówki po plaży. Kolacja niewarta wzmianki-chociaż spory wybór potraw, ale wszystko jakoś tak robione na jedno kopyto.
Piątego dnia pobytu na Krecie łaziliśmy od rana po plaży, usiłując zdobyć się na odwagę i zanurzyć się w piekielnie zimnej wodzie morza. Ale aż takimi pojebusami nie byliśmy. To był chłodny maj. Skończyło się tylko na brodzeniu i uciekaniu przed falami, które tego dnia były naprawdę spore. Julita postanowiła, iż będzie się w takim razie moczyć w hotelowym mikrobasenie i tak też zrobiła, siedząc tam chyba ze 3 godziny.
Potem zrobiliśmy podstawowe zakupy w postaci whisky w pobliskim markecie „Christina” i ruszyliśmy na piechotę do miasta. Planowaliśmy zwiedzić szumnie reklamowane „Miejskie Ogrody”, których palmy wystające zza płotu widzieliśmy nieraz, przejeżdżając obok taksówką. I chcieliśmy tak po prostu połazić po mieście i zobaczyć, jak od środka wyglądają greckie miasta, nie tylko przy głównych ulicach. Co by tu powiedzieć-z tego co widzieliśmy, nie żyje się tam ludziom aż tak fantastycznie, jak można byłoby przypuszczać. Z dala od główych ulic, którymi przeważnie przechadzają się turyści, widzieliśmy prawdziwe siedliska biedy, domy, które nieraz zasługiwały na miano slumsów. Zaśmiecone ulice, oraz, jakżeby inaczej, ruiny budowlane. Ludzie poubierani w sumie byle jak, małe sklepiki z mydłem i powidłem, restauracje nie zasługujące na to miano i ogólnie powiem-nie było zbyt ładnie. Nic z uroku pięknej Grecji, prezentowanej w prospektach. Przy tym ludzie, mimo biedy, uprzejmi, często uśmiechnięci i nawet-tacy jakby dumni i wyprostowani. Kalejdoskop zmieniających się twarzy, sytuacji, samochodów jeżdżących byle jak i mimo wszystko był ten powiew południa. Do miejskich ogrodów dotarliśmy chyba po dwóch godzinach łażenia,ale nie zostaliśmy tam długo. Raz że ogrody były małe i można było je przejść w 15 minut. Dwa, że nie było tam nic ciekawego do oglądania. Podmokły teren śmierdzący mułem i moczem, beznadziejnie zasypany liśćmi bambusów, przypadkiem chyba tam rosnących, palmy wysokie i tylko trochę przepuszczające promienie słoneczne-po prostu duszno i ponuro. Z ulgą wyszliśmy na ulicę, w tym miejscu odrestaurowaną i z pomalowanymi elewacjami. No ale tamtędy chodzą turyści…
Spacer był cholernie długi. Wreszcie poczuliśmy w nogach zmęczenie, co znaczyło że musieliśmy zrobić co najmniej 12 km, jeśli nie więcej. Mieliśmy całkiem dosyć. Więc jeszcze tylko obeszliśmy twierdzę, spojrzeliśmy na olbrzymi prom do Pireus, stojący akurat w porcie i wzięliśmy taxi, aby dojechać do hotelu. Taksówkarz-to była historia sama w sobie. Brodaty, trochę ubrudzony smarem Grek-żeby nie było, iż obgaduję tu kogoś na siłę, w starym modelu Mercedesa nadającym się do muzeum, ubrany mimo upału w dżinsy i czarną bluzkę z długimi rękawami. Przy tym zapierdalał po mieście tak, jakby jeździł na wyścigach i można było rzeczywiście zacząć się trochę bać, gdy na centymetry lawirował między samochodami, wciskając się w każdą najmniejszą lukę i przyciskając gaz do dechy, grzał przez miasto 80 km/h. To, że stały tam ograniczenia prędkości do 40 km/h, w niczym mu nie przeszkadzało, a może przestał to w ogóle zauważać, zważywszy na panujący w aucie upał, bo klimatyzacji facet też naturalnie nie miał. Twarz miał przy tym kamienną. Faktem jest, że do hotelu dojechaliśmy w czasie rekordowym i nigdy już potem, jadąc taksówką z portu do hotelu, żadnemu taksówkarzowi nie udało się pobić czasu, osiągniętego przez tego naturszczyka. Wieczorem powłóczyliśmy się po plaży, robiąc parę ciekawych ujęć z zachodu Słońca.
Kolejnego dnia zaplanowana była wycieczka w dalsze okolice wyspy, bo chciałem z wyspy tyle wrażeń zapamiętać, na ile to było możliwe. A w miejscach, gdzie grasują hordy turystów, trudno o obiektywne spojrzenie na tę pełną różnorodności wyspę. Jedno było tam dobre-gdziekolwiek człowiek nie zajechał, i tak zawsze trafił na morze albo na góry i potem znowu na morze tylko już inne. Tym razem udaliśmy się w kierunku Hora Sfakion, lub w skrócie Sfakia. Trzeba było nam się przebijać przez bardzo wysokie w tym miejscu góry, ale Kia Picanto sprawowała się bardzo dzielnie i nawet specjalnie się nie przyduszała podczas jazdy po serpentynach oraz przekraczaniu kolejnych przełęczy. Jechaliśmy przez Vrises, Alikambos, potem przez bliżej niezidentyfikowane, piękne bezdroża. Mijaliśmy po drodze zezowate kozy, pasące się na obrzeżach szosy. Co one tam niby znachodziły do żarcia, nie mam pojęcia, bo oprócz asfaltu i kamieni nic innego, nadającego się dla kozy do pożarcia, nic nie mogłem zaobserwować. No ale one miejscowe, to sie pewnie znały lepiej. Czy koza może się nażreć wapieniem?
Drogowskaz do Hani
Jazda na wschód wyspy
Owocki przydomowe
Dom w cichym zaułku
Miejscowy domokrążca
Dom na wygwizdowie
Minęliśmy też samochód leżący w rozpadlinie skalnej do góry kołami. Kręta była tam droga, to fakt. Jak wieść gminna niesie, Kreteńczycy podobno nagminnie jeżdżą najebani, więc pewnie ktoś w stanie nieważkości skierował autko nie w tym kierunku, co było trzeba. Zwłok w środku nie było, ani nawet sladów krwi, uznaliśmy więc, że delikwent /albo paru/ wyczołgał się ze środka o własnych siłach i polazł na piechotę do domu zaleczyć kaca i urażoną dumę.
Koza jedna
Kozia grupa
Auto w rozpadlinie
Wreszcie po kilkudziesięciu zakrętach i paru setkach metrów w różnicy wysokości, wylądowaliśmy w miejscowości Frangokastelo, gdzie znajdowała się szeroko reklamowana turystom plaża. Przed plażą stały resztki jakiejś twierdzy, nie warte jednak jakiegokolwiek zwiedzania, a zresztą zwiedzać nie było i tak tam co, bo stały tam tylko puste wewnątrz mury. No i śmierdziało tradycyjnie moczem. O te zapachy podejrzewam turystów, bo z toaletami jest na Krecie nie najlepiej, a Grecy i tak rzadko zwiedzają własne zabytki. Plaża jak plaża, taka sama jakich wszędzie, było spokojnie i raczej ładnie, bez specjalnych wstrząsów widokowych. W małej tawernie zjedliśmy trochę, popijajac wszystko piwem. Ryby były ale po wstrząsających cenach i podobno na Krecie w sezonie są tylko ryby mrożone, a świeżych jest brak. Rzekomo to jakaś regulacja prawna unii europejskiej zabrania połowu ryb od maja do września rybakom z wyspy. No to co się też dziwić, że w tawernach prowadzących potrawy rybne na wagę, kilo ryby potrafiło kosztować do 40 euro.
Kolejny kościół
Dal kreteńska
Jeszcze jeden kościół
Frangokastelo
Okoliczna plaża
A my tymczasem podążaliśmy dalej dzielnie przez „krecie” bezdroża, zastanawiając się, gdzie wylądujemy tym razem, już po opuszczeniu plaży we Frangokastelo. I tak jechaliśmy dalej, przez góry i doliny, trafiając wreszcie do uroczej zatoki w Plakias. Tam było bardzo ładnie. Zatoka wrzynała się w ląd, z lewej i prawej strony stały skały, trochę ograniczając silny wiatr, który tego dnia wiał całkiem porządnie. Powylegiwaliśmy się długo na plaży, oddychając morskim powietrzem i ciesząc się słońcem, oraz spokojem, również tam zalegającym.
Kręty zjazd do Plakias
Zatoka w Plakias z góry
Na plaży w Plakias
Z Plakias do Rethymnon jechaliśmy przez śliczny wąwóz, gdzie włóczyły się tradycyjnie zezowate kozy. Robiliśmy kilka razy postój, odpoczywając i oglądając te surowe lecz piękne okolice. A wieczorem w hotelu robiliśmy to samo, co zwykle-po spacerze po plaży i wsłuchaniu się w szum morza, zasiadaliśmy przy flaszce scotcha zakupionej w sklepiku obok i gadaliśmy do późnej nocy, sącząc niespiesznie drinki. Poniżej jeszcze parę fotek z tego dnia.
Sympatyczny osiołek okoliczny
Luka w górach
Następnego dnia pojechaliśmy znowu w kreteński świat, biorąc pod uwagę tylko kierunek, a nie konkretny cel pod uwagę. Objechaliśmy jakąś wielką dolinę górą, po całkiem obłąkańczych, niezbyt sympatycznie wyglądających drogach, nieraz pozbawionych asfaltu i wiodących na nieprzyjemnych wysokościach. Przebijaliśmy się przez stada owieczek i kombinowaliśmy, błądząc co i rusz albo napotykając ślepe uliczki. Wreszcie wyjechaliśmy znowu nad morze. Miejsce było przepiękne, a co najważniejsze, prawie pozbawione turystów, co na Krecie można potraktować jako prawdziwy cud. Miejsce zwało się Triopetra, posiadało śliczną zatoczkę i ładne skały, wieńczące plażę. Pogoda była pochmurna, zanosiło się chyba na deszcz, ale co za różnica. Podobało mi się tam. Tu się wykąpaliśmy wreszcie w morzu. Okazało się że nie taki diabeł straszny jak go malują, woda nagle zaczęła się wydawać całkiem przyjemna. I tak pluskaliśmy się, pływaliśmy i cieszyli pierwszą morską kąpielą na Krecie, ponieważ kąpieli w basenie hotelowym oczywiście w to nie wliczam.
Skałki w Triopetra
Dopiero po wyjściu z wody zrobiło się chłodno, a na dodatek zaczął siąpić drobny deszczyk. Zebraliśmy więc manele do auta, wysuszyliśmy się trochę i z podkręconym ogrzewaniem pojechaliśmy w kierunku Rethymnon. Powrót trochę trwał, bo trzeba było się zorientować, gdzie w ogóle jesteśmy. Ale i tak trudno zabłądzić na wyspie, nawet tak dużej jak Kreta. Jadąc wzdłuż morza oraz pomagając sobie mapą, dojechaliśmy wczesnym wieczorem do hotelu. A potem jak zwykle.
W dniu następnym naszym celem była mała, lecz podobno malownicza miejsowość Spili. Nie było tam wiele do zwiedzania. Ot, parę zauków, knajpy ze znudzonymi Grekami, gadającymi sobie o ich sprawach, lub grających w jakieś gry. Jakieś seminarium duchowne oraz źródełko z małymi lwami, rzygającymi wodą oraz otaczające Spili góry, jak też tradycyjna tawerna. Jak to w Grecji bywa, życie toczyło się swoim trybem, nikomu się nie spieszyło, słoneczko przygrzewało, a my włóczyliśmy się na luzaczku, oglądając, podziwiając i fotografując. Nie musi się zaraz trafiać na nie wiadomo jakie miejscowe sensacje, aby czuć się w określonej okolicy bardzo dobrze.
Tawerna w Spili
Zaułki w Spili
Lwy z wodą
Spili-seminarium duchowne
Po wyjeździe ze Spili zrobiliśmy oczywiście kolejny objazd okolicy, aby nie wracać zbyt wcześnie do hotelu. Chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć, zwłaszcza że nasz dziesięciodniowy wyjazd niestety dobiegał końca.
Objazd wielkiej doliny
Kapliczka
Drzewa rosnące w prawo
Ostatniego wieczoru naszej wycieczki usiedliśmy na plaży przed hotelem i sącząc whisky, cieszyliśmy się pięknym zachodem słońca, oraz widokiem nawalonych turystek z Niemiec, którym zresztą na ich prośbę zrobiliśmy parę fotek, a potem niewiasty polazły w kierunku następnego disco.
Takim powalającym zachodem pożegnała nas Kreta. Wyspa kontrastów, wyspa miłych, chociaż dość biednie żyjących ludzi. Ludzi mimo biedy noszących się jednak prosto, z wyczuwalną w nich dumą z tysięcy lat nie zawsze dobrze układającej się historii ich ojczyzny – Grecji i Krety.
Jesień, pora roku, podczas której niesie mnie w dal. To znaczy, mnie zawsze niesie w dal, ale szczególnie jesienią i wiosną. I tak było właśnie teraz. Gwałtownie szukałem powodu do szybkiego zaplanowania jakiejś jesiennej wycieczki. Wreszcie wymyśliłem, że pojadę do Belgii, a przy okazji wyskoczę nad morze Północne, powłóczyć się nad jego brzegiem. Co też szybko wprowadziłem w życie i niedługo potem byłem już w drodze w kierunku Brukseli. Początkowe korki autostradowe w Niemczech szybko stały się wspomnieniem, kiedy zjechałem koło Landau na drogę podrzędną, co skracało znacznie ilość km, chociaż powodowało czasem konieczność wleczenia się za ciężarówkami, okazjonalnie tam jeżdżącymi. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Widoki za oknem również. Były więc deszcze, wiatr, chmury, oraz prześwitujące przez chmury słoneczko.
Na autostradzie
Spokojna prędkość relaksowa
Po dojechaniu do Luxemburga zatankowałem do pełna. Benzyna kosztowała 1,04 euro za literek, więc zaoszczędzałem na litrze sporo kasy, porównując ceny niemieckie. Autostradami Beneluxu podróżuje się o niebo spokojniej niż niemieckimi. Raz, że jest ograniczenie prędkości do 130 km/h, dwa, że z tego powodu, jadąc trochę ponad limit czyli tak góra 140 km/h nie jest się na okrągło wyprzedzanym przez psychopatów grzejących ponad 200 km/h, co Ci się wieszają na zderzaku 2 cm z tyłu i usiłują zmusić do zjechania na bok. Tutaj tego chuligaństwa nie było. Przyznam, że jechało się w stanie nieustannie odprężonym oraz nastroju całkowicie luzackim. W okolice Gent czyli po polsku Gandawy, dojechałem po paru godzinach. Po tak długiej drodze, wspomaganej tylko paroma kanapkami, należało się wszak coś dla żołądka za jego cierpliwe oczekiwanie na większą ilość paszy treściwej. Wyruszyłem więc na poszukiwanie jakiejś budy z fast-food, no i po długich poszukiwaniach odnalazłem takową, gdzie zaopatrzyłem się we frytki oraz jakieś mięsne dziadostwo, nadające się mniej lub więcej do spożycia. Nie smakowało wcale, tyle że mogłem zatkać tym wszystkim wygłodzone ryłko. Jak już się zatkałem, wzięła nade mną górę pasja odkrywcy, poszedłem więc połazić po ulicach portowego miasta Gent.
Barki na kanale
Miasto Gent jest uroczym, starym miastem, pełnym zabytków, mostów nad rzeką, kanałów i zaparkowanych w nich barek, nie tylko tych towarowych ale i mieszkalnych, na których mieszkańcy spędzają cały rok. Rynek miejski – całkiem ładny. Stoi tu pomnik Jakuba van Artevelde, który był regenten Flandrii w latach 1340-1345.
Pomnik Jakuba van Artevelde
Rynek w Gent
Na rynku biwakowało sporo ludzi, panował spokój, a pogoda dopisała doskonale. Słoneczko i ciepełko przyjemnie wygrzewały kości i uskuteczniały w człowieku całkiem fajny nastrój wewnętrzny.
Galeria St. John
Ale że właściwie droga jest celem, nie zamierzałem zapuszczać korzeni w Gent i po paru godzinach skierowałem się do Zeebrugge, małej miejscowości wypoczynkowej nad morzem Północnym, skąd już niedaleko było do Ostendy. Dawniej Zeebrugge było dużym centrum handlowym. Potem znacznie podupadło, nabywając status wioski rybackiej, a od początku XX wieku również miejscowości wypoczynkowej i kąpieliska. Jako największy belgijski port rybacki ma Zeebrugge do zaoferowania rybną halę aukcyjną oraz dużą liczbę doskonałych restauracji rybnych. Kto chce, może stąd popłynąć promem do Anglii, ponieważ cumują tu duże promy pasażerskie. Poza tym jest to ciche, spokojne miejsce, wymarzone do odpoczynku na ciepłych, piaszczystych plażach i nawet pod koniec września znajdują się tu jeszcze amatorzy kąpieli.
Wiatrak koło Zeebrugge
Dźwigi portowe w Zeebrugge
Promenada
Spojrzenie na morze
Akurat tego dnia po plaży kursowały wielkie samochody, bynajmniej nie wyglądające na jakieś plażowe. Samochody te woziły piasek w wielkich ilościach. Nie mam najmniejszego pojęcia, skąd i dokąd wędrował ten piach, zapewne świeżo wydobywany z morza.
Niezbyt chętnie, ale musiałem zbierać się dalej, do Ostendy, aby zdążyć jeszcze przed zmrokiem cyknąć parę fotek nad morzem. Poganiał mnie trochę czas aby nie błąkać się po zmroku, obijając się o ściany domostw. I musiałem jeszcze się zgłosić do hotelu, aby mieć gdzie przespać noc. Po niespiesznej jeździe i kilku przerwach robionych w celu podziwiania wysokich wydm za Zeebrugge, dojechałem wreszcie do Ostendy. Rozgościłem się w hotelu i za chwilkę udałem się w kierunku morza. Mały port jachtowy tuż przy dworcu oczarowywał malowniczymi jachtami. Stary budynek dworca też posiadał swój urok.
Port jachtowy
Budynek dworca przyłonięty masztami jachtów
A nad morzem, jak to nad morzem. Spacerowali ludzie i wszędobylskie, bezczelne mewy, usiłujące wyrwać coś do jedzenia od ludzi kupujących frytki lub rybki. Niekiedy wręcz kradły, gdy tylko na sekundę odróciło się uwagę od swojego jedzenia, albo patrzały z niemym wyrzutem na jedzącego człowieka, przysuwając się do niego coraz bliżej.
Mewy żarłoki
Porcja za 5 Euro
Aby nie odczuwać zbytnich wyrzutów sumienia, dzielnie poszedłem w stronę plaży i daleko wysuniętego w morze molo.
Wszędzie stały jakieś statki, mniejsze czy większe, a wzdłuż mola przypływały do portu i wypływały statki kolejne. Nie powiem, że był to ruch jak na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich w Warszawie. Niemniej co paręnaście minut coś majestatycznie przepływało tuż przy stoliku, przy którym konsumowałem dopiero co zamówione, zasłużone piwko.
Molo w Ostendzie
Statek zacumowany
Statek wpływający
Statek wypływający
Wieczór razem z przypływem nadeszły jakoś szybko, nawet nie zauważyłem, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. A zmrok obejmował w posiadanie kolejne metry kwadratowe okolicy. Coraz więcej wody było w miejscach przed chwilą jeszcze suchych, fala szumiała, wdzierając się coraz dalej i dalej na plażę.
Nieco zmęczony, lecz w miłym nastroju obserwowałem zachodzące słońce. Trudno jakoś przychodziłp mi oderwanie się od morza. Kiedy zapadł zmrok, poszedłem w miasto, aby posnuć się trochę po ulicach Ostendy i zajrzeć do paru pubów, by nie nudzić się samotnie w pokoju hotelowym.
Przypływ
Morze Północne wieczorem
Ostatni skrawek zachodzącego słońca
Ostenda-dworzec kolejowy o zmroku
Po udanej nocy i obfitym śniadaniu udałem się jeszcze raz nad morze, aby się pożegnać z nim do kolejnego razu, a potem pojechałem w kierunku Brukseli. Dzień był młody, trzeba było trochę połazić po tym dużym mieście. MiastoBruksela, jak każde miasto, ma swoje ładniejsze i brzydsze miejsca. W bliskiej okolicy parlamentu europejskiego posiada nawet coś w rodzaju nowoczesnych slumsów. Slumsy zamieszkałe są przeważnie przez ludność arabską, muzułmańską. Okolice parlamentu nie należą niestety ani do bezpiecznych ani do specjalnie zadbanych. Na pierwszy rzut oka Bruksela nie bardzo mi się spodobała. Na drugi rzut oka też nie. Mimo niektórych ładnych zakątków, nie było w tym zbyt wiele chemii. Jest to oczywiście moje subiektywne odczucie.
Brukselskie skwery
Beukselskie uliczki
Brukselskie metro
Swoim słynnym wytworem architektury czyli Atomium, zbudowanym w 1958 roku jakoś też nie byłem specjalnie oczarowany. Sam wstęp w wysokości 12 Euro nie był akurat bardzo przystępną ceną i obiektywnie muszę powiedzieć, że za takie pieniądze można zwiedzić o wiele ciekawsze miejsca w Europie.
Wejście do atomium
Widok z najwyższego miejsca
W środku zaduch, ciasnota, kurz, niewyobrażalne hordy turystów. Połaziłem więc po tych kulach, przepychając się wśród tłumu i przeciskając przez wąskie korytarze i po rzuceniu okiem na ładną panoramę, rzecz chyba najładniejszą w tym miejscu, z ulgą opuściłem te miejsce, wychodząc z rozkoszą na świeże powietrze. I nigdy nie zamierzam tam zajść jeszcze raz, bo szału nie było. Lepiej już wyglądała brukselska starówka z wielkim rynkiem, na którym urządza się słynny kwiatowy dywan, czyli olbrzymią kompozycję z kwiatów, zajmującą niemalże cały rynek. Ale nie byłem tam we właściwym czasie.
Ulice Brukseli
Brukselska starówka była oczywiście dość ciekawym miejscem. Ratusz. Okoliczne knajpy, architektura, tam było faktycznie ładnie. Były jeszcze takie wyspy wielu małych knajp z naganiaczami, zachęcającymi do zajrzenia i zjedzenia u nich czegoś za przykładowe 20 Euro. Oczywiście okazało się że 20 € to cena zanęcenia konsumenta. Reszta, cokolwiek, napoje, przystawki, dodatki kosztowały ekstra. Dobrze że dopatrzyłem się tego w karcie i udało się ograniczyć wydatki do około 30 €. No ale gwoli sprawiedliwości dodam, że na siłę nie zostałem tam wciągnięty, tylko namówiony. Co robi siła perswazji…
Bruksela-rynek i ratusz
Jak w każdym narodzie, również Belgowie mają swojego świętego, rzekomo spełniającego życzenia po jego potarciu. Zdaje się że pamiętacie to z Pragi, prawda? 🙂
Swięty do spełniania życzeń
Po opuszczeniu drogiej taniej restauracji trafiłem jeszcze na oflagowane ulice, gdzie wisiały chyba wszystkie flagi świata, oraz piękną zadaszoną galerię, w której znajdowało się mnóstwo różnych sklepów. Tłum chodził tu i tam. Ludzie pili kawkę, zajadali ciacha, niektórzy coś kupowali. Takie w zasadzie spokojne, bezstressowe trwanie galeryjne.Trochę czasu spędziłem tam na obserwacji wędrującego życia, bo nieczęsto zdarza się w takie miejsce trafić zupełnie przypadkowo.
Wieża ratuszowa
Jeden z lokalików z naganiaczami, ten akurat zamknięty
Galeria
Flagowa ulica
Pismaeneken
Po paru godzinach, kiedy miałem już dosyć Brukseli, a zmęczenie zaczynało dawać o sobie, skierowałem się do samochodu, a potem w parogodzinną, relaksującą jazdę do domu.
Tak naprawdę, o stolicy Republiki Czeskiej należałoby założyć oddzielną stronę internetową, tyle można o niej napisać. A ile o tym mieście już napisano! Co ciekawsze, każda relacja jest inna, każdy przeżywa te miasto na swój indywidualny sposób. Tak jakby dla siebie. Byłem tam wiele razy i do tej pory wcale nie mam Pragi dosyć.
Informacja wstępna: niezależnie od tego, jakim środkiem transportu do miasta stu wież się dostaliśmy, najlepiej poruszać się po nim komunikacją publiczną. I oczywiście-na piechotę. Dobrze jest kupić bilet dzienny, a jeszcze lepiej-trzydniowy i przy pomocy metra, tramwajów oraz autobusów zapomnieć o kosztach parkowania i problemach ze znalezieniem miejsca do zaparkowania auta. Trzy dni na Pragę to mało, bardzo mało, ale takie minimum czasowe, aby trochę poczuć „praski feeling.” Jednodniowe wycieczki nie mają żadnego sensu. Po co sobie coś takiego robić? Jest tak dużo do zwiedzania. A piwo trzeba też gdzieś wypić i odpocząć po wędrówce.
Schody do metra
Praski tramwaj
Większość turystów udaje się od razu na Hradczany do zamku, katedry św. Wita, pobliskie wzgórze Petrzin. Zalicza ogrody Wallensteina i obowiązkowy most Karola, czasem jeszcze kawałek Małej Strany. Myślę że nie jest to zła metoda, albowiem w ten sposób „odfajkujemy” najbardziej pełne turystów miejsca, przeżyjemy tłok i kolejki, aby potem móc już spokojnie i bez zbytniej gorączki rozkoszować się równie pięknymi, jednak spokojniejszymi okolicami.
Hradczany
Letnie ogrody królewskie
Letnie ogrody jesienią
Inne zaułki Hradczanów
Widok z Letnich Ogrodów na zamek
Teraz w lewo a potem w prawo i na Petrzin
Widok spod klasztoru na Strahovie
Kiedy obejrzeliśmy ze wszystkich stron Hradczany, zajrzeliśmy do katedry i wnętrza zamku, możemy odwiedzić jeszcze Złotą Uliczkę. Na mój gust jest to miejsce dość przereklamowane i trudno zaliczyć ją do jakichś wielkich rewelacji. Pomijam nieustanne zatłoczenie turystami, ale spora opłata za wejście raczej nie uzasadnia w żaden sposób jej wysokości. Nocą można wejść na Złotą Uliczkę nawet bez opłaty, ale wtedy wszystkie warsztaty alchemików są zamknięte. Tyle że nastrój robi się bardziej romantyczny.
Złota Uliczka w nocy
Niedaleko Złotej Uliczki, trochę schowany w podwórku, stoi nagi młodzieniec z wypolerowanym penisem. Młodzieniec, który podobno po potarciu jego walorów ma spełniać pocierającym ich najdziksze marzenia. Czy to prawda, nie wiem. Nie pocierałem. Ale barwa ptaszka młodzieńca wskazuje, iż nie jest on długo pozostawiany w spokoju, a chętnych na pocieranie nie brakuje. Dla kontrastu ustawiam obok młodzieńca inną figurę znalezioną w Pradze, której jednak nikt nie chciał pocierać ani pieścić. Pewnie można byłoby się o nią nawet skaleczyć, biorąc pod uwagę wystające metalowe części. Zresztą, co ja Wam będę żałować figur. Jest ich w Pradze pod dostatkiem. Więc jeszcze pomnik dzielnego czeskiego pilota do kompletu. Pilota możemy znaleźć na wzgórzu Petrzin, a ET w muzeum figur filmowych.
Młodzieniec
ET ze złomu
Dzielny pilot
Zanim udamy się na praskie stare miasto, warto zajrzeć do klasztoru na Strahovie. Z hradczańskiego zamku to tylko parę kroków, a przy okazji możemy z klasztoru pojść jeszcze na wzgórze Petrzin. Tam, gdzie stoi dzielny pilot. Krótko przed klasztorem, idąc pod górę od strony zamku, po prawej stronie jest duży gmach, a w gmachu balkon. Warto krótko się tam zatrzymać i spojrzeć w górę. Nie mam pojęcia o symbolice tego czegoś, o ile jakakolwiek symbolika wynikająca z czerwonych portek w tym wszystkim jest. Ale we mnie wywołało te miejsce niezdrowy rechot. Rechot, który się w Pradze powtarzał jeszcze nieraz. Albowiem Czesi dysponują osobliwym poczuciem humoru.
Klasztor na Strahovie
Klasztorny lew
Dziedziniec klasztorny
Ze wzgórza Petrzin można zjechać na Małą Stranę kolejką, na którą bilet dzienny jest oczywiście ważny. Jeżeli kolejka jest zepsuta, bo tak mnie się przytrafiło, idzie się na piechotę. Warto było, bo…po drodze trafia się bez pudła na swoiste muzeum, ukryte w małym budyneczku, stojącym tuż nad doliną. Muzeum sztuki dziwnej, psychodelicznych obrazów, niesamowitych rzeźb, ceramiki i wielu innych dziwnych rzeczy. Miejsce zwie się Magiczna Jaskinia. Za paręnaście koron wstępu można tam sobie zajrzeć, nie ma konieczności kupowania czegokolwiek. Po zejściu krętymi schodkami na dół trafia się na duże pomieszczenie, w nim wygodną sofę, z której można podziwiać wystawę, odpocząć. Można się napić napoi o nie nazwanych smakach i okazyjnie skorzystać też z toalety.
Magiczna Jaskinia
Wnętrza przybytku
Kiedy opuściłem ten przybytek, nażarty sztuką i pożegnałem się z dziwnie wesołym opiekunem tegoż miejsca, palącym papierosa o dziwnym zapachu, poszedłem niespiesznie dalej w dół uliczki, niedługo potem osiągając ulicę Ujezd i Karmelitską.
Ulice Małej Strany
Stąd już całkiem blisko do mostu Karola, magnesu przyciągającego dziennie tysiące turystów. Być w Pradze i nie przejść przez ten most jest poważnym niedopatrzeniem albo po prostu zaniedbaniem. Chociaż ciągle jest tam tłoczno, atmosfera jak na jarmarku, ale coś się dzieje. Na kostce brukowej mostu klęczą żebracy, wyciągając ręce po datek. Nieco powyżej sfera artystyczna śpiewa, gra na różnych instrumentach, coś maluje, np. karykatury na zamówienie, wystawia obrazy i świecidełka na sprzedaż. Tłumy z całego świata pielgrzymują przez most w tę i z powrotem, zaś Azjaci robiący wesela zjeżdżają całymi stadami, by cyknąć sobie fotkę na tle wież mostu. Most ma ponad pół km długości, szeroki jest na 9, 5 metra i wszędzie ciasno i wszędzie pełno ludzi. Te tłumy nawet specjalnie nie przeszkadzają sobie nawzajem. Jak mrówki, zręcznie się omijają, dotykają i podążają dalej, ku swojemu celowi, lub idą tak po prostu bezcelowo, biorąc na klatę to, co się akurat wydarzy.
Most Karola
Pod mostem Karola
Z boku mostu Karola
Tam za bramą zaczyna się Mała Strana
Mała Strana za mostem Karola
Na moście Karola
Idąc wzdłuż Małej Strany, tuż przy rzece, z pewnością trafimy na muzeum Franza Kafki, przy którym stoi kolejna praska osobliwość. Jest nią rzeźba Davida Cernego, przedstawiająca dwóch panów, sikających do konturu Republiki Czeskiej. David Cerny to znany nie tylko w Czechach artysta, dosyć kontrowersyjny i nie zawsze wypowiadający się pochlebnie o władzach czeskich. Innymi jego dziełami są m.in. wisielec, pomnik Franza Kafki, Wiszący koń, Tańczący Dom i wiele innych ciekawych i oryginalnych pomysłów. Na wiszącym koniu, który ma nieapetycznie wywalony z pyska ozór, siedzi czeski bohater narodowy, Jan Ziżka. Jan Ziżka siedzi też na innym koniu, gdzie indziej w Pradze. Ale na tym innym wygląda faktycznie na bohatera. Na koniu Davida Cernego wygląda trochę jak oszołom, nie ujmując tu rzeczywistych zasług Jana Ziżki. Zresztą można porównać.
Pan Wisielec
Panowie siusiający
Wiszący koń
Zizka siedzący na zdechłym koniu
Pomnik Jana Ziżki
Warto przejść przez wyspę Kampa, która wyspą jest bardziej z nazwy niż w istocie, albowiem z jednej strony stoi wprawdzie przy rzece, ale z drugiej oddziela ją od lądu tylko wąska rzeczka, taki mały odpływ Wełtawy. Skoro Kampę nazwano właśnie wyspą, będę się trzymać tego określenia. Bardzo łatwo trafić tutaj na tzw. ścianę Johna Lennona. Dawniej był to normalny mur, jakich pełno na starówkach całego świata. Od lat 80-tych studenci zaczęli na tym murze umieszczać rysunki, słowa piosenek i różnego rodzaju graffitti, zainspirowani twórczością The Beatles. Potem na murze zaczęły pojawiać się hasła krytykujące rząd Gustawa Husaka. Komunistyczny rząd był not amused i różnymi sposobami starał się studentów odwieść od malowania tych haseł na murze, dochodziło tam nawet do starć studentów z milicją. A hasła pojawiały się nadal. Komuniści upadli, mur został, nieoczekiwanie stając się miejscem, które odwiedza bardzo dużo ludzi. Każdy może tam coś od siebie namalować. Dawne rysunki z Lennonem i Beatlesami przykryły inne, te inne rysunki ciągle są pokrywane kolejnymi. Ta ściana po prostu żyje, ciągle się zmieniając. Dziwne, urocze miejsce.
Od ściany Lennona trafia się nieodmiennie do bobasów, wymyślonych, jakby inaczej, przez Davida Cernego, przed chwilą wspominanego oryginalnego artysty czeskiego. Bobasy te „łaziły” wcześniej po wieży telewizyjnej, czyli nie lubianej przez Czechów tzw. Wiertarce, z której rozciąga się poza tym piękny widok na stolicę republiki Czeskiej. Poza bobasami człowiek co krok nadziewa się na jakieś inne zaskoczenia.
Bobasy
Figura harmonii
Procesja pingwinów
Z niedalekiego mostu Legii widać doskonale Teatr Narodowy-fotki wychodzą najlepiej z przeciwległego brzegu rzeki. A ja zrobiłem fotkę spod mostu. Wyszło jak wyszło.
Oddalamy się teraz nieco od Wełtawy, która w Pradze i tak jest stale obecna, bo co i rusz znowu tę rzekę się spotyka. Gdzie można pójść? Najprostszą radą jest-tam, dokąd Was oczy i nogi poniosą. Nudno nie będzie. Dobrze jest przed wyjazdem do Pragi coś na jej temat poczytać, aby wiedzieć, co może nas zainteresować. I przy tym-improwizować.
Wiertarka w dzień
Wiertarka w nocy
Wiertarka stoi w dzielnicy Ziżkov, dawnej siedzibie artystów, pijaków i braci robotniczej. Niedaleko Wiertarki znajduje się mały cmentarzyk żydowski. Dzisiaj klimat jest już trochę rozwodniony, niemniej chodząc po okolicznych knajpach i uliczkach na pewno zdołamy coś jeszcze z klimatu Ziżkova wyniuchać. Nie zdziwmy się, kiedy napotkamy knajpkę, którą prowadzą Polacy. Jest nas w Czechach całkiem sporo.
Zaułki Zizkova
Najeść się i napić piwa można, jak to w Czechach, na każdym kroku. Osobiście unikam miejsc turystycznych, nawet nie tyle ze względu na nieco wyższe ceny, oraz tłok, ale dlatego że lubię zagłębiać się w okolice uczęszczane przez tubylców. Tylko wtedy obejrzymy sobie nie zakłamany turystycznym blichtrem kawałek realnego życia danego kraju. Różne są lokale, różne ich nazwy, różny poziom obsługi i cen. Ale na pewno powinno się spróbować czeskich utopenców, zupy piwnej, medovników, naturalnie knedlików oraz smażonego sera.
Vaclawskie Namesti czyli Vaclavak
Lokal Koala. Tłusta.
Okoliczny piesek maści hieny
Lecimy dalej. Vaclawskie Namesti to jedna z głównych arterii Pragi. Wielki, długi plac, znajdujący się w centrum Pragi, nieopodal dworca i Muzeum Narodowego. Tutaj kipi życie. Sklepy, galerie, kwiaty, turyści, łatwe panienki za dewizy i korony, auta, wieczny ruch. Kioski z jedzeniem. Stacja metra. Zmiany pór dnia i roku. Vaclavskie Namesti nigdy nie zasypiają. Od wieczora do rana odbywa się nieco tylko spokojniejsze trwanie, a od rana powtarza się wszystko od początku w nieustannym kręgu bycia i życia. Z Vaclavaka łatwo jest trafić do pałacu Lucerna, gdzie wisi sobie koń Davida Cernego. To tylko parę kroków.
Muzeum Narodowe
Vysehrad to miejsce również warte zobaczenia w Pradze. Twierdza leży dość daleko od centrum, ale nietrudno do niej trafić, zarówno metrem jak i tramwajem. Z powodu pewnego oddalenia nie spotyka się tam hord turystów, jak w typowo turystycznych miejscach stolicy Czech. Aby obejść całość Vysehradu, dobrze jest zaplanować minimum dwie godziny i spokojnie tam się powłóczyć.
Vysehrad widziany z dołu
Piesek w bramie
Widok z Vysehradu na Wełtawę
Tunel przy Vysehradzie
Co jeszcze warto zobaczyć w Pradze? Zegar astronomiczny Orloj, praskie zoo, tańczący dom. Wzgórze z metronomem, gdzie kiedyś stał największy na świecie pomnik Stalina i przylegające do tego miejsca wzgórze Letna. Poza tym teatry, parki, knajpy, zabytki. Można zrobić sobie wycieczkę statkiem po rzecze. Korzystając z pobytu w Pradze warto podjechać do odległego o 30 km zamku Karlstejn, dojazd z dworca głównego pociągiem w kierunku Beroun. Itd, itp.
Brama prochowa
Wieża ratusza z zegarem Orloj
Kamienica nad Wełtawą
Tańczący dom
Wzgórze z metronomem
Praga Nebusice
Rynek Starego Miasta
Teatr przy Bramie Prochowej
Nie sugerując się moim subiektywnym opisem, można wiele rzeczy odkrywać samemu, improwizować, łazić, ciesząc się pobytem w tym przepięknym mieście. Jak wspomniałem na początku-Praga, czarodziejskie miasto alchemików ma każdemu co innego do zaoferowania. Nic się nie powtarza. Nawet widok tych samych miejsc jest o każdej porze dnia i nocy, w każdej nowej minucie zupełnie inny. Alchemicy najwyraźniej się postarali.
Wydawać by się mogło, że bajkowe zamki budowano dawno temu. Gdzieś za siedmioma morzami i za siedmioma górami, w królestwach dawno już zapomnianych, które zaginęły w przeszłości i po których nawet żadna skorupa i żaden najmniejszy murek nie pozostał dla archeologów. Okazuje się jednak, że poza bajkowym zamkiem Neuschwanstein w Bawarii, wybudowanym przez króla Ludwika II, który to zamek jest podziwiany przez miliony turystów, odwiedzających go corocznie, można znaleźć w Niemczech jeszcze inną perełkę. Może nie tak sławną, jak Neuschwanstein, bo i znacząco mniejszą, ale także piękną i zadbaną.
Zamek Lichtenstein
Mowa tu o zamku Lichtenstein, położonym w niemieckiej krainie geograficznej zwanej Schwäbische Alb, w Badenii Wirttembergii. Zamek leży nieopodal miejscowości Honau, na wysokości 817 m npm. Zbudowany został calkiem niedawno, bo w XIX w. Nazwa zamku wywodzi się od rodu Lichtensteinów, żyjących od około XIII wieku w tejże okolicy. Jako że ostatni z rodu Lichtensteinów zginął w 1687 roku na którejś z wojen, ród ten uważa się dzisiaj za wymarły. Pamięć o nich pozostała jednak nadal, również w określeniu zamku.
Mury obronne zamku
Architektura
Ruiny po dawnej posiadłości Lichtensteinów, wraz ze wzgórzem, zostały wykupione przez Wilhelma Grafa von Württemberg. Graf, jako namiętny kolekcjoner broni, obrazów i wyposażenia rycerskiego szukał od dawna miejsca, w którym mógłby umieścić swoje zbiory. Miejsce po dawnych posiadłościach Lichtensteinów tak przypadło mu do gustu, że nie wahał się długo i wszedł szybko w jego posiadanie.
Boczne umocnienia
Wiosna na zamku Lichtenstein
Pozostało jeszcze tylko wymyślić projekt zamku rycerskiego i przekuć go na rzeczywistą budowlę. Zamek zbudowano w niespełna trzy lata. Przypuszczam, że ekipy budowlane musiały być wtedy bardziej solidne, niż te współczesne, jest to jednak moja bardzo subiektywna opinia. A może trudniej było się po prostu upić, bo okolica do dzisiaj jest dość dzika i poza zamkiem rozciągają się tylko lasy i pola, raczej puste i bez karczmy.
Wejście do zamku
Wieżyczka z herbem
Trochę ludzi do tego zamku się zjeżdża. Nie są to jednak jakieś wielkie masy turystyczne, bo zamek jest raczej tzw. tajną wskazówką, mimo że całkiem sporo o nim w internecie. Sam dojazd nie należy do najwygodniejszych. Nie ma stacji kolejowej tuż pod zamkiem a i autobus musi się dość długo wspinać aby tam dojechać. Najlepiej więc autem. Parking pod zamkiem jest płatny, wstęp na dziedziniec zamkowy kosztuje 2 Euro, co oczywiście nie jest zbyt wygórowaną ceną. Nie musi się tam bywać co miesiąc, ale raz na jakiś długi czas na pewno warto.
Baszta zamkowa
Wejście do zamku od dziedzińca
Wejście do wnętrza zamku
W sumie, najlepsza pora na odwiedziny zamku to oczywiście wiosna i lato, oraz wczesna jesień. Później niestety wszystko szarzeje, park nie jest już tak czarujący jak latem i otoczenie zamku traci wtedy na atrakcyjności. Ale zamek posiada w środku całkiem ładne zbiory muzealne i chociażby dla nich warto tam się wybrać o każdej porze.
Dwóch panów i ławeczka
A kuku!
Zamek od strony parkingu
Charakterystyczny styl budowy
Spojrzenie w kotlinę pod zamkiem
Jeszcze jedno z pocztówkowych fotek zamku Lichtenstein.
Zamek jak już wiadomo, wznosi się na wysokim wzgórzu. Widoki stamtąd są kapitalne.
Kiedy mieliśmy wyjeżdżać z zamku, spotkaliśmy tam grupę motocyklistów ze Szkocji, którzy na parkingu czekali na pomoc drogową. Jeden z ich kolegów, wjeżdżając do zamku, trafił oponą na przedziwny odłamek metalu, który uszkodził mu oponę, uniemożliwiając dalszą jazdę. Grupa była zrzeszona w pewnym klubie motocyklowym. Jeden z motocyklistów był na tyle uprzejmy, że zdjął kurtkę, aby umożliwić mi sfotografowanie ich barw klubowych i uwiecznienie ich na blogu. Niniejszym przesyłam Panom serdeczne Thank You! Podczas dogadywania się z autopomocą było tak w ogóle sporo śmiechu. Moja przyjaciółka towarzysząca mi w podróży, szybciej niż ja znajdowała słowa polskie dla angielskich, pośrednicząc w dogadywaniu szczegółów pomiędzy grupą Szkotów, w ogóle nie znających niemieckiego, mną, znającym słabiej angielski, za to lepiej niemiecki, a panem z pogotowia technicznego nie znającym wcale angielskiego, a potem ja przekładałem wszystko jeszcze na niemiecki. Pan z pogotowia zaciągał poza tym bardzo mocno w szwabskim dialekcie regionalnym, który wywoływał pewien rodzaj przerażenia na twarzy motocyklistów.
Ale jakoś udało nam się porozumieć. Wiadomo, że porozumienie pomiędzy narodami jest bardzo dobrą rzeczą.
Panowie mieli już wynajęty hotel w odległym o 80 km mieście Freudenstadt, okazało się jednak, że pomoc drogowa ze względu na późną porę dnia nie jest w stanie załatwić nowej, dość nietypowej opony do Hondy, która ulegla awarii. Honda pojechała więc do warsztatu w okolicy Lichtenstein, natomiast panowie motocykliści zabrali kolegę tymczasowo bezmotocyklowego na jeden z motocykli, na którym było wolne miejsce i pojechali do Freudenstadt, skąd musieli nazajutrz wrócić jeszcze raz w okolice zamku. I tak zakończyła się ta miła wizyta na pięknym zamku Lichtenstein, oraz kolejne zdarzenia i zderzenia z rzeczywistością oraz ludźmi.
Błąkając się nad jeziorem Bodeńskim we Friedrichshafen, trudno byłoby pominąć przepiękne miasteczko Meersburg, położone niespełna 20 km od Friedrichshafen. Postanowiłem więc trochę z marszu napisać parę słów i o tym mieście. Wszystkie miasta położone nad jeziorem Bodeńskim mają pewną cechę wspólną. Nie ma tam brzydkich miast. Wszystkie mają swój określony czar, flair, są do siebie podobne i przy tym tak inne. Będąc w nich, odkrywa się zawsze coś nowego, jednocześnie czując dziwną wspólnotę ich położenia. Przy tym jakoś trudno mi to logicznie wyjaśnić. Zabieram się więc za fotografie, aby chociaż trochę przybliżyć Wam wygląd miasta Meersburg.
Przydomowe ogrody
Zamek na wzgórzu
Meersburg Mural
Meersburg od głównej ulicy
Szaleństwo informacji
Meersburg to takie miasto, w którym turysta czuje się dobrze. Może się włóczyć. Oglądać, obwąchiwać różne kąty. Podziwiać. Uśmiechać się. Posilać się w licznych barach i restauracjach. Smakować historyczne. Nie ma pośpiechu, nie ma powodu do szybkiego zaliczenia zabytków czy obiektów wartych obejrzenia. Jest za to wiatr znad jeziora. Jest przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jest dobrze. Widać to po przybyszach. Nikt się nie śpieszy, nie krzyczy, nie biegnie zestressowany, z jakiego to zawsze powodu. Tutaj ma się czas.
Nadciąga noc, pustoszeje jezioro
Kolorowo
Co krok to prom
Jak to latem, turyści dopisują. Jezioro Bodeńskie przyciąga ludzi jak magnes od stuleci. Piękne okolice, dobra komunikacja kolejowa, autobusowa i promowa bardzo ułatwia dość szybkie przemieszczanie się pomiędzy miastami. Miasto leży wśród wzgórz, na których uprawiane są winorośla. Dobry klimat sprawia, że zbiory są udane a i to, co trafia po zbiorach do butelek, jest chętnie wypijane przy każdej okazji.
Wzgórza z przyszłym winem
Port jachtowy
Bez przerwy, chodząc po Meersburgu, widzi się jezioro Bodeńskie, a przy dobrej pogodzie również alpejską panoramę. Jak wszędzie w turystycznym regionie, masa kafejek i restauracji zaprasza na odpoczynek i relaks przy obiedzie i winie. Wstając rano miło jest zajrzeć do kafejki na croissanta i kawkę, aby z akumulatorem nowych sił witalnych wyruszać na dalsze podboje tej jakże pięknej okolicy. Muzea i zamek zachęcają do zwiedzania, a oferty kulturalne są na tyle bogate, że nie powinno się nudzić ani chwili, będąc w Meersburgu.
Meersburg-zaułki starego miasta
Koło młyńskie działa do dzisiaj
Jako ciekawostkę przytoczę tu fakt, że pierwsza promenada nad jeziorem została wybudowana już w 1870 roku, a miasto zelektryfikowano w roku 1921.
Lokale przy promenadzie
Wieczorne jezioro Bodeńskie
Na zakończenie szereg zdjęć „strzelanych” często z biodra lub nieoczekiwanie, nie wszystkie zatem spełniają może obecne standardy. Ale że nie obrabiam fotek żadnym programem, więc wszystkie są takie, jakie się widzi. Czyli real nie czarowany niczym.