35.Szwajcaria, Aareschlucht w dolinie Haslital.

Ponownie wybrałem się do Szwajcarii. Tym razem, aby odwiedzić przełęcz Aareschlucht, leżącą pomiędzy miejscowościami Meiringen i Innertkirchen. Piękne miejsca w Szwajcarii niejednokrotnie leżą w miejscach niezbyt znanych, o których bywa, iż dowiadujemy się przypadkowo, od znajomych lub dzięki informacjom w prasie, tv czy też internecie. Podobnie było z Aareschlucht, na której ślad trafiłem, szukając ciekawych miejsc w Szwajcarii. Zaintrygowany opisami oraz fotografiami umieszczonymi online, postanowiłem pojechać do Meiringen. Trafić do tej atrakcji turystycznej nie jest trudno, ponieważ na skale stojącej tuż obok drogi prowadzącej z Meiringen w kierunku Innertkirchen, znajduje się wielki napis, którego przeoczyć nie sposób. Znajduje się tam też parking, oraz wejście do przełęczy, prowadzące przez kasę. Niestety, żyjemy w czasach, kiedy rzeczy dane wszystkim ludziom przez naturę zostają przez kogoś prawem kaduka zawłaszczone, z jakich to też powodów i pobiera się za to opłaty w brzęczącej walucie. Nie chcę dalej wchodzić w te moje rozumowanie, ale nie zawsze posiadam myśli zgodne z ogólnymi trendami, a co na jakiś temat powiedzieć mam, to i tak powiem. Tylko na blogu turystycznym nie chcę nikomu zawracać głowy polityką, albo tym, co myśli Lezio na temat świata, bo należałoby zaraz zakładać blog dodatkowy, jako załącznik. A myśli miliony w głowie wciąż się plącze. Więc po zaparkowaniu na parkingu i uiszczeniu opłaty w wysokości 8 Franków szwajcarskich, już od wejścia mogłem cieszyć się panoramą przełęczy, zapominając zaraz o tym, ile to butelek piwa mógłbym za to kupić.

Była już późna jesień i turystów niewielu, co mogło tylko cieszyć. Tak jak większość ludzi, nie przepadam za zwiedzaniem w tłoku i ścisku. Nie zawsze się uda tak dobrze trafić, bo nie jesteśmy na tym świecie sami, lecz tym razem pora mi sprzyjała, jakkolwiek był to czysty przypadek. Aareschlucht, uformowana wodami pobliskich lodowców, drążących dolinę przez tysiące lat, cieszy oczy i resztę zmysłów. Chodząc po kładkach zbudowanych wśród skał, słyszy się szemranie wody, potoki spływające po skałach, szum nielicznych drzew, uczepionych desperacko kamieni. Widzi się rzekę płynącą na dnie kanionu. Czuje się zapach wody i mokrych głazów. Zadzierając głowę do góry, nie zawsze zauważymy błękit nieba, które bywa tu całkowicie zasłonięte przez wysokie skały i tylko niewielki prześwit błyśnie tu i ówdzie, uświadamiając nam, iż życie trolla jaskiniowego, czy też kobolda, mogło być trudne, samotne i niezbyt wesołe. Na szczęście byłem tu jedynie gościem, wiedząc że po kilku godzinach wrócę do zgiełku świata, zabierając ze sobą wrażenia, oraz obrazy utrwalone dzięki dobrodziejstwu wynalazku fotografii, dawniej na kliszy, a teraz na czipie aparatu.

Pomosty nad rzeką Aare położone są od wejścia całkiem wysoko, ale osoby nie przepadające za większą, niż pół metra, odległością od Ziemi, zapewniam, że dziwne wrażenie szybko mija, ponieważ schodzi się coraz niżej, coraz bliżej lustra rzeki i nie ma się czym martwić, jako że balustrada zapewnia bezpieczne chodzenie po pomostach nawet, kiedy są one rano, zwłaszcza jesienią, nieco mokre. Rzeka Aare posiada miły kolor błękitny, ze względu na zawartość minerałów, nadających wodzie tego rodzaju kolor.

Wody było tej jesieni niezbyt wiele. Na rzece zdarzały się miejsca, gdzie kamienie, do tej pory pokryte wodą, pokazywały swoje oblicza. Bywają jednak lata, kiedy Aareschlucht jest tak pełna wody, a prąd rzeki tak silny, że zamyka się te miejsce dla turystów, ze względu na ich bezpieczeństwo. Po przejściu pomostów i paręset metrów szlaku, zaczynają się korytarze wykute w skałach, gdzie nawet latem jest dosyć chłodno i należy pamiętać o tym, aby mieć coś ciepłego na grzbiecik, ot tak, na wypadek, kiedy zimno zacznie nami trząść pomino zewnętrznej temperatury w granicach 25 stopni w plusie.

Korytarze wykute w skałach są oświetlone, ale osoby o wyższym wzroście, takie jak np. ja, muszą uważać, aby nie nabić sobie guza w szale zwiedzania i nagłego zagapienia się. Gapiostwo spowodowane zachwytem nagłym widokiem zdarza mi się niestety od czasu do czasu, taki już jestem i nie da rady tego zmienić. Więc też staram się uważać. Od guza do guza, od siniaka do następnego.

A tymczasem droga stawała się nieco węższa. Czułem się trochę ograniczony, w sensie naturalnie fizycznym, bo skały z lewej i z prawej jakoś tak się dziwnie nachylały, zbliżały z lewej i z prawej strony, czasem osuwał się w dół jakiś kamyczek. Mogłem teraz lepiej zrozumieć żeglarzy, płynących między Scyllą i Charybdą. Lecz widziałem już światełko w tunelu, migające z daleka, mogłem więc radośnie zanurzyć się w mokre korytarze przełęczy.

Były tam oczywiście dalsze przejścia, pomosty i jakieś dziwne coś, patrzące zaciekawionym wzrokiem na przybysza. Nie podchodziłem jednak bliżej, nie usiłując pogłaskać, ani zagadywać i zaraz oddaliłem się w inne strony jaskiń. Tak myślę sobie teraz, że to był jakiś zmęczony pluciem ogniem smok, który szukał spokoju od codziennego zgiełku i akurat tam znalazł sobie spokojny kącik. Ale tak do końca pewien nie jestem. Trzeba byłoby zapytać dzieci, one na pewno wiedziałyby, co to jest. No i wiecie co? Ludzie kochani, tam jest po prostu pięknie! Co tam jakiś smok, przecież to nie jest powód, aby tego miejsca nie odwiedzić. Więc gdy tylko znajdziecie okazję, pakujcie plecaki i odwiedzajcie Szwajcarię, nie tylko Aareschlucht, ale i inne śliczne miejsca w tym kraju.

Tak chodziłem tam sobie, oglądałem, podziwiałem, i fotografowałem, czytając przy tym rozmaite tabliczki poglądowe. I że np. przełęcz dostępna jest dla turystów dopiero od dwudziestego wieku, wcześniej pokonywaną ją tylko łodziami. I że całkowita długość Aareschlucht wynosi 1400 metrów, zaś głębokość około 200 metrów.

Kiedy dojdziemy już do końca przełęczy, można wrócić z powrotem tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, lub dojechać koleją jeden przystanek. I tak, istnieją właściwie dwa wejścia do Aareschlucht. Z tym, że wchodząc tym wejściem, przy którym ja zakończyłem swoją wędrówkę, trzeba zasuwać pod górę. Trzeba się więc doinformować, co dla nas byłoby lepsze. Wybór należy do Ciebie, jak to tam ktoś kiedyś powiedział. Na zakończenie parę widoczków z okolic Aareschlucht, rzut okiem na rzekę Aar, płynącą już wolnym korytem, nie w ścisku i stressie, oraz szyny kolejowe, prowadzące w daleki, znany i nieznany świat. 🙂

34. Szwajcaria motocyklem: Grimsel, jezioro Oberaarsee, Furka.

Dla motocyklisty Szwajcaria jest krajem posiadającym tak wiele pięknych miejsc do zwiedzenia, że jedna tylko wizyta w tym niezbyt dużym kraju nie wystarczy, aby chociaż pobieżnie odwiedzić te miejsca, które odwiedzić byśmy chcieli. Piękne przełęcze Alp szwajcarskich, górskie jeziora, lasy, potoki, ładne wioski i przepiękne miasta są wystarczającym magnesem, aby rocznie przyciągać rzesze turystów, nie tylko zresztą tych motocyklowych. Na temat cen w Szwajcarii nie chcę się tutaj wypowiadać, bo nie o to wszak chodzi. Każdy dopasowuje swój stan portfela do realnych możliwości, znajdując jakiś indywidualny „złoty środek”. Za to jazda po Szwajcarii motocyklem to prawdziwa przyjemność, bo drogi są z reguły w bardzo dobrym stanie. Jedynie dość wysoka cena winiety, taka sama dla motocyklistów i kierowców aut, oraz bardzo słone mandaty dla przekraczających prędkość dozwoloną mogą trochę ostudzić radość pobytu w tym kraju. Więc ręka na gazie powinna spoczywać w pozycji luźniej, a sposób jazdy musi być defensywny, jeśli chcemy stamtąd wrócić tylko z dobrymi wspomnieniami. Moja trasa przebyta motocyklem Yamaha YZF 1000 R, który nosi dodatkową nazwę Thunderace, rozpoczęła się od przekroczenia granicy niemiecko-szwajcarskiej w Basel. Długo autostradą nie jechałem, ponieważ najwięcej uda się zobaczyć, jadąc bocznymi drogami. Np. taki widoczek koło dworca kolejowego:

Nie wiem tak naprawdę, co ma oznaczać ten facio, stojący przed dworcem w miejscowości Giswill z buteleczką sznapsa w dłoniach. Być może jest to pomnik standardowego podróżnika szwajcarskiego. Ale przyznam, że to dość oryginalny pomysł. W mojej podróży dobrze było się czasami zatrzymać na parkingu, aby nieco odpocząć. Robię to przeważnie co dwie godziny, albo w ramach zapotrzebowania, kiedy czuję, iż droga zmęczyła mnie bardziej niż zwykle.

Im dalej od granicy, tym ciekawiej sie robiło dookoła. Góry powiększały się w oczach, barwa lasów była coraz ciemniejsza, często zacieniona pasmami alpejskimi, a jeziora położone między górami przyciągały wzrok pięknym błękitem. Nad takim jeziorem urządziłem sobie mój kolejny postój. Jezioro nosiło nazwę Sarnersee, typowo pocztówkowe jezioro w cudnej okolicy.

Jako że jechałem w niedzielę, wszędzie było pełno turystów, również tych motocyklowych. Trochę przeszkadzało to w kontemplacji widoków, ale skoro już tam byłem, należało ten spory ruch zaakceptować. Znad Sarnersee skierowałem się bocznymi drogami na wyżyny, leżące wokoło tegoż jeziora, co zapowiadało ciekawą panoramę. I nie zawiodłem się. Po fajnym wjeździe przyjemnymi serpentynami zatrzymałem się na niewielkim parkingu, obleganym przez motocyklistów oraz kierowców aut. Większość z nich kontemplowała widoki, byli też tacy, którzy bawili się modelami samolotów puszczanymi nad dolinę. Były to nawet duże i pięknie wyglądające modele, kierowanie którymi nie wyglądało na coś zupełnie prostego. Gdy przelatywały nad głowami, słychać było wyraźnie szum powietrza rozcinanego ich skrzydłami. Były to chyba modele napędzane elektrycznie, gdyż poza tym szumem nie było słychać nic innego, żadnego dźwięku silnika.

Po przebyciu kolejnych kilometrów po pięknych okolicach Sarnersee skierowałem się do miejscowości Meiringen, gdzie w małym hoteliku miałem zarezerwowany pokój. Do tej pory przejechałem prawie 400 km, ale najwyraźniej było mi tych kilometrów za mało.

PS.Poniższy widok miałem z okolic hoteliku za darmo.

Po odświeżeniu się i krótkim odpoczynku w swojej kwaterze wyruszyłem dalej, w kierunku miejscowości Innertkirchen oraz przełęczy Grimselpass. Z Meiringen to niespełna 32 km, należy jednak pamiętać o tym, iż górskie kilometry to są nieco inne km, niż te, które przebywamy po równinach-w górach trwa to znacznie dłużej, co trzeba uwzględniać podczas planowania tras. Na wszelki wypadek zatankowałem motocykl do pełna za 10 Franków. Gdy tankujemy w Szwajcarii na zamkniętej stacji benzynowej, z automatu, pamiętajmy, że najpierw trzeba wybrać sumę, za którą będziemy tankować, zapłacić kartą lub gotówką, a potem tankować. Jeśli się przeliczymy i w baku zmieści się nam paliwa za 15 Franków, a nie za 20, to automat pieniędzy nam i tak nie odda. Taki mały szczegół. Wjazd na Grimselpass rozpocząłem godzinę później. Nie wiem, ile to trwało, ale nie takie ważne, albowiem widoki były tak fascynujące, że zapominałem o upływie czasu. Tunele, zakręty, podziwianie motocyklistów wchodzących w ciasne zakręty, leżące przy trasie doliny i przepaście, wszystko to składało się na niezwykły kalejdoskop wrażeń.

Grimsel to przełęcz wznosząca się na wysokość 2163 m npm, więc spore wzniesienie, na szczycie którego można poczuć pierwsze podmuchy różnicy ciśnień, przybywając od razu z nizin na ponad dwa km wysokości. Sam wjazd jest bardzo dobry, doskonały asfalt, bardzo dobrze wyprofilowane zakręty, co nie znaczy, iż nie trzeba uważać, wręcz przeciwnie, trzeba być cały czas skoncentrowanym na tym, co się aktualnie robi.

Bez obowiązkowego postoju na fotki oczywiście się nie obeszło. Koledzy ładnie zasuwali, miło było popatrzeć.

Po wjechaniu na przełęcz skręciłem w prawo w kierunku jeziora Oberaarsee, ale tam trzeba było odczekać pół godziny na wjazd. Powodem czekania jest to, iż ruch nad jezioro ze względu na wąską drogę odbywa się naprzemiennie, czyli jeden kierunek jedzie, a drugi czeka. Wjazd regulowany jest sygnalizacją świetlną. Oberaarsee to jezioro zaporowe, jest położone na wysokości 2238 m npm, zaś jazda drogą tam prowadzącą przysparza sporo emocji. Podczas czekania na swoją kolej czułem się trochę, jak znietrzeźwiały. Tak dawała o sobie znać wysokość. Co ciekawe, gdy wsiadałem na motocykl, dziwne objawy zaraz znikały. Wreszcie zapaliło się zielone światło i można było ruszać.

Można śmiało napisać, iż była to jazda nad przepaścią. Wprawdzie na większości trasy były barierki , ale i tak pewnego rodzaju dziwne uczucie błąkało się po czeluściach żołądka. Po przejechaniu drogi zjeżdżało się nad wysoką tamę i jezioro zaporowe. Stąd można wyruszać w bliższe i dalsze wędrówki po okolicznych górach.

Po nacieszeniu oczu wspaniałą naturą pojechałem z powrotem. Chciałem przejechać jeszcze przełęczą Grimsel w kierunku kolejnej przłęczy Furkapass, a potem na przełęcz Gotthard, ale zaczynałem się poważnie obawiać o to, czy wystarczy mi czasu , aby wrócić do hotelu przez zapadnięciem nocy. Jazda motocyklem po górach po zapadnięciu ciemności przestaje być przyjemna. Jadąc w drugą stonę tą samą trasą, można odkryć widoki, które się przeoczyło jadąc w odwrotnym kierunku. Tak było z prześliczną panoramą Grimsel Hospiz. Znajduje się tam miły hotel, gdzie latem zjeżdża się wielu motocyklistów.

Ja tymczasem pognałem dalej, mijając jezioro na Grimselpass, a potem, zjeżdżając z Grimselpass za chwilę rozpocząłem wspinanie się na Furkę. Od strony Furki zaczął wiać silny wiatr, trochę bujając motocyklem, ale nie mogło mi to przeszkodzić w dalszej jeździe.

Zjazd z Grimsel w kierunku Furki jest sliczny. Tego dnia słońce schowało się już za masyw Grimsel, ocieniając dalszą drogę, co w niczym nie utrudniało jazdy. Solidne rampy, bardzo dobrze rozbudowana szosa i ładnie wyprofilowane zakręty mogły tylko cieszyć motocyklową duszę. Na Grimselpass znajduje się nawet pomniczek motocyklisty, wykonany przez jakiegoś domorosłego artystę, którego to dzieło znane jest całej rzeszy ludzi, odwiedzających tę przełęcz. Ale nic mnie na ten temat nie wiadomo, kto i co, niestety.

A potem była już przełęcz Furka, znana m.in. z filmu „Goldfinger”o agencie 007 Bondzie. Scena, trwająca na filmie sześć minut, była nagrywana cały tydzień. Wtedy Jamesa Bonda grał niezapomniany Sean Connery. Mój przejazd tamtędy nie trwał jednak ani tydzień, ani sześć minut, trwał akurat tyle, ile trwać musiał, czyli nie za szybko, nie za wolno, ot, w sam raz.

Nie chcę tu już Was zanudzać pisaniem, resztę niech dopowiedzą zdjęcia. Jedno jeszcze muszę napisać. Nie udało mi się przejechać na Gotthardpass, z powodu zabłądzenia w okolicy Andermatt. Skierowałem się mianowicie w kierunku Austrii, zamiast Szwajcarii. Zanim zorientowałem się w swej pomyłce, przejechałem jakieś 20 km w niewłaściwym kierunku. Po zawróceniu okazało się, że aby wrócić do hotelu, muszę ponownie przejechać przełęcze Furkę i Grimsel, w odwrotnym kierunku. Zaczęło się robić zimniej i coraz ciemniej, ale trzeba było wracać, chciał nie chciał.

Mimo wszystko, widoki jezior zaporowych przy ponownym przejeździe przez Grimselpass były świetne. I przy tym jakiś cały ten nastrój wielkich gór, nadchodzącego zmroku, dziwny niepokój w okolicach żołądka i jednoczesnie poczucie szczęścia z powodu możliwości zakosztowania takich wrażeń, wdzięczność dla natury? Trudno mi to wszystko wytłumaczyć, ale to był jeden z tych niezbyt częstych i niezapomnianych wyjazdów, które tak głęboko zapadają w pamięć. Pozdrawiam Was serdecznie, zestawem fotek wieczornego zjazdu z Furki i Grimsel.

33.Niemcy, Badenia – Wirttembergia, Pforzheim-cztery pory roku.

Pforzheim, to miasto leżące w Niemczech, w landzie Badenia-Wirttembergia. Nazywane jest wrotami Szwarcwaldu, z racji położenia na jego obrzeżach. Czasami nazywane jest także Goldstadt, co oznacza złote miasto. Nazwa wzięła się z dużej ilości zakładów, produkujących złotą biżuterię oraz inne wyroby ze złota. Zostało założone na resztkach osady rzymskiej. Pierwsze wzmianki o tym mieście notuje się na lata 90-te pierwszego wieku. Prawa miejskie zostały nadane w 1080 roku przez cesarza Henryka IV. Jako że znam te miasto bardzo dobrze, a to z racji częstego w nim bywania i przebywania, pomyślałem sobie, iż dobrze będzie je przedstawić w szatach czterech pór roku. Najtrudniej napotkać tutaj zimę. Pforzheim leży w dolinie Enztal. Przez miasto przepływają dwie rzeki: Enz i Nagold. Z racji dość korzystnego położenia klimat jest tu raczej umiarkowany, a śnieg jest rzadkim gościem i jeśli już jest, trzeba go traktować jako ewenement, wiedząc, że zapewne długo nie poleży.

Z I M A

Zima owego roku przyszła bardzo niespodziewanie. Najpierw były to obfite opady śniegu, z widowiskowymi zamieciami i zawiejami. Służby drogowe nie od razu poradziły sobie z tą niespodziewaną klęską. Potem chwycił mróz, taki porządny, do -18 stopni, co dla mieszkańców przyzwyczajonych do ciepłych zim było czymś do tego stopnia niezwykłym, że zanim, kompletnie zaskoczeni, zdążyli kupić sobie cieplejsze rzeczy na taką mini-Syberię, to i zima się zwinęła. Tak, ten śnieg na fotografiach leżał nie dłużej, niż tydzień, a potem wszystko wróciło do normalności. Była to dla mnie niezła gratka, gdy mogłem, przedzierając się przez śniegi, zachwycać się widokami miasta, wyglądającego tak inaczej, tak niezwykle, no i tak biało.

Przez tych kilka dni zrobiłem bardzo dużo kilometrów po mieście, naturalnie na piechotę, i zaglądając w różnego rodzaju zakamarki, gorączkowo uwieczniałem zimę na fotkach. Wiedziałem, co robię. Od tego czasu, a minęło dobrych parę lat, nie było już takiego opadu śniegu w Pforzheim. No ale nie wywołujmy może wilka z lasu.

W I O S N A – L A T O

Wiosna przychodzi trochę po cichu, bez wielkich fanfar i czerwonego dywanu. Trochę czai się za rogiem, ustępując jeszcze zimnym podmuchom zimowej panienki, potem doskakuje, ogrzewa, znowu potrafi się schować. Tymczasem rośliny wiedzą swoje, powolutku wypuszczają listki, zastanawiając się jeszcze, czy warto iść na całość, czy jednak jeszcze trochę poczekać. A potem spada deszcz, po nim następny, budzimy się rano i już jest dookoła zielono.

Spacerując po mieście, trudno ominąć okolice rzeki Enz, do której wpada, właśnie w Pforzheim, płynąca przez Schwarzwald rzeka Nagold. Rzeka Enz nie jest jakąś wielką rzeką, jednak potrafi bardzo szybko wzbierać, zwłaszcza w okresie topnienia śniegu w Schwarzwaldzie. Z tego też powodu brzegi rzeki Enz są wysoko obudowane ziemnymi wałami, aby nie powtarzały się już dawniej często zdarzające się powodzie, kiedy Enz potrafił zalać spore połacie miasta.

Pforzheim jest miastem malowniczym, dosyć pagórkowatym, po którym jazda rowerem nie zawsze jest przyjemnością. Ale w dobie rowerów z elektrycznym wspomaganiem również z tym problemem można sobie poradzić.

Lato bywa w tym mieście upalne, temperatury powyżej 30 stopni C nie należą do rzadkości, a bywały lata z temperaturami w granicach 40 stopni. Jest to, jakby nie było, południe Niemiec.

Na szczęście są to wyjątki, gdyż takie temperatury naprawdę już trudno znieść. W okolicy jest parę basenów, gdzie latem można zażywać ochłody. Jednak dla kogoś, kto tak jak ja, wyrastał na Warmii i Mazurach, wśród dziesiątek jezior, żaden, nawet najlepszy basen, nie bedzie mógł zastąpić jeziora lub rzeki.

J E S I E N

Jesień trwa tutaj długo. Kiedy już lato odejdzie, jesień panoszy się nieraz do końca listopada, a w przypadku braku opadów śniegu jesiennie potrafi wyglądać aż do wiosny. Nie przeszkadza to jednak nikomu, ponieważ akurat ta pora roku jest wyjątkowo piękna i kolorowa. Nieraz jakiś orkan szalejący przez noc zasypie ulice liśćmi, poprzewraca pojemniki ze śmieciami, wywróci kilka drzew, ale z reguły nie uda mu się i tak zerwać wszystkich kolorowych liści, trzymających się desperacko gałęzi drzew. I tak żyje się w tych okolicach, pośród czterech pór roku.

32. Szwarcwald: Feldberg i Feldsee

Feldberg to gmina w Szwarcwaldzie, w południowych Niemczech, w której leży również najwyższy w okolicy szczyt o tej samej nazwie, wznoszący się na wysokość 1493 m npm. Nie chcę tutaj poświęcać zbyt wiele uwagi Feldbergowi, bo prawdę mówiąc, nie jest to jakiś niezwykły szczyt. Wygląda całkiem zwyczajnie, upstrzony na dodatek masztami kolejki, którą można wjechać na sam szczyt i wyciągów narciarskich, używanych zimą. Można wdrapać się na położoną na szczycie wieżę, skąd widoki na niedalekie Alpy są wprawdzie przy dobrej pogodzie z Fedberga nawet fajne, lub odwiedzić też znajdujące się tam muzeum szynki. Ale ja wolałem zagłębić się w dolinie, rozciągającej się nieopodal Feldberga, która wydała mi się znacznie ciekawsza od szczytu.

Jako, że byłem w tych okolicach jesienią, również kolory w lasach były bardzo wyraziste, ale zdarzały się jeszcze całkiem zielone odcinki, zwłaszcza w dolinie, gdzie znajdowało się jeziorko o nazwie Feldsee. Do jeziora Feldsee schodzi się około czterdziestu minut. Powrót zajmuje oczywiście o wiele więcej czasu, jako że trzeba wdrapywać się wtedy pod górę. Droga wymaga uwagi, bo niejednokrotnie trafia się tam na świeżo zwalone drzewo, albo parę wielkich kamieni, które w ciągu dnia spadły z wyżej leżących bloków skalnych.

To jest Szwarcwald. Mimo że człowiek ingeruje mniej lub więcej w naturę, ona i tak, nie zmieszana naszą działalnością, przekreśla czasami plany i zamierzenia różnych ludzi, robiąc sama to, co uważa za stosowne. Dobrze jest mieć czas, aby odwiedzić jezioro Feldsee, pośpiech w tych pięknych okolicach absolutnie nie jest wskazany. Wystarczy wgłębić się tylko pierwsze kilkaset metrów w las, a już ogarnia nas wspaniała cisza, przerywana czasami tylko śpiewem ptaków, szumem drzew i szmerem wody, spływającej ze skał i płynącej w sobie tylko wiadomym celu i kierunku.

Można przysiąść sobie na jakimś pniu zwalonego drzewa, oprzeć się o skałę, zapatrzyć się na to wszystko i po prostu smakować wizualne rozkosze, roztaczające się przed naszymi oczami. Jeżeli poruszamy się w tych okolicach bez auta, nie jest to specjalnym problemem. Koleją możemy dojechać do stacji Bärental, a stamtąd dojedziemy do przystanku Feldberg autobusem.

Szwarcwald oferuje tyle miejsc do odwiedzenia, że spokojnie moglibyśmy poświęcić na jego dość pobieżne zwiedzenie kilka miesięcy, a i tak nie wystarczyłoby to, aby stwierdzić, iż w ciągu tych kilku miesięcy zobaczyliśmy wszystko. Idąc ścieżką w dół, musimy uważać na podłoże, ponieważ pułapki w postaci dziur, korzeni i kamieni ciągle czyhają i niespodziewany upadek może wyrządzić nam jakąś krzywdę, a trzeba pamiętać, że na ewentualną pomoc będziemy musieli nieco zaczekać, jak to zawsze w odległych okolicach bywa. Naturalnie, górscy ratownicy pracują również na Feldbergu, ale zawsze najlepiej jest wyjść na wycieczkę i wrócić z niej zdrowym.

Zbliżając się do jeziora, zaczynamy słyszeć doraz wyraźniejszy szum wodospadu, spływającego ze stoków Feldberga. Woda z wodospadu kończy swój bieg w jeziorze Feldsee, a z drugiej jego strony, po obejściu jeziora napotkamy odpływ, przez który prowadzi mały mostek. Co po zejściu nad jezioro uderzało natychmiast w uszy, to wspaniała i wszechobecna cisza. Cisza tak niezwykła że człowiek od czasu do czasu strzelał palcami, aby się upewnić, czy przypadkiem nie ogłuchł. Jezioro Feldsee leży w głębokiej kotlinie, między górami i niewiele odgłosów dociera na dno kotliny z zewnątrz. I Feldberg i jezioro leżą w parku narodowym „południowy Szwarcwald”, rozciągającym się na powierzchni 4000 km kwadratowych.

Samo jezioro Feldsee to nie jest jakieś wielkie jezioro typu pobliskiego Titisee ani nawet Schluchsee, ale jego położenie czyni go dosyć wyjątkowym. Leży na wysokości 1109 m npm. Linia brzegowa wynosi niespełna trzy km, powierzchnia 10 hektarów, a największa głębokość 32 metry. Miejsce jest doskonałe na małą wyprawę, ale trzeba mieć przy tym trochę kondycji. Nie da się tam w żaden sposób dojechać, jedyna możliwość, to zasuwać na piechotkę.

Serdecznie dziękuję Wam za uwagę, mając nadzieję że moje krótkie sprawozdanie z wycieczki nad Feldsee Wam się podobało i zapraszam na kolejne wyprawy z serii: leziem z Leziem.

31. Linia Maginota, Schoenenbourg, Francja.

Linia Maginota, to nazwa nieodmiennie kojarząca się z drugą wojną światową. Olbrzymi wysiłek Francuzów, aby wybudować linię obronną, zabezpieczającą ich granicę od strony Belgii, Luxemburga, Włoch, a przede wszystkim Niemiec, spowodował powstanie wielkich umocnień, z których do dnia dzisiejszego pozostało niewiele w stanie nienaruszonym. Miałem okazję zwiedzić bunkry w Alzacji, w forcie Schoenenburg. Ze względu na ich wielkość trzeba było poświęcić kilka godzin, aby tam połazić i zorientować się w rozmieszczeniu poszczególnych części fortu. Na szczęście akurat w tym miejscu umocnienia znajdowały się w bardzo dobrym stanie, co należy zawdzięczać również sporej ilości pasjonatów, poświęcających swój czas, aby to miejsce nadal wyglądało tak dobrze, jak teraz.

Fort Schoenenbourg leży około 18 km na północny wschód od miejscowości Haguenau. Gdyb ktoś chciał tam się wybrać, od razu podaję adres: Rue Commandant Martial Reynier, Hunspach.

Fort Schoenenburg zbudowany był jako stanowisko artylerii i karabinów maszynowych. Trafić tam jest dosyć łatwo, co jakiś czas spotyka się drogowskazy z nazwą fortu. Umocnienia leżą wśród pól i lasów, okolica jest bardzo malownicza. Większość urządzeń technicznych fortu Schoenenburg leży pod ziemią, aby razie ataku można było utrzymać dostawy amunicji, żywności, wody i prądu do wszystkich stanowisk obronnych.

Po wejściu do środka i opłaceniu wstępu, (podczas mojej wizyty wstęp kosztował 8 Euro) można było już rozpocząć wędrówkę podziemnymi korytarzami. Najpierw zejść jeszcze głęboko pod ziemię. Schodziliśmy około ośmiu pięter w dół, zanim doszliśmy do poziomu głównych korytarzy rozciągających się w różne strony. Na szczęście o błądzeniu nie ma mowy, trasa jest dobrze oznakowana i wystarczy tylko trzymać się strzałek wskazujących kierunek zwiedzania, aby bez kłopotów trafić we wszystkie ważniejsze miejsca podziemnej twierdzy. Po drodze napotykaliśmy na wiele informacji dotyczących wyposażenia miejsc obronnych, rodzajów uzbrojenia, warsztatów, sal medycznych i zaopatrzenia w paliwo, amunicję, żywność oraz wodę.

Załoga fortu Schoenenburg składała się z 20 oficerów, 70 podoficerów i około 500 żołnierzy. Wejścia do twierdzy znajdowały się około kilometr w głębi stanowisk obronnych, aby uniemożliwić przeciwnikowi bezpośrednie wtargnięcie do bunkrów przez pokonanie wrót wejściowych. Wszystkie stanowiska obronne były ze sobą połączone korytarzami, przez które jeździła też wąskotorowa kolejka zaopatrująca bunkry we wszystkie potrzebne podczas walk materiały.

Twierdza była wprawdzie zaopatrywana w energię przez francuską sieć elektryczną. Ale w razie odcięcia od reszty kraju fort Schoenenburg był całkowicie samowystarczalny na okres około sześciu miesięcy. Energię elektryczną zapewniały mu potężne generatory umieszczone w warsztatach, gdzie istniała oczywiście możliwość naprawy uszkodzonego podczas walk uzbrojenia. Trzeba tu dodać, że samo oświetlenie fortu składające się z ponad dwóch tysięcy żarówek pochłaniało wysoką ilość energii. A jeszcze transport, wentylacja, obsługa pancernych wież, wysuwanych elektrycznie ponad poziom gruntu, itd., wszystko to wymagało sporej ilości energii, której brak mógł spowodować katastrofalne skutki dla obrońców.

Korytarze ciągną się rzeczywiście kilometrami. Można dobrze odczuć taką wędrówkę w nogach, ale uważam, że skoro już tam się zajechało, trzeba wleźć w każdy możliwy zakamarek. Albowiem zakamarków w forcie Schoenenburg nie brakuje. Czas mija bardzo szybko, na dość oględne zwiedzenie bunkrów należy zaplanować co najmniej trzy godziny, ale można tam też spędzić cały dzień, aż do zamknięcia zwiedzania.

Twierdza dysponowała czterema generatorami energii, zaopatrzonymi w silniki Diesla. Do całkowitego zaopatrzenia w energię podczas pokoju wystarczały dwa generatory. Podczas walk załączano trzeci generator, natomiast czwarty generator służył jako żelazna rezerwa fortu. Każdy generator zużywał około dwudziestu litrów paliwa na godzinę pracy. Siłą rzeczy twierdza musiała dysponować wielkimi zbiornikami paliwa, mogącymi zapewnić nieprzerwaną pracę generatorów przez kilka miesięcy.

Bardzo ważne było zaopatrzenie w wodę. Fort Schoenenburg posiadał zbiorniki na 260 tysięcy litrów wody, a dodatkowo studnię głębinową, z której czerpano wodę, kiedy zbiorniki zaczynały się opróżniać.

Muszę jedno powiedzieć, że od nadmiaru uzyskanych w forcie informacji zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. Zaopatrzenie, dostarczanie amunicji do stanowisk obronnych, windy, studnie, stanowiska dowodzenia, gdzie spływały wiadomości z całego fortu. Kuchnie, warsztaty, generatory, wentylacja, kolejki, energia, woda, bunkry zewnętrzne, wysuwane nad ziemię stanowiska artylerii, tory, schody, korytarze…Uff, było tego, a ktoś kiedyś musiał to wszystko ogarniać w całości. Chyba nie zazdroszczę dowódcy.

Wasza wędrówka wirtualna po forcie Schoenenburg trwać będzie oczywiście o wiele krócej, niż moja, ale żyjemy w takich czasach, kiedy nie wychodząc z domu można przy pomocy komputera znaleźć się w wielu miejscach. Mnie sprawia przyjemność tego rodzaju włóczenie się po rozmaitych miejscach, a jeśli ktoś ma okazję wirtualnie przewędrować ze mną kilka miejsc i zrobi to chętnie, będzie to dla mnie najlepszą nagrodą za mój wysiłek.

Po całkowitym przewędrowaniu podziemi i wygodnym wyjechaniu windą na powierzchnię, można nieco odetchnąć od wrażeń. Wędrując wzdłuż zewnętrznych bunkrów koniecznie trzeba na zakończenie wycieczki udać się na pobliskie pola, gdzie można odnaleźć stanowiska broni maszynowej, ryglujące dojście do fortu z różnych stron. Mijamy więc po lewej stronie dwa zewnętrzne bunkry stojące niedaleko wejścia głównego i kierując się leśną ścieżką wiodącą odwrotnie do wskazówek zegara, idziemy na pola. Do przejścia jest około kilometra.

Okolica jest przepiękna, żeby nie powiedzieć – sielankowa. Piękne pola, przestrzeń, jak to często w Alzacji, rozległa, panorama przyrody rozległa i ciesząca oczy. Tylko ta przeszłość oraz świadomość, że zwiedza się miejsca uświęcone krwią poległych żołnierzy, wprowadza do ogólnej radości z odwiedzenia tak pięknych miejsc, pewną nutę smutku i melancholii, oraz zadumy nad ludzką nienawiścią, drapieżnością i chciwością, które są matkami wszytkich wojen.

Gdybyście chcieli obejrzeć relację z pobytu w Forcie Schoenenburg na You Tube, wstawiam tutaj link do mojego filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=iTtCcf5nsD4

Kończąc tę relację, pozdrawiam wszystkich czytelników tego bloga i zapraszam na dalsze odcinki.

30. Zamek Hohenzollernów, płd. Niemcy

Na wysokim wzgórzu (855 m npm) nieopodal miejscowości Hechingen, w niemieckim landzie Badenia-Wirttembergia, znajduje się zamek rodu Hohenzollernów. Tak, to ci sami, których członek rodziny, Albrecht, w 1525 roku składał hołd pruski na krakowskim rynku. Pierwsze wzmianki o siedzibie rodu pochodzą z roku 1267, więc jest to dosyć stara rodzinka, można śmiało rzec – zabytkowa.

Ze względu na swoje położenie, wydawać by się mogło, iż będzie to solidna forteca, prawie że nie do zdobycia. Tak jednak nie było. Pierwszy zamek został w roku 1423, po oblężeniu trwającym cały rok zdobyty i oczywiście całkowicie zniszczony. Niejako na jego gruzach, w roku 1454 rozpoczęto budowę nowego zamku, który miał być większy od pierwszej wersji no i o wiele bardziej trudny do zdobycia. Zamek ten przetrwał dłużej, niż zamek pierwotny. Po wielu zmianach właścicieli, oraz różnego rodzaju perypetiach historycznych, w XIX wieku budowla popadła ponownie w ruinę. Dopiero po wielu wysiłkach, aby odbudować rodzinną siedzibę Hohenzollernów, w roku 1850 rozpoczęto budowanie nowego zamku, która to budowa została ukończona w roku 1867. Zamek nadal znajduje się w posiadaniu prywatnym.

Aby zwiedzić zamek, trzeba się najpierw do niego dostać, czyli zdobyć. W tych czasach nie potrzebujemy już do tego żołnierzy, oraz ognia i mieczy. Wystarczy się tam wdrapać stromymi schodami, wydzierającymi z mniej aktywnych ostatni dech, lub wygodniej, za pewną opłatą, wjechać autobusem, zostawiając poniżej swoje auto na parkingu. Tak czy inaczej , warto, ponieważ jest to piękna budowla, chociaż ostatnia jej wersja pochodzi, jak napisałem powyżej, z roku 1867. Ale za 500 lat będzie na pewno starsza i cenniejsza.

Substancja nowego zamku została nieoczekiwanie, ale poważnie naruszona we wrześniu roku 1978, kiedy wydarzyło się na tych terenach trzęsienie ziemi. Prace restauracyjne przy odbudowie niektórych zniszczonych wieżyczek oraz figur rycerskich trwały do roku 1990. Z wielkim wysiłkiem udało się to sfinansować wpływami z biletów wstępu, oraz dobrowolnymi datkami przesyłanymi na rzecz zamku przez miłośników historii. Aktualnie wszystko jest ładnie odnowione i aż się prosi o wizytę i zwiedzanie. I oby nowe trzęsienia ziemi już tu się nie zdarzały.

Samo chodzenie po zakamarkach i zaglądanie w różne dziwne miejsca, przynosi mi tyle radochy, że nawet każdy napotkany w nich pająk, oby tylko groźnie nastroszony, wygląda, jak stworzony do takiego miejsca i też cieszy. Lubię takie wałęsanie się, włóczenie, odkrywanie, dotykanie miejsc z dawnych czasów. Przez lata nazbierało mi się wiele rzeczy do opisania. Ale że wcześniej nie było czegoś takiego jak vlogi, blogi i reszty tych nowoczesnych wynalazków, muszę teraz to wszystko nadrabiać, przynajmniej na tyle, na ile się da. Bo i pamięć już nie ta sama, a i nie do każdej okolicy są fotki.

Zamek Hohenzollernów to obiekt na wspaniałą wycieczkę tak indywidualną, jak i dla całej rodziny. Widziałem, że nawet normalnie znudzone przy takich wypadach dzieci, tutaj były jakoś nadzwyczaj ożywione i z ciekawością oglądały otoczenie, ładnie wystylizowane na średniowieczne. Dorośli również jakoś chętnie zaglądali w zakamarki, podziwiali widok na okoliczną dolinę, lub zaglądali do kaplicy św. Michała, też położonej na terenie obiektu. Lub do restauracji.

Dynastia Hohenzollernów była przez ubiegłe stulecia bardzo aktywna i wpływowa, co dawało się zauważyć w jej działalności na ówczesnej arenie politycznej. Historia rodu jest również bardzo ciekawa. Członkowie rodziny przez stulecia byli grafami, książętami, królami, a zdarzył się w ich karierze nawet cesarz. Zakładali miasta, budowali zamki i kościoły, pozostawiając po sobie niezatarty ślad w historii rodu, oraz późniejszego państwa niemieckiego. Do znanych siedzib rodu, oprócz opisywanego teraz zamku Hohenzollern, należą również zamki Cadolzburg i Stolzenfels.

Trudno mi się chyba dziwić, że tak sobie chodziłem po terenie, robiąc tyle fotografii. Chciałem jak najwięcej obrazków zatrzymanych w czasie zabrać ze sobą, aby móc potem wracać do przeżytych chwil, wspominać je i cieszyć się z tego, iż los pozwolił zobaczyć mi tyle ciekawych rzeczy. Te ciekawe rzeczy to oczywiście wyjątkowo relatywna sprawa, gdyż każdy przeżywa swoje chwile uniesień, jakiekolwiek by one nie były – inaczej. Ale na tym polega chyba różnorodność ludzkości.

Na obejrzenie całego zamku potrzebowałem parę godzin, bo areał jest duży, wymagający uwagi oraz nieco kondycji. Jako że to był weekend, poza mną przewalały się przez zamek tłumy innych ciekawskich i czasem niełatwo było o wykonanie zdjęcia bez intruza, włażącego nieopatrznie w obiektyw. Mam nadzieję że Wam się ten wpis spodoba i jeśli taka wirtualna wycieczka zainteresowała was i przyniosła nieco radości, to i ja mogę się z tego tylko cieszyć. Poniżej jeszcze trochę fotek na pożegnanie i do następnego wpisu. PS. co do następnych wpisów, nigdy nie wiem, co będę opisywać jako kolejne. Wszystko zależy od tego, co przyjdzie mi nagle do głowy. A i nagła wycieczka zawsze może się zdarzyć.

29. Szwarcwald motocyklem-Gernsbach, Rote Lache, Yburg

Należałoby wreszcie zacząć pisać coś o wycieczkach motocyklowych, których w międzyczasie nazbierało się całkiem sporo. Nie każdy lubi czytać za długie opisy. Jasne, że lepiej się rzeczy ogląda jako film, ale linki do filmów będę również zamieszczać, aby nieco wszystko się jakoś uzupełniało. Oczywiście, nie będę żałować również fotek, wiadomo, że doskonale ubarwiają one tego rodzaju sprawozdania i dzięki digitalnej fotografii nie trzeba się w tych czasach martwić o to, że klisza w aparacie się skończy, lub zabraknie miejsca w kamerce na zdjęcia. Po zakupieniu kolejnego motocykla, tym razem marki Yamaha Thunderace, moja mania zwiedzania świata nabrała rumieńców. Mogłem kultywować moje hobby, rozpoczęte jeszcze w wieku lat piętnastu, o czym już pisałem w odcinku o motocyklach, połączone z odwiedzaniem różnych zakątków. Yamaha była motocyklem o pojemności 1000 cm sześciennych, posiadała moc pond 140 koni mechanicznych i osiągała prędkość 260 km/h. Przemieszczanie się z miejsca na miejsce było więc szybkie i bardzo przyjemne. Maszyna ważyła około 240 kg, więc był to już spory kawałek smoka, którego należało okiełznać podczas jazdy.

Szwarcwald jest krainą geograficzną położoną w południowych Niemczech, w Badenii-Wirttembergii. Jest uroczym miejscem do wędrówek, odpoczynku i podziwiania natury. Jest też kochany przez całą masę motocyklistów, którzy od wczesnej wiosny śmigają tamtejszymi szlakami, odwiedzając miejsca polecane przez przewodniki turystyczne, lub takie, które sami odkryli. Zapewne będę nieraz wracać do wycieczek tamtejszymi drogami, bo jest to spory obszar, naszpikowany uroczymi miejscami i warto o nich w moim blogu napisać.

Naturalnie zakręty to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Zresztą trudno, jadąc motocyklem, brać zakręty w prostej linii, więc pochylać się na zakrętach trzeba. Kwestia tego, jak to się robi, trochę treningu i doświadczenia jest przed wyjechaniem na nie zawsze łatwe trasy w Szwarcwaldzie bardzo pożądane. Przede wszystkim jednak powinno się mieć sporo zapasu zdrowego rozsądku, ponieważ nawet najszybszy motocykl na świecie jedzie tak, jak mu każe kierowca i to on decyduje, jak chce jechać. Wspomniana trasa przez tzw. Rote Lache do Forbach i dalej do tamy w Schwarzenbach to jeden z hitów tamtejszych wyjazdów. Piękna trasa z niezliczonymi zakrętami i wspaniałymi widokami.

Aby dojechać do Szwarcwaldu, korzystam często z drogi nr.294, która jest, można powiedzieć, drogą otwierającą wrota do tejże krainy. Droga 294 jest trasą dosyć historyczną, której początki rozbudowy datują się na lata 1768-1769. Aktualnie zaczyna się w miejscowości Bretten i prowadzi przez północny Szwarcwald w kierunku miasta Freudenstadt i dalej aż do Freiburga im Breisgau. Łączna jej długość to 173 km. Każde miasto na jej trasie to miasto warte odwiedzenia. Wystarczy więc, jadąc tamtędy, wybrać sobie na mapie miasto lub miasteczko dowolnej wielkości, jak np. Schiltach, Haslach, Waldkirch, Gutach i po prostu je odwiedzić.

Droga ta ma oczywiście sporą konkurencję ze strony dróg podrzędnych, wprawdzie nieco gorszej jakości, chociaż to nie reguła, ale bardziej malowniczych i z większą ilością zakrętów. Jadąc do tamy w Schwarzenbach od strony Stuttgartu można, a nawet powinno się skręcić za miejscowością Neuenbürg z drogi B294 na malowniczą trasę przez Dobel, Bad Herrenalb, Loffenau i Gernsbach, a w Gernsbach zaczyna się już trasa na Rote Lache. Motocyklistów na pewno ucieszy ta atrakcyjna dla nich droga. Na trasie przejeżdżamy przez ładne miasteczka szwarcwaldzkie, zadbane, z zabytkowymi domami.

Godną polecenia drogą prowadzącą poza tym do Szwarcwaldu południowego z jeszcze większą ilością górek, pagórków i oczywiście, zakrętów, jest bardzo popularna „pięćsetka”, którą można osiągnąć po przejechaniu obok tamy w Schwarzenbach i skręceniu na pierwszym możliwym skrzyżowaniu w lewo. W prawo można dojechać po parunastu minutach do Baden-Baden. Uwaga! Trasa w kierunku Baden-Baden jest naszpikowana radarami i warto chociaż czasami zwracać uwagę na znaki ograniczenia prędkości.

Trasę nr. 500 można bez wątpienia nazwać trasą widokową, ponieważ co chwila otwiera się jakaś nowa panoramka warta obejrzenia, co wydłuża wprawdzie naszą podróż, ale chyba nie o pośpiech w tym wszystkim chodzi, gdy jedziemy gdzieś po prostu się zrelaksować. Co można polecić na tej trasie? Np. jeziorko Mummelsee, jakby żywcem wyjęte z jakiejś niemieckiej sagi, naturalnie wspomniany kurort Baden-Baden, wodospady i największy na świecie zegar z kukułką w Tribergu, piękne jeziora Titisee i Schluchsee, miasto Furtwangen z jego muzeum zegarów.

Przy trasie 500 leżą też urocze ruiny zamku Yburg, dokąd wjeżdża się wąską drogą aż na parking pod samym zamkiem. Potem już tylko parę kroków dzieli nas od zamkowego podwórka ocienionego starymi drzewami i od dziedzińca, gdzie stoi budynek administracji. Podczas mojej wizyty mieszkał tam jakiś bardzo uzdolniony rzeźbiarz, tworzący swoje dzieła w tym historycznym miejscu i ustawiający je też na zamkowym podwórku.

Przy zamku stoi dość dobrze zachowana wieża, na którą można się wspiąć wąskimi schodami, aby móc podziwiać z wysokości 539 m npm piękny widok na okoliczne lasy i szczyt Merkur w Baden-Baden.

Wprawdzie do miejscowości Furtwangen i Triberg z miejsca, gdzie robiłem fotki motocyklistów to wciąż jeszcze sporo drogi, żegnam się z Wami tym razem fotografią znanego zegara ze Szwarcwaldu, który niestety, bynajmniej nie nadaje się na zegarek ręczny.

28.Nad Renem w Karlsruhe

Wycieczka w wiosenny, ciepły dzionek nad rzekę Ren (Rhein) w okolicy Karlsruhe. Wszystko kwitło, świat odżywał na nowo po niezbyt śnieżnej zimie. Miło było tak się snuć i odkrywać ciekawe zaułki. Ren jest przy tym wielką, szeroką rzeką, odgrywającą wielką rolę w transporcie. Z tego tytułu co i rusz można tam zaobserwować wielkie barki wypełnione tysiącami ton towaru, płynące w dół i górę rzeki. Jest to w ogóle fascynujący widok, gdy z brzegu widzi się takiego wielkiego potwora, miarowo pykającego swoim silnikiem. Z prądem barkom idzie oczywiście lekko. Płyną szybko i z pewnym wdziękiem, natomiast pod prąd jest zauważalna ciężka walka z oporem wody i wiezionym ciężarem.

Swiat przyrody nie miał oczywiście tego rodzaju zmartwień. Wszystko toczyło się zwykłym trybem, trawa była zielona, kwitły bzy, drzewa obsypane były świeżą zielenią. Ptactwo uwijało się wokoło, latając nad głowami, albo szukając pożywienia na nadrzecznych łąkach.

W ten wiosenny czas spokój przyrody zdaje się też udzielać ludziom. Są bardziej uśmiechnięci, wyluzowani i jakby bardziej dla siebie mili. Można by rzec, iż wtedy czuje się to, że jesteśmy częścią natury, jej kółeczkiem zębatym, a nie rzeczonymi panami świata, albowiem człowiek bez przyrody nie może istnieć, natomiast przyroda doskonale da sobie radę bez człowieka. Zawsze trzeba o tym pamiętać, chociaż prawda ta nie zawsze była i jest oczywista. Chciwość, żądza zdobywania ciągle większej ilości pieniędzy, beznadziejne marnowanie zasobów i niszczenie natury przez zdegenerowane firmy i konsorcja już teraz odbija się wielką czkawką dla tak rzekomo cywilizowanych ludzi, chociaż przecież większość z nas jest rozsądna i kocha naturę.

Tego dnia obserwując rzekę Ren myślałem też o tym, jak to ludzie usiłują wszystko wokoło siebie zagospodarować, podporządkować, chcąc rządzić przyrodą. Pomimo olbrzymich wysiłków, natura zawsze znajdzie jakieś wyjście, aby wymknąć się spod kontroli, zrobić i tak swoje. Walą się budynki, pękają tamy, huragany niszczą zabudowania, maszyny i urządzenia psują się na skutek korozji lub wilgoci, toną statki itd. Wniosek z tego jest raczej ten, iż zamiast walczyć z naturą, trzeba jej się podporządkować i po prostu z nią współpracować. Jeśli to zrozumiemy, mamy pewne szanse aby przeżyć jako gatunek, ale czy rozsądek ludzki zwycięży? Niestety, nie wiadomo. Po tych przemyśleniach udałem się po prostu pod most, a właściwie dwa mosty, czego z daleka nie widać.

Można powiedzieć, iż te dwa mosty to gratka dla fotografa, jeśli potrafi się odkryć ich ciekawą perspektywę i wspaniałe współgranie z przestrzenią. Nie wiem, czy było to zamierzone przez architektów, czy po prostu samo tak wyszło, jednak nie mogłem się napatrzeć i nadziwić. Przy tym interesują mnie czasami takie „odjechane” rzeczy istniejące na świecie, do czego od razu się przyznaję. Pod mostem było dosyć chłodno. Most stwarzał doskonałe miejsce, aby ukryć się przed sporym już, wiosennym upałem. Rzeka cicho pluskała, płynąc tak u stóp, tocząc miarowo swoje wody tak już od tysiącleci. Kto stał dawno temu na tym miejscu, gdzie teraz stoję ja? Kiedy nie było mostów, nie było barek ani autostrad? Co, o czym myślał, obserwując nurt? Kto będzie stał na tym miejscu za sto albo więcej lat i co będzie myślał? Jak bardzo rozwinie się technika i ludzie? A może stanie się coś takiego, iż cofniemy się nagle o paręset lat w rozwoju na skutek własnej głupoty i arogancji? Nikt tego nie jest w stanie przewidzieć.

Kilka godzin minęło nad Renem jak jedna chwila, jakby czas nagle przyspieszył, w swoim przepływie zaczął oszukiwać, zamieniając godziny w minuty. Gdy na coś czekamy, czas potrafi się nieznośnie się wlec, wręcz pełznie. Kiedy jest nam dobrze, kiedy przeżywamy miłe, radosne chwile, mija szybko, nieraz zbyt szybko i wtedy możemy spostrzec, jak bardzo jest ten czas relatywny.

W gęstwinie drzew stały jakieś zabudowania, z daleka wyglądające na lokal, w którym można było coś zjeść i wypić. Ale było to złudne wrażenie. Kiedy podszedłem tam bliżej, okazało się, że nikogo tam nie ma, budynki są od środka zdewastowane i zrujnowane. Po prostu dawny lokal przestał istnieć. Byłem trochę rozczarowany, ale posiadałem na szczęście ze sobą, zresztą jak zawsze, zapas wody mineralnej. Chociaż nieco postnie, pragnienia nie było mi dane poczuć. Czy ktoś widział już drewniane owieczki? Chyba nie. Owieczki z uszami, za które można było się trzymać, aby ćwiczyć, no nie wiem, ich ujeżdżanie? Przy tym dosyć dowcipny pomysł. Z daleka można byłoby wziąć je za prawdziwe owieczki, możecie mi wierzyć.

Po tych kilku godzinach trzeba było zakończyć tę uroczą wycieczkę i wracać do punktu wyjścia. Również w celu zjedzenia czegoś rozsądnego. Pożegnałem więc rzekę Ren kilkoma kolejnymi fotkami i bogatszy o kolejne kilkanaście zdjęć, wyruszyłem do domu.

27. Cieszyn i włóczęgi po okolicach.

Któregoś razu musiałem wyjechać w okolice Cieszyna. Naturalnie wyzwoliło to zaraz we mnie zwykłe odczucia. Zawsze tak mam. Gdy wiem, iż odwiedzę nowe miejsce, zobaczę nieznane okolice, nigdy przeze mnie nie odwiedzane, czuję się trochę jak nałogowiec na odwyku. Puls przyśpiesza, staję się taki jakiś niespokojny. Łażę w kółko. Marudzę, coś tam pod nosem do siebie mruczę. Myśli stadami gonią w kierunku nowego. Gorączkowo szukam informacji w internecie, na forach, na mapie, aby nic nie przeoczyć, nic nie zlekceważyć, aby się należycie do wycieczki przygotować, wchłonąć jak najwięcej. Wszystko już na miejscu i tak, jak zawsze, zostaje wywrócone do góry nogami. Plany, o ile takowe są, zmieniają się, przekręcają o 180 stopni, zaś władzę nad wszystkim przejmuje wielka leziowa improwizacja. Tym razem Cieszyn.

Dojazd był daleki, chociaż przez autostradę poszło tym razem szybko, bez niepotrzebnych korków i niezamierzonych postojów. Jechałem nocą, mogłem przeżyć zmrok i wstający dzień. Ręka sama sięgała do aparatu, aby uwiecznić przepiękne, zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy.

Przy tym jasna rzecz, trzeba było ciągle uważać, jak to zwykle podczas jazdy w warunkach rozmaitych. Czasem zawieje wiatr, spadnie deszcz, wyprzedzane ciężarówki trochę bujają autem. Podczas wyprzedzania trzeba też ciągle zerkać w lusterka, bo może ktoś będący przed chwilą dalekim światłem z tyłu nagle okaże się kimś, kto akurat zasuwa 250 km/h, jest zmęczony i nie reaguje tak szybko, jak reagował jeszcze przed paroma godzinami, gdy to wybierał się w drogę. Albo może jest motocyklistą bijącym akurat wszelkie rekordy prędkości, bo tak mu się podoba. Czyli normalne autostradowe szaleństwo.

Przenocowałem w jakimś hotelu koło Cieszyna, położonym wśród pól i lasów, do którego dojazd prowadził szutrową drogą. Bardzo egzotyczne miejsce, oddalone od zgiełku wielkomiejskiego o parę dobrych kilometrów. Można było tam nieźle wypocząć, jeśli nie liczyć pewnego miejscowego psa z wyraźnymi skłonnościami do paranoi, któremu zdarzało się zawyć co i rusz, gdy naszła go na to ochota. Zwłaszcza w okolicach godziny 2-3 ej w nocy był dość aktywny. Trzeba było zamykać okno.

Następnego dnia wyruszyłem w kierunku Cieszyna. Jechałem najmniej znaczącymi drogami, jakie można było sobie wyobrazić i na których mieścił się jeszcze mój transporter. Mimo dziur i wyboistych szlaków takie włóczęgostwo cieszy mnie najbardziej. Zawsze uda się odkryć coś ciekawego, dla mnie nowego, na czym zawiesić mogę swoje ciekawskie spojrzenie. Na przykład taki kościół schowany za drzewami, zza których wychyla się tylko dzwonnica, albo dość zamulony staw. Staw, którego spokojną powierzchnię po podejściu do wody na parę kroków burzą setki, jeśli nie tysiące karpi, wystraszone nagłym ruchem obserwatora. Wielki plusk, szum, białe brzuchy i lśniące rybie łuski zamieniają się w nagłą kakofonię. Przyznam się że też trochę się tego hałasu przestraszyłem, jako że jest to bardzo cicha okolica. To był niezły karpi efekt. A może to nie były wcale karpie, lecz czyhające na ofiary piranie? Kto wie, co się hoduje na takim wygwizdowie?

Kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny znajdował się w miejscowości Kończyce Małe. Zbudowano go jeszcze w XVIII wieku. Otwarty cały rok, można zaglądać. Całkiem niedaleko, bo też w Kończycach, ale Wielkich, stoi kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Warto tam zajrzeć ze względu na wyjątkowość budowli. Mianowicie jest to największy drewniany kościół na Sląsku Cieszyńskim. Ciekawostką jest, iż budując nowy kościół, postawiono go niejako nad starym, czyli ten stary znajdował się we wnętrzu nowej budowli. Chciano w ten sposób utrzymać możliwość nieprzerwanego uczęszczania na msze dla okolicznych mieszkańców.

Zielone łąki, wybujała przyroda, aż zachęcały, aby pobyć tam dłużej, ale mnie gnało dalej. Czasowo nie bardzo mogłem sobie pozwolić na zbyt długie przerwy. Nie lubię tak zwiedzać, jednak wychodzę z założenia, iż lepiej zwiedzić na szybko, niż w ogóle, no bo zawsze coś się zobaczy.

Jadąc nieco na okrętkę miałem okazję zajrzeć jeszcze do Ustronia, popatrzeć na górki i pagórki, a potem posilić się w uroczej karczmie Jaszowianka, znajdującej się trochę na uboczu. Dobre jedzenie, bardzo przystępne ceny, warto było tam się na chwilę zatrzymać. Po takim dobrym wypasie człowiek czuje się trochę senny, ale po jakichś trzydziestu minutach spaceru wśród drzew senność ulotniła się, zaś ja mogłem jechać dalej. Tyle już gadam, a o właściwym celu tego odcinka jeszcze nie zdążyłem nic napisać. Chyba się starzeję, że tak chce mi się gadać.

No ale teraz będzie już o Cieszynie. Miasto leżące nad rzeką Olzą, która stanowi granicę z Republiką Czeską. Z Cieszyna polskiego kiedyś chodziło się przez rzekę na piwko do sąsiadów w Cieszynie czeskim. Chyba teraz też to się robi, zwłaszcza że to wszystko Unia i nie trzeba nawet paszportu. Tyle że w Polsce piwa już nie brakuje i nie musi się chodzić do Czech, ale w sumie dlaczego nie? Niby to jedno miasto, ale jednak po obu stronach diametralnie inne. Wody w Olzie nie płynęło zbyt wiele, kamienie wyzierały z dna rzeki. Jest to niestety narastający problem. W wielu państwach ze względu na zimy pozbawione śniegu i nieczęste opady zaczyna po prostu wody brakować. Ale aby siebie i innych nie straszyć, przechodzę do miasta, odsuwając wodne problemy na inną chwilę.

Cieszyn to miasto przytulne, zielone, dosyć miłe w odbiorze. Można byłoby je nazwać nawet kameralnym. Oczywiście zawsze najważniejsze jest to, czego określona osoba w danym mieście szuka. Moje wypowiedzi nie muszą być obiektywne. To tylko moje wrażenia i obserwacje, czynione w drodze. Przy tym pisanie leziobloga sprawia mi sporą przyjemność, a jeśli kogoś zainteresuje to, co piszę i tutaj robię-będę bardzo usatysfakcjonowany. Co zobaczyć? Na pewno warto obejrzeć Rotundę z XI wieku, wieżę piastowską, rynek, pomnik Legionistów Sląskich przy szkole muzycznej znajdującej się w dawnym pałacu Habsburgów itd. Na pewno warto coś dobrego zjeść i napić się piwa. Odetchnąć, posiedzieć na rynku.

Dla tych wszystkich ludzi, mających więcej czasu na zwiedzanie, polecam okolice Cieszyna, o których tak się rozpisałem na początku. Również motocykliści, do których sam wszak należę, znajdą na terenach przyległych wiele wspaniałych tras, oraz miejsc do odkrycia.

Na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję że miło się Wam ze mną zwiedzało. Pozdrawiam serdecznie.

26. Zamek Guttenberg

Na północ od miasta Bad Wimpfen w Badenii-Wirttembergii w południowych Niemczech, na wzniesieniu pomiędzy rzeką Neckar i doliną Mühlbachtal, dokładnie w miejscowości Haßmersheim stoi zamek Guttenberg. Pierwsze wzmianki o zamku datują się na rok 1180, można więc i tutaj znaleźć spory kawałek historii. Zamek nigdy nie był oblegany ani zniszczony. Można by rzec, iż trafia się tutaj na oryginalną substancję przeniesioną przez czas w naszą teraźniejszość, bez większych strat i uszczerbku na tej drodze.

Zamek nie należy do tychże zamków, które położone na wzgórzach, wymagają wyczerpującej wędrówki schodami w górę i schodami w dół, aby je obejrzeć. Tutaj wszystko przychodzi jakoś łatwiej i z mniejszym wysiłkiem. Może jest to też kwestia rześkiego okolicznego powietrza, może historycznego powiewu. Bardzo dobrze się tam czułem. Notabene, zamek został w 1449 roku sprzedany przez biskupa miasta Würzburga dla Hansa den Reichen von Gemmingen i znajduje się do dzisiaj w rodzinnym posiadaniu praprawnuków pana Hansa R. , czyli forma prywatyzacji znalazła już dawno temu zastosowanie. Właściciele nadal mieszkają we wschodniej części zamku.

Wędrówkę po zamku urozmaica organizowany codziennie pokaz ptaków drapieżnych, na który niestety nie udało mi się dostać, w związku z tym, że godziny niekoniecznie pasowały, aby w nim uczestniczyć. Z niewiadomych do końca dla mnie przyczyn uwielbiam ptaki drapieżne i kiedy tylko mam okazję, bardzo chętnie oglądam tego rodzaju pokazy. Tym razem się nie udało. Co do ptaków, to jakiś najwyraźniej też je lubiący miejscowy rzeźbiarz wystawia swoje dzieła w zamku i co rusz można się natknąć na pięknie rzeźbione motywy latających drapieżników, stojące w różnych miejscach. Kiedy nie ma pokazu, można podziwiać ptaki w ich wolierach.

Jeżeli ktoś chciałby się ożenić i nie jest jeszcze „sprzedany”, może skorzystać z okazji i urządzić sobie wesele na zamku. Zamek posiada swoją kaplicę, zamkowy urząd stanu cywilnego oraz oczywiście zamkową restaurację, w której oczywiście nie tylko podczas wesela można się posilić ale i podczas zwykłej wizyty turystycznej. Jako że tego rodzaju wesele jest czymś, co dlugo się pamięta, warto pewnie zachęcić zakochanych do tego, aby w pięknej atmosferze wzięli ślub na zamku Guttenberg. No i reklamuję ten zamek tylko dlatego, że tam byłem i podobało mi się tam, a wyobrażenie tego rodzaju ślubu rozpala moją wyobraźnię. Więc robię to nie dlatego, że właściciele płacą mi za reklamę czy coś podobnego. Nie, czynię to z własnej i pozbawionej finansowych interesów woli.

Każdy, kto ma ku temu powody, chce z pewnością pochwalić się swoimi korzeniami, swoją przeszłością i jest to zupełnie normalne. Z tychże powodów zorganizowano w zamku muzeum, gdzie można obejrzeć rozmaite wystawy, często się zmieniające. Nie mogło tu zabraknąć broni i wyposażenia rycerskiego, zbiorów myśliwskich i opowieści o dawnych czasach, w tym o życiu codziennym na takim zamku, które nie było wcale tak łatwe, jak można sobie wyobrażać.

I na koniec jeszcze jedno. Zamek Guttenberg oferuje wiele różnych programów. Najlepiej poinformować się w internecie, kiedy odbywają się co ciekawsze imprezy i wtedy tam trafić. Jedno jest pewne – na zamku Guttenberg nie będziecie się nudzić. Warto zaplanować sobie przynajmniej z pół dnia czasu na odwiedzenie tego przeuroczego miejsca, o czym zapewnia Was Lezio, żegnając się z Wami jeszcze kilkoma fotkami z zamku i z jego okolicy.