Jakoś tak niespodziewanie zrodził się mi w głowie pomysł wylotu na wyspę Kreta w Grecji. Dużo się o tej Grecji słyszało, widziałem sporo fotek w internecie, trochę filmów. Podobało mnie się tam wirtualnie i należało oczywiście zweryfikować, czy faktycznie słusznie. W pewnym niemieckim biurze podróży wykupiliśmy więc wycieczkę i musieliśmy tylko jeszcze cierpliwie odczekać te parę miesięcy do nadejścia terminu wylotu, bo z takim wyprzedzeniem było jednak sporo taniej. Co tu dużo gadać: opłaciło się. Ale o tym potem. Sam przelot trwał około trzech godzin i poza pięknymi widokami, przebiegł spokojnie i jakoś szybko.

Srodek transportu 
Morze w morzu chmur
Samo schodzenie samolotu z 11 km oczywiście trochę trwa i w jego trakcie odczuwa się dziwne sensacje w różnych miejscach ciała, poczynając od głowy poprzez żołądek, a na tyłku kończąc. Lądowanie w Heraklion, zwanym też Iraklio, albo i Herakleio, było jednak wzorowe. Na wyspie było uroczo cieplutko. Wepchnęliśmy się zaraz potem do autobusu lotniskowego, który powiózł nas do terminalu. Tam czekaliśmy spory kawałek czasu na nasze skromne bagaże. Grecy zapewne po wywaleniu każdych 20 walizek robili sobie przerwę na papierocha albo setę. Po odebraniu bagaży czekał nas jeszcze 80-kilometrowy przejazd do miasta Rethymnon, gdzie znajdował się nasz hotel. Po długim rajdzie, no bo komu w Grecji chce się specjalnie spieszyć, dojechaliśmy wreszcie do naszego hotelu Golden Beach i po zimnej, niezbyt apetycznej kolacji udaliśmy się spać. Łóżko skrzypiało dość mocno – gdyby ktoś na nim chciał uprawiać dziki seks, z pewnością słychać byłoby w całym hotelu od parteru po dach. Cykady harcowały, ale akurat ten dźwięk nie przeszkadzał nam w zasypianiu po dwunastu godzinach od wyjazdu z domu. Następnego dnia wstać trzeba było dość wcześnie, bo śniadanie serwowano w godzinach między siódmą a dziewiątą. Jak się przespało, no to się nie żarło, sprawa prosta. Pierwsze zetknięcie z wyżerką było przyjemnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do wczorajszego obroku, śniadanie było smaczne, już z tej chociaż racji, że bufet był obficie zaopatrzony. Sporo wędliny, konfitury, gorące jedzenie jak omlet, czy parówki, oraz coś smażonego, na co było wg. mnie jeszcze za wcześnie. Po śniadaniu popędziliśmy nad morze. Wreszcie!

Widok z okna hotelu 
Parking przed hotelem 
Może nad morze? 
Rethymnon widoczny z plaży 
Morze pozdrawia
Potem poszliśmy plażą w kierunku centrum Rethymnon, gdyż hotel leżał nieco na obrzeżach tego miasteczka. Droga trochę się dłużyła, nieco przeceniliśmy jej długość oraz siłę upału. Dlatego musieliśmy się w drodze pokrzepić w małej plażowej tawernie dobrym belgijskim piwkiem. Okolice portu bardzo nam się podobały. Latarnia morska i wysoki mur falochronu wykonane z kamienia nadawały okolicy flair południa. Tylko ten okropny drobny pył latający po mieście, który spotykało się wszędzie, trzeszczał czasami w zębach i oblepiał nie tylko auta ale i ludzi. Co dawało pretekst do wypicia następnego piwa. Jak się poźniej okazało, trafiliśmy na okres, kiedy to wiatr znad Sahary przynosił właśnie ten pył i to właśnie był taki piaskowy powiew pustyni. W ogóle to stwierdziliśmy, że na Krecie miło się wstaje rano, zwłaszcza, kiedy nie ma się kaca. Ile byśmy nie wychlali whisky, jakoś nie bolała nas nigdy głowa. Może to powietrze, inne ciśnienie, albo co.

Obok portu w Rethymnon 
Nadbrzeżne skałki
Byliśmy w twierdzy w Rethymnon. Twierdza widoczna z daleka wyglądała okazale, duży teren położony na wzgórzu. Twierdzę zbudowali w XVI wieku Wenecjanie, zajmujący się okupacją Krety na zmianę z innymi nacjami, przede wszystkim Turkami. Samo wnętrze twierdzy bardzo nas rozczarowało. Nie było tam nic takiego, co mogłoby świadczyć o tym, iż tymże terenem ktoś się zajmuje. Jakoś nikt nie zadbał w ogóle o to, aby wyeksponować parę ciekawych miejsc, nie postawił tablic, na których można byłoby poczytać o historii budowli, nawet koszy na śmieci nie spotkaliśmy wcale. Jedynie widok z twierdzy na morze był fajny i to osłodziło nieco nasze drobne rozczarowanie.
W ciągu kolejnych dni poruszaliśmy się wypożyczonym w niemieckiej firmie samochodem, za który płaciliśmy 25 euro dziennie, więc nawet całkiem znośnie. Ułatwiało nam to bardzo włóczenie się po najdziwniejszych zakątkach tej pięknej greckiej wyspy. Któregoś dnia wybraliśmy się na pewien płaskowyż. Wysokie góry, ładne serpentyny na szosie, pomarańcze i dzika natura dookoła. W małej miejscowości Omalos zrobiliśmy krótki postój. W przytulnej knajpce zjadłem pieczoną fetę, bardzo dobry ser na gorąco, moja towarzyszka wypiła winko. Zrobiliśmy też parę fotek, żeby uwiecznić wszystko na kliszy, a raczej na czipie. Chcieliśmy jechać dalej do osławionej przełęczy Samaria, ale w górach dopadła nas taka gęsta mgła, że nie było widać nic dosłownie na dwa kroki. Zdecydowałem się na powrót i myślę, iż była to decyzja rozsądna. Nie było po co się tam po omacku pchać, biorąc pod uwagę zakręty i stan drogi.

Droga w kierunku Chania 
Sad pomarańczowy 
Niedawno padało 
Okoliczny klasztor 
Widoki na płaskowyż Omalos 
Pojechaliśmy więc dalej. Po drodze, nieco błądząc, zajechałem jeszcze nad Kurnas Lake, takie nawet duże jezioro z górami schodzącymi z jednej strony nad sam brzeg. Bardzo ładna okolica, czysta woda. Podobno w jeziorze można spotkać węże wodne, rzekomo niejadowite. Albo tak się tylko mówi, żeby nie płoszyć turystów…Zdecydowaliśmy się na wypożyczenie roweru wodnego, aby trochę popływać po jeziorze. I tak zeszło nam trochę czasu, zwłaszcza iż deszcz, który podczas drogi zaczął znowu padać, padać przestał. A miły facio z wypożyczalni powiedział, że możemy pływać do woli za 7 €, które zapłaciliśmy za rower, on nam nie będzie mierzył czasu. Potem mamy tylko odstawić nasz rower i to wszystko. Popłynęliśmy więc sobie. Jezioro było spokojne, węży wodnych nie widzieliśmy. Tylko jakiś maniak pędzał się po górach, napierdzielając z dubeltówki zapewne do wszystkiego co się rusza. Huk wystrzałów dochodził nas bardzo wyraźnie z góry.

Kurnas Lake 
Kaczka dziwaczka 
Wody jeziora 




Do hotelu nie było stąd już daleko. Po kilkunastz minutach byliśmy na miejscu. Wieczorem jak zwykle, trochę whisky i pogaduszki oraz wędrówki po plaży. Kolacja niewarta wzmianki-chociaż spory wybór potraw, ale wszystko jakoś tak robione na jedno kopyto.
Piątego dnia pobytu na Krecie łaziliśmy od rana po plaży, usiłując zdobyć się na odwagę i zanurzyć się w piekielnie zimnej wodzie morza. Ale aż takimi pojebusami nie byliśmy. To był chłodny maj. Skończyło się tylko na brodzeniu i uciekaniu przed falami, które tego dnia były naprawdę spore. Julita postanowiła, iż będzie się w takim razie moczyć w hotelowym mikrobasenie i tak też zrobiła, siedząc tam chyba ze 3 godziny.
Potem zrobiliśmy podstawowe zakupy w postaci whisky w pobliskim markecie „Christina” i ruszyliśmy na piechotę do miasta. Planowaliśmy zwiedzić szumnie reklamowane „Miejskie Ogrody”, których palmy wystające zza płotu widzieliśmy nieraz, przejeżdżając obok taksówką. I chcieliśmy tak po prostu połazić po mieście i zobaczyć, jak od środka wyglądają greckie miasta, nie tylko przy głównych ulicach. Co by tu powiedzieć-z tego co widzieliśmy, nie żyje się tam ludziom aż tak fantastycznie, jak można byłoby przypuszczać. Z dala od główych ulic, którymi przeważnie przechadzają się turyści, widzieliśmy prawdziwe siedliska biedy, domy, które nieraz zasługiwały na miano slumsów. Zaśmiecone ulice, oraz, jakżeby inaczej, ruiny budowlane. Ludzie poubierani w sumie byle jak, małe sklepiki z mydłem i powidłem, restauracje nie zasługujące na to miano i ogólnie powiem-nie było zbyt ładnie. Nic z uroku pięknej Grecji, prezentowanej w prospektach. Przy tym ludzie, mimo biedy, uprzejmi, często uśmiechnięci i nawet-tacy jakby dumni i wyprostowani. Kalejdoskop zmieniających się twarzy, sytuacji, samochodów jeżdżących byle jak i mimo wszystko był ten powiew południa. Do miejskich ogrodów dotarliśmy chyba po dwóch godzinach łażenia,ale nie zostaliśmy tam długo. Raz że ogrody były małe i można było je przejść w 15 minut. Dwa, że nie było tam nic ciekawego do oglądania. Podmokły teren śmierdzący mułem i moczem, beznadziejnie zasypany liśćmi bambusów, przypadkiem chyba tam rosnących, palmy wysokie i tylko trochę przepuszczające promienie słoneczne-po prostu duszno i ponuro. Z ulgą wyszliśmy na ulicę, w tym miejscu odrestaurowaną i z pomalowanymi elewacjami. No ale tamtędy chodzą turyści…
Spacer był cholernie długi. Wreszcie poczuliśmy w nogach zmęczenie, co znaczyło że musieliśmy zrobić co najmniej 12 km, jeśli nie więcej. Mieliśmy całkiem dosyć. Więc jeszcze tylko obeszliśmy twierdzę, spojrzeliśmy na olbrzymi prom do Pireus, stojący akurat w porcie i wzięliśmy taxi, aby dojechać do hotelu. Taksówkarz-to była historia sama w sobie. Brodaty, trochę ubrudzony smarem Grek-żeby nie było, iż obgaduję tu kogoś na siłę, w starym modelu Mercedesa nadającym się do muzeum, ubrany mimo upału w dżinsy i czarną bluzkę z długimi rękawami. Przy tym zapierdalał po mieście tak, jakby jeździł na wyścigach i można było rzeczywiście zacząć się trochę bać, gdy na centymetry lawirował między samochodami, wciskając się w każdą najmniejszą lukę i przyciskając gaz do dechy, grzał przez miasto 80 km/h. To, że stały tam ograniczenia prędkości do 40 km/h, w niczym mu nie przeszkadzało, a może przestał to w ogóle zauważać, zważywszy na panujący w aucie upał, bo klimatyzacji facet też naturalnie nie miał. Twarz miał przy tym kamienną. Faktem jest, że do hotelu dojechaliśmy w czasie rekordowym i nigdy już potem, jadąc taksówką z portu do hotelu, żadnemu taksówkarzowi nie udało się pobić czasu, osiągniętego przez tego naturszczyka. Wieczorem powłóczyliśmy się po plaży, robiąc parę ciekawych ujęć z zachodu Słońca.
Kolejnego dnia zaplanowana była wycieczka w dalsze okolice wyspy, bo chciałem z wyspy tyle wrażeń zapamiętać, na ile to było możliwe. A w miejscach, gdzie grasują hordy turystów, trudno o obiektywne spojrzenie na tę pełną różnorodności wyspę. Jedno było tam dobre-gdziekolwiek człowiek nie zajechał, i tak zawsze trafił na morze albo na góry i potem znowu na morze tylko już inne. Tym razem udaliśmy się w kierunku Hora Sfakion, lub w skrócie Sfakia. Trzeba było nam się przebijać przez bardzo wysokie w tym miejscu góry, ale Kia Picanto sprawowała się bardzo dzielnie i nawet specjalnie się nie przyduszała podczas jazdy po serpentynach oraz przekraczaniu kolejnych przełęczy. Jechaliśmy przez Vrises, Alikambos, potem przez bliżej niezidentyfikowane, piękne bezdroża. Mijaliśmy po drodze zezowate kozy, pasące się na obrzeżach szosy. Co one tam niby znachodziły do żarcia, nie mam pojęcia, bo oprócz asfaltu i kamieni nic innego, nadającego się dla kozy do pożarcia, nic nie mogłem zaobserwować. No ale one miejscowe, to sie pewnie znały lepiej. Czy koza może się nażreć wapieniem?

Drogowskaz do Hani 
Jazda na wschód wyspy 
Owocki przydomowe 
Dom w cichym zaułku 
Miejscowy domokrążca 
Dom na wygwizdowie
Minęliśmy też samochód leżący w rozpadlinie skalnej do góry kołami. Kręta była tam droga, to fakt. Jak wieść gminna niesie, Kreteńczycy podobno nagminnie jeżdżą najebani, więc pewnie ktoś w stanie nieważkości skierował autko nie w tym kierunku, co było trzeba. Zwłok w środku nie było, ani nawet sladów krwi, uznaliśmy więc, że delikwent /albo paru/ wyczołgał się ze środka o własnych siłach i polazł na piechotę do domu zaleczyć kaca i urażoną dumę.

Koza jedna 
Kozia grupa 
Auto w rozpadlinie
Wreszcie po kilkudziesięciu zakrętach i paru setkach metrów w różnicy wysokości, wylądowaliśmy w miejscowości Frangokastelo, gdzie znajdowała się szeroko reklamowana turystom plaża. Przed plażą stały resztki jakiejś twierdzy, nie warte jednak jakiegokolwiek zwiedzania, a zresztą zwiedzać nie było i tak tam co, bo stały tam tylko puste wewnątrz mury. No i śmierdziało tradycyjnie moczem. O te zapachy podejrzewam turystów, bo z toaletami jest na Krecie nie najlepiej, a Grecy i tak rzadko zwiedzają własne zabytki. Plaża jak plaża, taka sama jakich wszędzie, było spokojnie i raczej ładnie, bez specjalnych wstrząsów widokowych. W małej tawernie zjedliśmy trochę, popijajac wszystko piwem. Ryby były ale po wstrząsających cenach i podobno na Krecie w sezonie są tylko ryby mrożone, a świeżych jest brak. Rzekomo to jakaś regulacja prawna unii europejskiej zabrania połowu ryb od maja do września rybakom z wyspy. No to co się też dziwić, że w tawernach prowadzących potrawy rybne na wagę, kilo ryby potrafiło kosztować do 40 euro.

Kolejny kościół 
Dal kreteńska 
Jeszcze jeden kościół

Frangokastelo 
Okoliczna plaża 
A my tymczasem podążaliśmy dalej dzielnie przez „krecie” bezdroża, zastanawiając się, gdzie wylądujemy tym razem, już po opuszczeniu plaży we Frangokastelo. I tak jechaliśmy dalej, przez góry i doliny, trafiając wreszcie do uroczej zatoki w Plakias. Tam było bardzo ładnie. Zatoka wrzynała się w ląd, z lewej i prawej strony stały skały, trochę ograniczając silny wiatr, który tego dnia wiał całkiem porządnie. Powylegiwaliśmy się długo na plaży, oddychając morskim powietrzem i ciesząc się słońcem, oraz spokojem, również tam zalegającym.


Kręty zjazd do Plakias 
Zatoka w Plakias z góry 

Na plaży w Plakias 
Z Plakias do Rethymnon jechaliśmy przez śliczny wąwóz, gdzie włóczyły się tradycyjnie zezowate kozy. Robiliśmy kilka razy postój, odpoczywając i oglądając te surowe lecz piękne okolice. A wieczorem w hotelu robiliśmy to samo, co zwykle-po spacerze po plaży i wsłuchaniu się w szum morza, zasiadaliśmy przy flaszce scotcha zakupionej w sklepiku obok i gadaliśmy do późnej nocy, sącząc niespiesznie drinki. Poniżej jeszcze parę fotek z tego dnia.

Sympatyczny osiołek okoliczny 




Luka w górach
Następnego dnia pojechaliśmy znowu w kreteński świat, biorąc pod uwagę tylko kierunek, a nie konkretny cel pod uwagę. Objechaliśmy jakąś wielką dolinę górą, po całkiem obłąkańczych, niezbyt sympatycznie wyglądających drogach, nieraz pozbawionych asfaltu i wiodących na nieprzyjemnych wysokościach. Przebijaliśmy się przez stada owieczek i kombinowaliśmy, błądząc co i rusz albo napotykając ślepe uliczki. Wreszcie wyjechaliśmy znowu nad morze. Miejsce było przepiękne, a co najważniejsze, prawie pozbawione turystów, co na Krecie można potraktować jako prawdziwy cud. Miejsce zwało się Triopetra, posiadało śliczną zatoczkę i ładne skały, wieńczące plażę. Pogoda była pochmurna, zanosiło się chyba na deszcz, ale co za różnica. Podobało mi się tam. Tu się wykąpaliśmy wreszcie w morzu. Okazało się że nie taki diabeł straszny jak go malują, woda nagle zaczęła się wydawać całkiem przyjemna. I tak pluskaliśmy się, pływaliśmy i cieszyli pierwszą morską kąpielą na Krecie, ponieważ kąpieli w basenie hotelowym oczywiście w to nie wliczam.

Skałki w Triopetra 

Dopiero po wyjściu z wody zrobiło się chłodno, a na dodatek zaczął siąpić drobny deszczyk. Zebraliśmy więc manele do auta, wysuszyliśmy się trochę i z podkręconym ogrzewaniem pojechaliśmy w kierunku Rethymnon. Powrót trochę trwał, bo trzeba było się zorientować, gdzie w ogóle jesteśmy. Ale i tak trudno zabłądzić na wyspie, nawet tak dużej jak Kreta. Jadąc wzdłuż morza oraz pomagając sobie mapą, dojechaliśmy wczesnym wieczorem do hotelu. A potem jak zwykle.
W dniu następnym naszym celem była mała, lecz podobno malownicza miejsowość Spili. Nie było tam wiele do zwiedzania. Ot, parę zauków, knajpy ze znudzonymi Grekami, gadającymi sobie o ich sprawach, lub grających w jakieś gry. Jakieś seminarium duchowne oraz źródełko z małymi lwami, rzygającymi wodą oraz otaczające Spili góry, jak też tradycyjna tawerna. Jak to w Grecji bywa, życie toczyło się swoim trybem, nikomu się nie spieszyło, słoneczko przygrzewało, a my włóczyliśmy się na luzaczku, oglądając, podziwiając i fotografując. Nie musi się zaraz trafiać na nie wiadomo jakie miejscowe sensacje, aby czuć się w określonej okolicy bardzo dobrze.


Tawerna w Spili 



Zaułki w Spili 
Lwy z wodą 

Spili-seminarium duchowne
Po wyjeździe ze Spili zrobiliśmy oczywiście kolejny objazd okolicy, aby nie wracać zbyt wcześnie do hotelu. Chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć, zwłaszcza że nasz dziesięciodniowy wyjazd niestety dobiegał końca.

Objazd wielkiej doliny 



Kapliczka 
Drzewa rosnące w prawo
Ostatniego wieczoru naszej wycieczki usiedliśmy na plaży przed hotelem i sącząc whisky, cieszyliśmy się pięknym zachodem słońca, oraz widokiem nawalonych turystek z Niemiec, którym zresztą na ich prośbę zrobiliśmy parę fotek, a potem niewiasty polazły w kierunku następnego disco.
Takim powalającym zachodem pożegnała nas Kreta. Wyspa kontrastów, wyspa miłych, chociaż dość biednie żyjących ludzi. Ludzi mimo biedy noszących się jednak prosto, z wyczuwalną w nich dumą z tysięcy lat nie zawsze dobrze układającej się historii ich ojczyzny – Grecji i Krety.




















Byłam na Krecie dwa razy jakieś 6-7 lat temu w środku lata. Przyznam, że pierwsze słyszę o mrożonkach – wszystko, co jedliśmy, to były świeże połowy. Dwa razy przyleciałam do Chanii – raz mieszkałam w Maleme i raz w Agia Marina, za każdym razem to były malutkie ośrodki, które oferowały tylko śniadanie. Mieliśmy samochód wynajęty na wszystkie dni pobytu. W ten sposób zwiedziłam Kretę od Kissamos do Pacheia Amos (zwiedziliśmy po drodze Knossos), a na wybrzeżu południowym byliśmy w Soudzie. Na wybrzeżu północnym zaliczyliśmy kilka najpiękniejszych plaż, w tym Balos i Stavros. Co z tą whisky? To dość mocny trunek, nietypowy na ciepłych wyspach …
PolubieniePolubienie
Nie wiedziałbym o tych mrożonkach, gdyby nie pewien właściciel lokalu, z którym wypiliśmy nieco więcej Ouzo, niż należy. Podobno latem popyt przewyższa podaż i ryby trzeba zamawiać z różnych źródeł, bo rybacy nie nastarczają. To się też odbija na cenach. Więc ryby przyjeżdżały mrożone, o czym nie wspomina się za nic turystom, mówiąc że ryba była wszak świeża. Ciężko to sprawdzić. Dwa, że chodziło wtedy faktycznie o jakieś ograniczenia EU w połowach, na które wtedy Kreta bardzo narzekała. Nie mam pojęcia, jak jest teraz, wszystko tak szybko się zmienia. Whisky była oczywiście z importu, piliśmy ją wieczorami, w taki upał byłoby samobójstwem popijać drinki kiedy indziej. Pomijając wszystko, Kreta to cudowna wyspa, bardzo żałuję że nie udało się odwiedzić Samarii.
PolubieniePolubione przez 1 osoba