45. Francja, Alpy Motocyklem część trzecia

Dalsza droga, po wyjeździe ze stacji benzynowej była początkowo prosta jak strzelił, co oczywiście szybko się zmieniło. No i bardzo dobrze. Nie po to wszak kupuje się motocykl, aby sobie uskuteczniać jakieś dziwne jazdy po prostych drogach. Przy tym nadal jechaliśmy w kierunku Martigny, zaliczając przy okazji przełęcz Col de la Forclaz, położoną na wysokości 1627 m npm. Ładnie tam było, łaziło sporo ludzi i aż zachęcało do zatrzymania się. Ale mieliśmy nieco napięty grafik na dzień dzisiejszy, więc przejechaliśmy tylko powolutku przez Forclaz, tocząc się w kierunku Martigny.

Zjazd z góry w kierunku miasta Martigny przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Cudowna panorama, cała masa zakrętów, widoki jak z pocztówek. Jechaliśmy dość wysoko, od czasu do czasu widać było między drzewami panoramę miasta, leżącego głęboko w dolinie. Przed wielu jeszcze laty, jako mały chłopak marzyłem o podobnych odkryciach, nie wiedząc nawet, iż takie przepiękne okolice w ogóle istnieją. Dopiero jako dorosły człowiek mogłem rozwijać swoją nieokiełznaną pasję poznawania świata. Podobno na wszystko jest właściwy czas i tego czasu trzeba po prostu wyczekiwać. Jechałem wspaniałym motocyklem przez cudowne okolice, z miłą kobietą na tylnym siodle (kolejność tych ostatnich wyrazów jest oczywiście przypadkowa) i w tym momencie pasowało dosłownie wszystko. Tak chyba wyglądają krótkie momenty szczęścia, zalewające człowieka hormonami radości i zadowolenia. W każdym razie cieszyłem się tą chwilą, która trwała tego dnia całkiem długo, wypełniając radochą całe jestestwo.

Chyba pół godziny zjeżdżaliśmy tak sobie po serpentynach drogi, aż wreszcie wylądowaliśmy w Martigny nieopodal stacji benzynowej. Miałem trochę problemów z odszukaniem dalszej drogi do naszego aktualnego miejsca zamieszkania, wszak jechaliśmy bez żadnej nawigacji, a tylko z mapą. Po wielu kombinacjach, porównywaniach, a nawet gapieniu się na drogowskazy odnalazłem wreszcie dalszy szlak. Tu zatrzymaliśmy się jeszcze koło okazałego wodospadu, spływającego z gór, ale że trzeba było tam paręset metrów dojść na piechotę, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, zwłaszcza iż słoneczko dobrze już przypiekało. Pojechaliśmy więc dalej, w kierunku na Lozannę. Przez zrobione kilometry droga stawała się trochę nużąca. Chcąc odpocząć, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nad rzeką znajdowała się Grota Wróżek (Nymphengrotte) z długimi korytarzami do wędrowania. Samo wejście na górę, tam gdzie znajdowały się kasy biletowe, kosztowały mnie i Julcię wiele wysiłku, a to z konieczności targania ze sobą ciężkiego plecaka motocyklowego, zdjętego z baku. Pewnie by go nawet i nikt tam nie ukradł, ale całkowitej pewności nie mieliśmy. Kasjerka w okienku wykazała pewne zrozumienie, pozwalając nam zostawić ciężki bagaż koło niej, a my mogliśmy sobie pojść w środek góry, aby tam się po ciemnych korytarzach posnuć.

Jechaliśmy więc dalej, w kierunku na Lozannę. Przez zrobione kilometry droga stawała się trochę nużąca, więc usiłując odpocząć, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nad rzeką znajdowała się Grota Wróżek (Nymphengrotte) z długimi korytarzami do wędrowania. Niestety, samo wejście na górę, tam gdzie znajdowały się kasy biletowe, kosztowały mnie i Julcię wiele wysiłku, a to z konieczności targania ze sobą ciężkiego plecaka motocyklowego, zdjętego z baku. Pewnie by go nawet i nikt tam nie ukradł, ale całkowitej pewności nie mieliśmy. Kasjerka w okienku wykazała pewne zrozumienie, pozwalając nam zostawić ciężki bagaż koło niej, a my mogliśmy sobie pojść w środek góry, aby tam się po ciemnych korytarzach posnuć. Na fotkach niestety wiele nie widać, ale zapewniam, iż było tam bardzo ciemno oraz rozkosznie chłodno, co pozwoliło odetchnąć trochę od upału, panującego na zewnątrz. Po wizycie u wróżek, które wyjątkowo dobrze się przed nami pochowały, odwiedziliśmy jeszcze mały zameczek St. Maurice i dalej to była już tylko ciężka praca nad powrotem do hoteliku w St. Jean D’ Aulps. Niezmiennie piękne pozostawały okolice. Zwłaszcza wjazd na górę w kierunku Abondance i Pas de Morgins, cieszył oko i pozostałe zmysły, mimo naszego postępującego zmęczenia. No bo jakoś trzeba było do tego hotelu jednak na noc wrócić. Jakiś czas towarzyszyliśmy pani na niebieskim Harleyu, usiłującej nam pokazać, jak to wspaniale i szybko umie kobita tym sprzętem jeździć. Wierzyliśmy na słowo. Jako że Harley jednak nie jest jakimś motocyklem do sportowej jazdy, tylko spokojnego rozkoszowania się drogą, omal się to źle nie skończyło. Na kolejnym z zakrętów odbiła się jakąś częścią swojej maszyny od asfaltu, tylko cudem opanowując motocykl i nie lecąc razem z nim na śliczny pyszczek. Albo więc chce się powoli pyrkotać po zakrętach, uważając, aby na każdym z nich nie urywać sobie jakiejś części motocykla, albo kupuje się sobie jakiś motocykl sportowy, lub przynajmniej sportowego tourera. Oczywiście kwestia gustu. Potem dziewczyna jechała już o wiele rozważniej, zjeżdżając po paruset metrach z trasy, aby uspokoić swoje nerwy.

Oczywiście, szczególnie we Francji, trzeba uważać na zasyfiałe ziemią, żwirem, albo nawet zwykłym gnojem, drogi, zwłaszcza w regionach rolniczych, gdzie panowie rolnicy nieszczególnie się przejmują tym, co im się akurat wysypało z przyczepy. O wybojach nawet nie wspominam, tak jest to nagminne w tym kraju. Powoli zbliżał się wieczór, a my nadal byliśmy w drodze. Tyłki bolały, ręce, plecki i nogi tak samo, więc siłą rzeczy robiliśmy coraz częstsze postoje, również w celu wyjaśnienia dalszej drogi. Jednak brak nawigacji w dzisiejszych czasach to błąd, bo skoro jest, to trzeba jej używać. A na poszukiwanie dalszej drogi traciliśmy niestety, za dużo czasu. Przy okazji trafiliśmy jeszcze na jakąś zamkniętą drogę, przez co musieliśmy ponad 20 km wracać, szukając innej trasy do hotelu. Gdy już zobaczyliśmy drogowskaz na St. Jean, odetchnęliśmy z ulgą, wiedząc, iż już niedługo będziemy na miejscu. Po przyjeździe do hotelu, rozcierając bolącą dupę, Julcia tylko skwitowała:

-Chciałeś wycieczki na cały dzień, no to miałeś…

Hyhyhy, no kjm, jasne. Chciałem i miałem. Ona wszakże też. Ale co tam. Bolące części ciała mają to do siebie, iż się regenerują, a i tak wieczorkiem mieliśmy nasz lek na wszystko, czyli koniaczek, którym wieczorem w pięknym salonie raczyliśmy się uraczyć. Nie mam pojęcia, ile to km dzisiaj trzasło, ale było ich wiele, bardzo wiele. I wiele filmu, oraz wspomnień do tego też wpadło do archiwum pamięci. Na koniec jeszcze parę fotek salonu i to byłoby na dzisiaj – na tyle.

44. Francja, Alpy motocyklem, część 2.

Po jakimś czasie znudziło nam się wreszcie towarzystwo kóz, więc wsiedliśmy na nasz kochany i solidny środek transportu, ruszając w dalszą drogę. Serpentynkami zjeżdżaliśmy znowu w dół. Chciałem jeszcze po drodze zajechać na bardzo chwalone w internecie pobliskie jeziorko zwane Lac Montriond.

Trzeba tam było skręcić z głównej drogi na bardzo słabo oznaczoną boczną drogę i po krótkim zjeździe lądowało się na parkingu wysypanym żwirkiem, położonym właśnie nad Lac Montriond. Parking ze żwirkiem dla kierującego autem to nic niezwykłego, jednak motocyklem trzeba piekielnie uważać, aby się nie wygruzić, nawet jadąc całkiem powoli. Okazało się, że internet nie kłamał. Jezioro było pięknie położone. Miło było odpocząć nad jego brzegami.

Po takiej fajnej przerwie, naładowani nową energią, ruszyliśmy w dalszą drogę. Widać było, że to okolica wybitnie turystyczna, ponieważ panował całkiem spory ruch na drogach, a ludzie włóczyli się po najdziwniejszych miejscach, albo po prostu zalegiwali na trawce, nad jeziorkiem, albo wśród drzew. Zielona okolica, cudne widoki, można było zachłysnąć się radością przepełniającą człowieka, radością, że dobre duchy pozwalają nam zwiedzać tak śliczne miejsca. Stamtąd nie było już daleko do naszego hotelu.

Następnego dnia, po wyjątkowo dietetycznym i pozbawionym wędlinek śniadaniu, wybraliśmy się w tym kierunku, z którego przyjechaliśmy samochodem, początkowo na Les Gets. Trasa biegła po fajnych zakrętach i wzdłuż rzeczki, przy której robiliśmy przedwczoraj postój naszym transporterem. Panował niestety, spory ruch, zaś auta spowalniały naszą jazdę. Przy jakimś korku dołączyliśmy do grupy motocyklistów, jadących w tym samym kierunku i od tego czasu jechało się już weselej, zwłaszcza że dobrze trzymali tempo. Silnik Hayabusy grał równo i rytmicznie, ciesząc swoim dźwiękiem uszy, a przy tej mocy i maksymalnej prędkości Suzuki nie było problemem trzymać się w grupie. Za to fajnie się zasuwało. Czego by nie mówić o francuskich kierowcach, ale jeśli chodzi o motocyklistów, to bardzo uprzejmie robią miejsce, przepuszczają ich, kiedy jest taka możliwość i bez problemów dają się wyprzedzać, umilając tym jazdę.

Od zakrętów aż kręciło się w głowie. Przepiękna trasa prowadziła niezmordowanie zygzakami naprzód. Przeżywaliśmy esencję marzeń każdego motocyklisty. Tylko miasta stały na przeszkodzie. Tego dnia, dziwnym trafem, wszędzie było pełno. Tak marnowaliśmy cenny czas na omijanie korków, a gdy się już nie dało, no to staliśmy w nich, piekąc sobie tyłki, jak w piekarniku. Słoneczko przygrzewało całkiem mocno. I tak poza tym, jest dość trudno opisać te przeżywane po drodze wrażenia. Przeskoczyliśmy przez Chatillon, zmierzając drogą 902 w kierunku Cluses. Jazda trwała nawet sporo czasu, a my tak do końca nawet nie wiedzieliśmy, dokąd zajedziemy przez cały ten dzień.

I jak to się mówi, wcale nie szkodzi, albowiem dla motocyklisty droga jest celem. W międzyczasie minęliśmy Magland i Sallanches. W Sallanches odłączyliśmy się od sympatycznej grupki, podążajac w kierunku Chamonix Mont Blanc, zaś oni skręcili na Albertville. I znowu byliśmy sami na trasie. Od tego momentu jechaliśmy prostą jak strzała, trasą, nieco się na niej nudząc, no bo nie było tam przez długi czas żadnych zakrętów.

Paręnaście km potem trasa zaczęła się trochę kręcić, zaraz po przejechaniu ponad dwukilometrowego wiaduktu o nazwie Viaduc des Egratz. Wiadukt zresztą bardzo wysoki, którego podpory widać już było z daleka, gdy tak się prezentował na zakręcie. A potem jechaliśmy zapatrzeni w następny, widoczny z autostrady punkt: monumentalny masyw Mont Blanc, jeszcze pokryty śniegiem. Na jakimś parkingu, uwieńczonym małą piramidą, zrobiliśmy sobie wreszcie zasłużony popas i odpoczynek, bo jazda zaczęła nas już dobrze męczyć. Pani J. stwierdziła przy tym, że jej dupa zasnęła. No tak, bywa, trzeba było ją zatem obudzić, klepiąc i stukając w nią zaciśniętymi pięściami. Ten rytuał naprawdę bardzo pomaga w dobrym przekrwieniu tyłka, a przy tym jest to czynność pożyteczna i nawet całkiem przyjemna, kiedy się ją robi dla płci odmiennej.

Po czasie bardziej krótszym, niż dłuższym, dotoczyliśmy się wreszcie do Chamonix, odstawiając motocykl nieopodal przystanku autobusowego i zabierając plecak ze zbiornika, ruszyliśmy w miasto. Nie jest łatwo ciągać ze sobą te całe oporządzenie, ale i zostawić na baku nie ma jak, ze względu na to, iż ktoś może się tym niezdrowo zainteresować i po prostu przywłaszczyć. Chamonix jest niezbyt dużym, ładnym miasteczkiem, położonym u podnóża Mont Blanc, najwyższego zresztą szczytu w Europie. Jest oblegane przez turystów, którzy nie tylko zwiedzają, ale latają na spadochronach, jeżdżą na nartach, wspinają się na góry i uskuteczniają jeszcze wiele innych czynności, jak to robią ludzie na wczasach. Aby wdrapać się, a raczej wjechać kolejką na szczyt Mont Blanc, nie starczyło nam czasu, jednak po mieście trochę się powłóczyliśmy. Aby wdrapać się, a raczej wjechać kolejką na szczyt Mont Blanc, nie starczyło nam czasu, jednak po mieście trochę się powłóczyliśmy. Niestety, musiałem targać ze sobą plecak z baku oraz swój kask, co skutecznie może zepsuć przyjemność zwiedzania jakiegoś miasteczka. Wszystko sporo ważyło, a na dodatek słońce uparło się przygrzewać, co procentowało obfitym poceniem się i częstymi postojami na odpoczynek. Na domach natrafialiśmy na piękne murale, tak doskonale wymalowane, iż można było myśleć, że widzi się rzeczywistość. Dużo kwiatów i rzeczka płynąca przez środek miasta, oraz przepiękna panorama Mont Blanc wynagradzały nam jednak trudy noszenia tych naszych motocyklowych klamotów.

Pobyt w Chamonix był prawdziwym relaksem, ale mieliśmy przed sobą jeszcze powrotną drogę przez góry, więc po wizycie w miasteczku schłodziliśmy się w cieniu drzew, aby nie wsiadać spoceni na motocykl i dopiero potem zapuściliśmy silnik, jadąc w kierunku granicy. Granicę tę, czy tamtą, przekraczaliśmy tego dnia zresztą chyba kilka razy, ale że nikt nas nie zatrzymywał oraz nie raczył zauważać, to i my specjalnie nie przejmowaliśmy się tymi sztucznie przez człowieka wyznaczonymi liniami podziału świata, które na dobrą sprawę nie powinny egzystować, pomijając tu już tradycje narodowe oraz walki o niepodległość, bo gdyby od początku świata nie istniały granice to i nie trzeba byłoby się ciągle mordować o jakiś kawałek ziemi przypisany tym czy innym narodom.

Wyjechaliśmy drogą D1506 na Vallorcine i Martigny. Na horyzoncie widać było wysokie góry, otulone błękitem, wiadomo było już od razu, że nie będziemy jechać po jakiejś nudnej równinie. Piękne trasy, wśród lasów i przełęczy wymagały jednak wiele uwagi, więc kamera umieszczona na hełmie robiła swoją robotę, Julcia kontemplowała widoki, a ja koncentrowałem się na jeździe, ciesząc się kierowaniem Hajci i tym, co ona miała pod bakiem, czyli mocą silnika i jego dźwiękiem. W Vallorcine stał sobie na szosie samochód, w poprzek. Dobrze, że nie jechaliśmy szybko, facet robił jakieś kombinacje z wyciąganiem innego popsutego chyba auta z garażu. Sytuacja może nie tyle groźna, ile śmieszna, bo już z daleka widziałem sprawę. Machnęliśmy sobie sympatycznie  i pojechaliśmy dalej. Tak dotoczyliśmy się do granicy w Chatelard-Frontiere, gdzie też nas nikt nie sprawdzał, za to można było zatankować na zapas i kupić w sklepie parę drobiazgów, jak wodę i coś do przegryzienia. Spotkaliśmy tam też konia przyczepionego do bryczki, oraz tyranozaura w czapeczce klubowej. Oba zwierzaki były sztuczne, chociaż Julcia na początku miała pewne wątpliwości, co do konia, bo wyglądał jednak bardzo autentycznie, zwłaszcza z tyłu.

Ale to naprawdę nie był prawdziwy koń, hehehe. Za benzynę, tak tylko wspomnę, zapłaciliśmy 1,54 franka szwajcarskiego za literek.

KONIEC CZESCI DRUGIEJ.

39. Transporterem przez przełęcz Grand St. Bernard

Nie zawsze jeżdżę motocyklem po górach, chociaż tę czynność najbardziej lubię. Bywa, że jadę transporterem na dłuższą wycieczkę, zabierając ze sobą pół domu ( czasem też motocykl) i docieram do różnych, jak najbardziej wartych uwiecznienia, miejsc. Jeśli tylko można tamtędy takim transporterem przejechać, gdyż niektóre trasy absolutnie się dla takiego pojazdu nie nadają. Już to ze względu na niskie i zbyt wąskie tunele, albo trasy, którymi można przejechać tylko motocyklem i to z pewnymi trudnościami. Tym razem po przebytej trasie, wiodącej przez 3 kraje, odpoczywałem w bardzo klimatycznym mieście Aosta we Włoszech. Nie był to długi pobyt, ale dzisiaj chcę napisać, jak sam tytuł wskazuje, o przebyciu przełęczy Swiętego Bernarda, prowadzącej z włoskiej doliny Aosty do szwajcarskiego kantonu Wallis. Nie jest to w żadnym wypadku trasa łatwa, za to bardzo widokowa i czarująca wspaniałymi panoramami. Tę piękną, chociaż męczącą trasę, można ominąć, wybierając drogę przez tunel, która to droga jest godna polecenia zwłaszcza zimą, kiedy to stara trasa przez przełęcz jest zamknięta. Niestety wygodna trasa jest płatna – w 2023 roku przejazd motocyklem kosztował 18,50 franków szwajcarskich, auto od 31,50 CHF. Ale coś za coś. Z Aosty droga początkowo nieśmiało, potem coraz bardziej wyraźnie zaczynała wspinać się w górę. Odrapany budynek, stojący na początku wspinaczki, zapewniał, że jadę właściwą drogą, co samo w sobie było już budujące.

Przy wyjeździe z Aosty czuć było w powietrzu bardzo wyraźny zapach wędzonego mięsa. Podejrzewałem szynkę, ale sprawdzić nie było jak. Zaostrzyłem sobie tylko apetyt, jadąc w góry. A trasa wiła się coraz wyżej i stawała się coraz bardziej stroma. Transporter z rytmicznym huczeniem silnika wspinał się cierpliwie coaz wyżej, a na stromiznach redukcja biegów stawała się coraz bardziej częsta, zwłaszcza przed zakrętami, które nierzadko wynosiły 180 stopni.

Historyczne źródła mówią, iż trasa ta wykorzystywana była przez wędrowców już w czasach cesarstwa rzymskiego. Więc nie od dzisiaj i nie od wczoraj był to znany szlak górski dla pielgrzymów, kupców a zapewne i dla przemytników, lub uciekinierów z jednego dobrobytu do innego. A już w XI wieku wybudowano na przełęczy schronisko dla pielgrzymów, nazywane Bernhardhospitz, od którego wzięła się późniejsza nazwa przełęczy. Jest to więc miejsce z długą przeszłością i gdyby tak góry mogły mówić, z pewnością opowiedziałyby wiele pięknych, albo i strasznych historii z różnych czasów. Tymczasem patrzałem sobie z daleka na widniejące na widnokręgu góry i jakieś dziwne zygzaki umieszczone na nich.

Zygzaki zresztą wydawały się być bardzo daleko i nie przypuszczałem, że należą one do trasy. Dopiero potem okazało się, że tak, te zygzaki tak daleko leżące to dalsza część szosy do przejechania. Zaś zygzaki? Były one po prostu tunelami, zabezpieczającymi w niebezpiecznych miejscach drogę przed zasypaniem jej przez lawiny, schodzące z pobliskich stoków. I tylko z daleka wyglądały jak wielkie dżdżownice. Miałem przy tym cichą nadzieję, iż transporter da radę tam się wdrapać, nie stwarzając mi żadnych kłopotów. Awaria auta w takim miejscu kazałaby zapewne całkiem długo czekać na pomoc, a gdyby przytrafiła się w nocy, no to zapewne do rana. Tylko jaki desperat jeździ tamtędy w nocy? Ale i tacy się chyba zdarzają. Oczywiście bywają tam też wypadki. Takim najbardziej znanym i tragicznym był wypadek autobusu w 2005 roku, który to autobus po zjechaniu z trasy runął w 150 metrową przepaść. Zginęło wtedy 12 osób, a 15 zostało rannych. Ci ludzie, którzy podczas wypadku zostali wyrzuceni przez okna koziołkującego autobusu, jakimś dziwnym trafem wszyscy przeżyli. Góry wymagają należnego im respektu, chwila ludzkiej nieuwagi może się źle skończyć. Ale nie wspominajmy już o złych rzeczach.

W drodze zatrzymałem się w miejscu, gdzie szosa tymczasowo biegła prawie poziomo, aby schłodzić silnik transportera i spojrzeć na górską naturę oraz pobliski potoczek. Powietrze było tak rześkie, że dosłownie kłuło w płuca, a każdy oddech sprawiał wrażenie przyjmowania tlenu doskonałej jakości. I ta cisza. Mimo okazjonalnie przemykających pojazdów, cisza ta była wszechogarniająca, tchnąca spokojem. Przypominała, że czasami warto przystopować nasz zbyt szybki tryb życia, poddać się refleksji i urokowi natury, zastanowić się, czy warto być tym przysłowiowym szczurkiem w kołowrocie życia, a może nawet pomyśleć nad zmianą trybu trwania. Fajnie było tak tam postać, tak po prostu i zwyczajnie pomyśleć nad sprawami egzystencjonalnymi. A potem pojechałem dalej.

Transporter marki Iveco trzymał się dzielnie, bez narzekania pokonując kolejne metry wysokości, co mogło tylko cieszyć. Wreszcie, po przejechaniu paru tuneli, podniebnych zakrętów i setek krótkich rzutów okiem na przepiękne okolice, wjechałem na parking przełęczy Grand St. Bernard, zatrzymując się na wysokości 2473 m npm. Po wyjściu z kabiny pobiegłem na tył auta, aby szybko nałożyć na siebie coś cieplejszego, albowiem w krótkich spodenkach zaczął mi marznąć tyłek. No ale co tam, ważniejsze że tam wreszcie dotarłem, tyłek szybko udało się nagrzać. Dookoła stało parę budynków wyglądających na hotele, był jakiś sklepik z pamiątkami, oraz stawek z kaczkami i jakżeby inaczej, pomnik świętego Bernarda.

Oczywiście, wybrałem się na obchód okolicy, bo być w takim miejscu i nie wykonać serii obligatoryjnych foteczek, to wg. mnie byłoby zaniedbaniem kronikarskich obowiązków. Jak zawsze, resztę niech dopowiedzą zdjęcia. Ach no i okazało się jeszcze, że po szwajcarskiej stronie jakość drogi była o wiele gorsza, niż po stronie włoskiej. Ot, takie regionalne rożnice.

To tyle na dzisiaj, czytelnikom życzę wszystkiego dobrego i do następnego sprawozdania.

31. Linia Maginota, Schoenenbourg, Francja.

Linia Maginota, to nazwa nieodmiennie kojarząca się z drugą wojną światową. Olbrzymi wysiłek Francuzów, aby wybudować linię obronną, zabezpieczającą ich granicę od strony Belgii, Luxemburga, Włoch, a przede wszystkim Niemiec, spowodował powstanie wielkich umocnień, z których do dnia dzisiejszego pozostało niewiele w stanie nienaruszonym. Miałem okazję zwiedzić bunkry w Alzacji, w forcie Schoenenburg. Ze względu na ich wielkość trzeba było poświęcić kilka godzin, aby tam połazić i zorientować się w rozmieszczeniu poszczególnych części fortu. Na szczęście akurat w tym miejscu umocnienia znajdowały się w bardzo dobrym stanie, co należy zawdzięczać również sporej ilości pasjonatów, poświęcających swój czas, aby to miejsce nadal wyglądało tak dobrze, jak teraz.

Fort Schoenenbourg leży około 18 km na północny wschód od miejscowości Haguenau. Gdyb ktoś chciał tam się wybrać, od razu podaję adres: Rue Commandant Martial Reynier, Hunspach.

Fort Schoenenburg zbudowany był jako stanowisko artylerii i karabinów maszynowych. Trafić tam jest dosyć łatwo, co jakiś czas spotyka się drogowskazy z nazwą fortu. Umocnienia leżą wśród pól i lasów, okolica jest bardzo malownicza. Większość urządzeń technicznych fortu Schoenenburg leży pod ziemią, aby razie ataku można było utrzymać dostawy amunicji, żywności, wody i prądu do wszystkich stanowisk obronnych.

Po wejściu do środka i opłaceniu wstępu, (podczas mojej wizyty wstęp kosztował 8 Euro) można było już rozpocząć wędrówkę podziemnymi korytarzami. Najpierw zejść jeszcze głęboko pod ziemię. Schodziliśmy około ośmiu pięter w dół, zanim doszliśmy do poziomu głównych korytarzy rozciągających się w różne strony. Na szczęście o błądzeniu nie ma mowy, trasa jest dobrze oznakowana i wystarczy tylko trzymać się strzałek wskazujących kierunek zwiedzania, aby bez kłopotów trafić we wszystkie ważniejsze miejsca podziemnej twierdzy. Po drodze napotykaliśmy na wiele informacji dotyczących wyposażenia miejsc obronnych, rodzajów uzbrojenia, warsztatów, sal medycznych i zaopatrzenia w paliwo, amunicję, żywność oraz wodę.

Załoga fortu Schoenenburg składała się z 20 oficerów, 70 podoficerów i około 500 żołnierzy. Wejścia do twierdzy znajdowały się około kilometr w głębi stanowisk obronnych, aby uniemożliwić przeciwnikowi bezpośrednie wtargnięcie do bunkrów przez pokonanie wrót wejściowych. Wszystkie stanowiska obronne były ze sobą połączone korytarzami, przez które jeździła też wąskotorowa kolejka zaopatrująca bunkry we wszystkie potrzebne podczas walk materiały.

Twierdza była wprawdzie zaopatrywana w energię przez francuską sieć elektryczną. Ale w razie odcięcia od reszty kraju fort Schoenenburg był całkowicie samowystarczalny na okres około sześciu miesięcy. Energię elektryczną zapewniały mu potężne generatory umieszczone w warsztatach, gdzie istniała oczywiście możliwość naprawy uszkodzonego podczas walk uzbrojenia. Trzeba tu dodać, że samo oświetlenie fortu składające się z ponad dwóch tysięcy żarówek pochłaniało wysoką ilość energii. A jeszcze transport, wentylacja, obsługa pancernych wież, wysuwanych elektrycznie ponad poziom gruntu, itd., wszystko to wymagało sporej ilości energii, której brak mógł spowodować katastrofalne skutki dla obrońców.

Korytarze ciągną się rzeczywiście kilometrami. Można dobrze odczuć taką wędrówkę w nogach, ale uważam, że skoro już tam się zajechało, trzeba wleźć w każdy możliwy zakamarek. Albowiem zakamarków w forcie Schoenenburg nie brakuje. Czas mija bardzo szybko, na dość oględne zwiedzenie bunkrów należy zaplanować co najmniej trzy godziny, ale można tam też spędzić cały dzień, aż do zamknięcia zwiedzania.

Twierdza dysponowała czterema generatorami energii, zaopatrzonymi w silniki Diesla. Do całkowitego zaopatrzenia w energię podczas pokoju wystarczały dwa generatory. Podczas walk załączano trzeci generator, natomiast czwarty generator służył jako żelazna rezerwa fortu. Każdy generator zużywał około dwudziestu litrów paliwa na godzinę pracy. Siłą rzeczy twierdza musiała dysponować wielkimi zbiornikami paliwa, mogącymi zapewnić nieprzerwaną pracę generatorów przez kilka miesięcy.

Bardzo ważne było zaopatrzenie w wodę. Fort Schoenenburg posiadał zbiorniki na 260 tysięcy litrów wody, a dodatkowo studnię głębinową, z której czerpano wodę, kiedy zbiorniki zaczynały się opróżniać.

Muszę jedno powiedzieć, że od nadmiaru uzyskanych w forcie informacji zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. Zaopatrzenie, dostarczanie amunicji do stanowisk obronnych, windy, studnie, stanowiska dowodzenia, gdzie spływały wiadomości z całego fortu. Kuchnie, warsztaty, generatory, wentylacja, kolejki, energia, woda, bunkry zewnętrzne, wysuwane nad ziemię stanowiska artylerii, tory, schody, korytarze…Uff, było tego, a ktoś kiedyś musiał to wszystko ogarniać w całości. Chyba nie zazdroszczę dowódcy.

Wasza wędrówka wirtualna po forcie Schoenenburg trwać będzie oczywiście o wiele krócej, niż moja, ale żyjemy w takich czasach, kiedy nie wychodząc z domu można przy pomocy komputera znaleźć się w wielu miejscach. Mnie sprawia przyjemność tego rodzaju włóczenie się po rozmaitych miejscach, a jeśli ktoś ma okazję wirtualnie przewędrować ze mną kilka miejsc i zrobi to chętnie, będzie to dla mnie najlepszą nagrodą za mój wysiłek.

Po całkowitym przewędrowaniu podziemi i wygodnym wyjechaniu windą na powierzchnię, można nieco odetchnąć od wrażeń. Wędrując wzdłuż zewnętrznych bunkrów koniecznie trzeba na zakończenie wycieczki udać się na pobliskie pola, gdzie można odnaleźć stanowiska broni maszynowej, ryglujące dojście do fortu z różnych stron. Mijamy więc po lewej stronie dwa zewnętrzne bunkry stojące niedaleko wejścia głównego i kierując się leśną ścieżką wiodącą odwrotnie do wskazówek zegara, idziemy na pola. Do przejścia jest około kilometra.

Okolica jest przepiękna, żeby nie powiedzieć – sielankowa. Piękne pola, przestrzeń, jak to często w Alzacji, rozległa, panorama przyrody rozległa i ciesząca oczy. Tylko ta przeszłość oraz świadomość, że zwiedza się miejsca uświęcone krwią poległych żołnierzy, wprowadza do ogólnej radości z odwiedzenia tak pięknych miejsc, pewną nutę smutku i melancholii, oraz zadumy nad ludzką nienawiścią, drapieżnością i chciwością, które są matkami wszytkich wojen.

Gdybyście chcieli obejrzeć relację z pobytu w Forcie Schoenenburg na You Tube, wstawiam tutaj link do mojego filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=iTtCcf5nsD4

Kończąc tę relację, pozdrawiam wszystkich czytelników tego bloga i zapraszam na dalsze odcinki.

30. Zamek Hohenzollernów, płd. Niemcy

Na wysokim wzgórzu (855 m npm) nieopodal miejscowości Hechingen, w niemieckim landzie Badenia-Wirttembergia, znajduje się zamek rodu Hohenzollernów. Tak, to ci sami, których członek rodziny, Albrecht, w 1525 roku składał hołd pruski na krakowskim rynku. Pierwsze wzmianki o siedzibie rodu pochodzą z roku 1267, więc jest to dosyć stara rodzinka, można śmiało rzec – zabytkowa.

Ze względu na swoje położenie, wydawać by się mogło, iż będzie to solidna forteca, prawie że nie do zdobycia. Tak jednak nie było. Pierwszy zamek został w roku 1423, po oblężeniu trwającym cały rok zdobyty i oczywiście całkowicie zniszczony. Niejako na jego gruzach, w roku 1454 rozpoczęto budowę nowego zamku, który miał być większy od pierwszej wersji no i o wiele bardziej trudny do zdobycia. Zamek ten przetrwał dłużej, niż zamek pierwotny. Po wielu zmianach właścicieli, oraz różnego rodzaju perypetiach historycznych, w XIX wieku budowla popadła ponownie w ruinę. Dopiero po wielu wysiłkach, aby odbudować rodzinną siedzibę Hohenzollernów, w roku 1850 rozpoczęto budowanie nowego zamku, która to budowa została ukończona w roku 1867. Zamek nadal znajduje się w posiadaniu prywatnym.

Aby zwiedzić zamek, trzeba się najpierw do niego dostać, czyli zdobyć. W tych czasach nie potrzebujemy już do tego żołnierzy, oraz ognia i mieczy. Wystarczy się tam wdrapać stromymi schodami, wydzierającymi z mniej aktywnych ostatni dech, lub wygodniej, za pewną opłatą, wjechać autobusem, zostawiając poniżej swoje auto na parkingu. Tak czy inaczej , warto, ponieważ jest to piękna budowla, chociaż ostatnia jej wersja pochodzi, jak napisałem powyżej, z roku 1867. Ale za 500 lat będzie na pewno starsza i cenniejsza.

Substancja nowego zamku została nieoczekiwanie, ale poważnie naruszona we wrześniu roku 1978, kiedy wydarzyło się na tych terenach trzęsienie ziemi. Prace restauracyjne przy odbudowie niektórych zniszczonych wieżyczek oraz figur rycerskich trwały do roku 1990. Z wielkim wysiłkiem udało się to sfinansować wpływami z biletów wstępu, oraz dobrowolnymi datkami przesyłanymi na rzecz zamku przez miłośników historii. Aktualnie wszystko jest ładnie odnowione i aż się prosi o wizytę i zwiedzanie. I oby nowe trzęsienia ziemi już tu się nie zdarzały.

Samo chodzenie po zakamarkach i zaglądanie w różne dziwne miejsca, przynosi mi tyle radochy, że nawet każdy napotkany w nich pająk, oby tylko groźnie nastroszony, wygląda, jak stworzony do takiego miejsca i też cieszy. Lubię takie wałęsanie się, włóczenie, odkrywanie, dotykanie miejsc z dawnych czasów. Przez lata nazbierało mi się wiele rzeczy do opisania. Ale że wcześniej nie było czegoś takiego jak vlogi, blogi i reszty tych nowoczesnych wynalazków, muszę teraz to wszystko nadrabiać, przynajmniej na tyle, na ile się da. Bo i pamięć już nie ta sama, a i nie do każdej okolicy są fotki.

Zamek Hohenzollernów to obiekt na wspaniałą wycieczkę tak indywidualną, jak i dla całej rodziny. Widziałem, że nawet normalnie znudzone przy takich wypadach dzieci, tutaj były jakoś nadzwyczaj ożywione i z ciekawością oglądały otoczenie, ładnie wystylizowane na średniowieczne. Dorośli również jakoś chętnie zaglądali w zakamarki, podziwiali widok na okoliczną dolinę, lub zaglądali do kaplicy św. Michała, też położonej na terenie obiektu. Lub do restauracji.

Dynastia Hohenzollernów była przez ubiegłe stulecia bardzo aktywna i wpływowa, co dawało się zauważyć w jej działalności na ówczesnej arenie politycznej. Historia rodu jest również bardzo ciekawa. Członkowie rodziny przez stulecia byli grafami, książętami, królami, a zdarzył się w ich karierze nawet cesarz. Zakładali miasta, budowali zamki i kościoły, pozostawiając po sobie niezatarty ślad w historii rodu, oraz późniejszego państwa niemieckiego. Do znanych siedzib rodu, oprócz opisywanego teraz zamku Hohenzollern, należą również zamki Cadolzburg i Stolzenfels.

Trudno mi się chyba dziwić, że tak sobie chodziłem po terenie, robiąc tyle fotografii. Chciałem jak najwięcej obrazków zatrzymanych w czasie zabrać ze sobą, aby móc potem wracać do przeżytych chwil, wspominać je i cieszyć się z tego, iż los pozwolił zobaczyć mi tyle ciekawych rzeczy. Te ciekawe rzeczy to oczywiście wyjątkowo relatywna sprawa, gdyż każdy przeżywa swoje chwile uniesień, jakiekolwiek by one nie były – inaczej. Ale na tym polega chyba różnorodność ludzkości.

Na obejrzenie całego zamku potrzebowałem parę godzin, bo areał jest duży, wymagający uwagi oraz nieco kondycji. Jako że to był weekend, poza mną przewalały się przez zamek tłumy innych ciekawskich i czasem niełatwo było o wykonanie zdjęcia bez intruza, włażącego nieopatrznie w obiektyw. Mam nadzieję że Wam się ten wpis spodoba i jeśli taka wirtualna wycieczka zainteresowała was i przyniosła nieco radości, to i ja mogę się z tego tylko cieszyć. Poniżej jeszcze trochę fotek na pożegnanie i do następnego wpisu. PS. co do następnych wpisów, nigdy nie wiem, co będę opisywać jako kolejne. Wszystko zależy od tego, co przyjdzie mi nagle do głowy. A i nagła wycieczka zawsze może się zdarzyć.

20. Grecja-Kreta

Jakoś tak niespodziewanie zrodził się mi w głowie pomysł wylotu na wyspę Kreta w Grecji. Dużo się o tej Grecji słyszało, widziałem sporo fotek w internecie, trochę filmów. Podobało mnie się tam wirtualnie i należało oczywiście zweryfikować, czy faktycznie słusznie. W pewnym niemieckim biurze podróży wykupiliśmy więc wycieczkę i musieliśmy tylko jeszcze cierpliwie odczekać te parę miesięcy do nadejścia terminu wylotu, bo z takim wyprzedzeniem było jednak sporo taniej. Co tu dużo gadać: opłaciło się. Ale o tym potem. Sam przelot trwał około trzech godzin i poza pięknymi widokami, przebiegł spokojnie i jakoś szybko.

Samo schodzenie samolotu z 11 km oczywiście trochę trwa i w jego trakcie odczuwa się dziwne sensacje w różnych miejscach ciała, poczynając od głowy poprzez żołądek, a na tyłku kończąc. Lądowanie w Heraklion, zwanym też Iraklio, albo i Herakleio, było jednak wzorowe. Na wyspie było uroczo cieplutko. Wepchnęliśmy się zaraz potem do autobusu lotniskowego, który powiózł nas do terminalu. Tam czekaliśmy spory kawałek czasu na nasze skromne bagaże. Grecy zapewne po wywaleniu każdych 20 walizek robili sobie przerwę na papierocha albo setę. Po odebraniu bagaży czekał nas jeszcze 80-kilometrowy przejazd do miasta Rethymnon, gdzie znajdował się nasz hotel. Po długim rajdzie, no bo komu w Grecji chce się specjalnie spieszyć, dojechaliśmy wreszcie do naszego hotelu Golden Beach i po zimnej, niezbyt apetycznej kolacji udaliśmy się spać. Łóżko skrzypiało dość mocno – gdyby ktoś na nim chciał uprawiać dziki seks, z pewnością słychać byłoby w całym hotelu od parteru po dach. Cykady harcowały, ale akurat ten dźwięk nie przeszkadzał nam w zasypianiu po dwunastu godzinach od wyjazdu z domu. Następnego dnia wstać trzeba było dość wcześnie, bo śniadanie serwowano w godzinach między siódmą a dziewiątą. Jak się przespało, no to się nie żarło, sprawa prosta. Pierwsze zetknięcie z wyżerką było przyjemnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do wczorajszego obroku, śniadanie było smaczne, już z tej chociaż racji, że bufet był obficie zaopatrzony. Sporo wędliny, konfitury, gorące jedzenie jak omlet, czy parówki, oraz coś smażonego, na co było wg. mnie jeszcze za wcześnie. Po śniadaniu popędziliśmy nad morze. Wreszcie!

Potem poszliśmy plażą w kierunku centrum Rethymnon, gdyż hotel leżał nieco na obrzeżach tego miasteczka. Droga trochę się dłużyła, nieco przeceniliśmy jej długość oraz siłę upału. Dlatego musieliśmy się w drodze pokrzepić w małej plażowej tawernie dobrym belgijskim piwkiem. Okolice portu bardzo nam się podobały. Latarnia morska i wysoki mur falochronu wykonane z kamienia nadawały okolicy flair południa. Tylko ten okropny drobny pył latający po mieście, który spotykało się wszędzie, trzeszczał czasami w zębach i oblepiał nie tylko auta ale i ludzi. Co dawało pretekst do wypicia następnego piwa. Jak się poźniej okazało, trafiliśmy na okres, kiedy to wiatr znad Sahary przynosił właśnie ten pył i to właśnie był taki piaskowy powiew pustyni. W ogóle to stwierdziliśmy, że na Krecie miło się wstaje rano, zwłaszcza, kiedy nie ma się kaca. Ile byśmy nie wychlali whisky, jakoś nie bolała nas nigdy głowa. Może to powietrze, inne ciśnienie, albo co.

Byliśmy w twierdzy w Rethymnon. Twierdza widoczna z daleka wyglądała okazale, duży teren położony na wzgórzu. Twierdzę zbudowali w XVI wieku Wenecjanie, zajmujący się okupacją Krety na zmianę z innymi nacjami, przede wszystkim Turkami. Samo wnętrze twierdzy bardzo nas rozczarowało. Nie było tam nic takiego, co mogłoby świadczyć o tym, iż tymże terenem ktoś się zajmuje. Jakoś nikt nie zadbał w ogóle o to, aby wyeksponować parę ciekawych miejsc, nie postawił tablic, na których można byłoby poczytać o historii budowli, nawet koszy na śmieci nie spotkaliśmy wcale. Jedynie widok z twierdzy na morze był fajny i to osłodziło nieco nasze drobne rozczarowanie.

W ciągu kolejnych dni poruszaliśmy się wypożyczonym w niemieckiej firmie samochodem, za który płaciliśmy 25 euro dziennie, więc nawet całkiem znośnie. Ułatwiało nam to bardzo włóczenie się po najdziwniejszych zakątkach tej pięknej greckiej wyspy. Któregoś dnia wybraliśmy się na pewien płaskowyż. Wysokie góry, ładne serpentyny na szosie, pomarańcze i dzika natura dookoła. W małej miejscowości Omalos zrobiliśmy krótki postój. W przytulnej knajpce zjadłem pieczoną fetę, bardzo dobry ser na gorąco, moja towarzyszka wypiła winko. Zrobiliśmy też parę fotek, żeby uwiecznić wszystko na kliszy, a raczej na czipie. Chcieliśmy jechać dalej do osławionej przełęczy Samaria, ale w górach dopadła nas taka gęsta mgła, że nie było widać nic dosłownie na dwa kroki. Zdecydowałem się na powrót i myślę, iż była to decyzja rozsądna. Nie było po co się tam po omacku pchać, biorąc pod uwagę zakręty i stan drogi.

Pojechaliśmy więc dalej. Po drodze, nieco błądząc, zajechałem jeszcze nad Kurnas Lake, takie nawet duże jezioro z górami schodzącymi z jednej strony nad sam brzeg. Bardzo ładna okolica, czysta woda. Podobno w jeziorze można spotkać węże wodne, rzekomo niejadowite. Albo tak się tylko mówi, żeby nie płoszyć turystów…Zdecydowaliśmy się na wypożyczenie roweru wodnego, aby trochę popływać po jeziorze. I tak zeszło nam trochę czasu, zwłaszcza iż deszcz, który podczas drogi zaczął znowu padać, padać przestał. A miły facio z wypożyczalni powiedział, że możemy pływać do woli za 7 €, które zapłaciliśmy za rower, on nam nie będzie mierzył czasu. Potem mamy tylko odstawić nasz rower i to wszystko. Popłynęliśmy więc sobie. Jezioro było spokojne, węży wodnych nie widzieliśmy. Tylko jakiś maniak pędzał się po górach, napierdzielając z dubeltówki zapewne do wszystkiego co się rusza. Huk wystrzałów dochodził nas bardzo wyraźnie z góry.

Do hotelu nie było stąd już daleko. Po kilkunastz minutach byliśmy na miejscu. Wieczorem jak zwykle, trochę whisky i pogaduszki oraz wędrówki po plaży. Kolacja niewarta wzmianki-chociaż spory wybór potraw, ale wszystko jakoś tak robione na jedno kopyto.

Piątego dnia pobytu na Krecie łaziliśmy od rana po plaży, usiłując zdobyć się na odwagę i zanurzyć się w piekielnie zimnej wodzie morza. Ale aż takimi pojebusami nie byliśmy. To był chłodny maj. Skończyło się tylko na brodzeniu i uciekaniu przed falami, które tego dnia były naprawdę spore. Julita postanowiła, iż będzie się w takim razie moczyć w hotelowym mikrobasenie i tak też zrobiła, siedząc tam chyba ze 3 godziny.

Potem zrobiliśmy podstawowe zakupy w postaci whisky w pobliskim markecie „Christina” i ruszyliśmy na piechotę do miasta. Planowaliśmy zwiedzić szumnie reklamowane „Miejskie Ogrody”, których palmy wystające zza płotu widzieliśmy nieraz, przejeżdżając obok taksówką. I chcieliśmy tak po prostu połazić po mieście i zobaczyć, jak od środka wyglądają greckie miasta, nie tylko przy głównych ulicach. Co by tu powiedzieć-z tego co widzieliśmy, nie żyje się tam ludziom aż tak fantastycznie, jak można byłoby przypuszczać. Z dala od główych ulic, którymi przeważnie przechadzają się turyści, widzieliśmy prawdziwe siedliska biedy, domy, które nieraz zasługiwały na miano slumsów. Zaśmiecone ulice, oraz, jakżeby inaczej, ruiny budowlane. Ludzie poubierani w sumie byle jak, małe sklepiki z mydłem i powidłem, restauracje nie zasługujące na to miano i ogólnie powiem-nie było zbyt ładnie. Nic z uroku pięknej Grecji, prezentowanej w prospektach. Przy tym ludzie, mimo biedy, uprzejmi, często uśmiechnięci i nawet-tacy jakby dumni i wyprostowani. Kalejdoskop zmieniających się twarzy, sytuacji, samochodów jeżdżących byle jak i mimo wszystko był ten powiew południa. Do miejskich ogrodów dotarliśmy chyba po dwóch godzinach łażenia,ale nie zostaliśmy tam długo. Raz że ogrody były małe i można było je przejść w 15 minut. Dwa, że nie było tam nic ciekawego do oglądania. Podmokły teren śmierdzący mułem i moczem, beznadziejnie zasypany liśćmi bambusów, przypadkiem chyba tam rosnących, palmy wysokie i tylko trochę przepuszczające promienie słoneczne-po prostu duszno i ponuro. Z ulgą wyszliśmy na ulicę, w tym miejscu odrestaurowaną i z pomalowanymi elewacjami. No ale tamtędy chodzą turyści…

Spacer był cholernie długi. Wreszcie poczuliśmy w nogach zmęczenie, co znaczyło że musieliśmy zrobić co najmniej 12 km, jeśli nie więcej. Mieliśmy całkiem dosyć. Więc jeszcze tylko obeszliśmy twierdzę, spojrzeliśmy na olbrzymi prom do Pireus, stojący akurat w porcie i wzięliśmy taxi, aby dojechać do hotelu. Taksówkarz-to była historia sama w sobie. Brodaty, trochę ubrudzony smarem Grek-żeby nie było, iż obgaduję tu kogoś na siłę, w starym modelu Mercedesa nadającym się do muzeum, ubrany mimo upału w dżinsy i czarną bluzkę z długimi rękawami. Przy tym zapierdalał po mieście tak, jakby jeździł na wyścigach i można było rzeczywiście zacząć się trochę bać, gdy na centymetry lawirował między samochodami, wciskając się w każdą najmniejszą lukę i przyciskając gaz do dechy, grzał przez miasto 80 km/h. To, że stały tam ograniczenia prędkości do 40 km/h, w niczym mu nie przeszkadzało, a może przestał to w ogóle zauważać, zważywszy na panujący w aucie upał, bo klimatyzacji facet też naturalnie nie miał. Twarz miał przy tym kamienną. Faktem jest, że do hotelu dojechaliśmy w czasie rekordowym i nigdy już potem, jadąc taksówką z portu do hotelu, żadnemu taksówkarzowi nie udało się pobić czasu, osiągniętego przez tego naturszczyka. Wieczorem powłóczyliśmy się po plaży, robiąc parę ciekawych ujęć z zachodu Słońca.

Kolejnego dnia zaplanowana była wycieczka w dalsze okolice wyspy, bo chciałem z wyspy tyle wrażeń zapamiętać, na ile to było możliwe. A w miejscach, gdzie grasują hordy turystów, trudno o obiektywne spojrzenie na tę pełną różnorodności wyspę. Jedno było tam dobre-gdziekolwiek człowiek nie zajechał, i tak zawsze trafił na morze albo na góry i potem znowu na morze tylko już inne. Tym razem udaliśmy się w kierunku Hora Sfakion, lub w skrócie Sfakia. Trzeba było nam się przebijać przez bardzo wysokie w tym miejscu góry, ale Kia Picanto sprawowała się bardzo dzielnie i nawet specjalnie się nie przyduszała podczas jazdy po serpentynach oraz przekraczaniu kolejnych przełęczy. Jechaliśmy przez Vrises, Alikambos, potem przez bliżej niezidentyfikowane, piękne bezdroża. Mijaliśmy po drodze zezowate kozy, pasące się na obrzeżach szosy. Co one tam niby znachodziły do żarcia, nie mam pojęcia, bo oprócz asfaltu i kamieni nic innego, nadającego się dla kozy do pożarcia, nic nie mogłem zaobserwować. No ale one miejscowe, to sie pewnie znały lepiej. Czy koza może się nażreć wapieniem?

Minęliśmy też samochód leżący w rozpadlinie skalnej do góry kołami. Kręta była tam droga, to fakt. Jak wieść gminna niesie, Kreteńczycy podobno nagminnie jeżdżą najebani, więc pewnie ktoś w stanie nieważkości skierował autko nie w tym kierunku, co było trzeba. Zwłok w środku nie było, ani nawet sladów krwi, uznaliśmy więc, że delikwent /albo paru/ wyczołgał się ze środka o własnych siłach i polazł na piechotę do domu zaleczyć kaca i urażoną dumę.

Wreszcie po kilkudziesięciu zakrętach i paru setkach metrów w różnicy wysokości, wylądowaliśmy w miejscowości Frangokastelo, gdzie znajdowała się szeroko reklamowana turystom plaża. Przed plażą stały resztki jakiejś twierdzy, nie warte jednak jakiegokolwiek zwiedzania, a zresztą zwiedzać nie było i tak tam co, bo stały tam tylko puste wewnątrz mury. No i śmierdziało tradycyjnie moczem. O te zapachy podejrzewam turystów, bo z toaletami jest na Krecie nie najlepiej, a Grecy i tak rzadko zwiedzają własne zabytki. Plaża jak plaża, taka sama jakich wszędzie, było spokojnie i raczej ładnie, bez specjalnych wstrząsów widokowych. W małej tawernie zjedliśmy trochę, popijajac wszystko piwem. Ryby były ale po wstrząsających cenach i podobno na Krecie w sezonie są tylko ryby mrożone, a świeżych jest brak. Rzekomo to jakaś regulacja prawna unii europejskiej zabrania połowu ryb od maja do września rybakom z wyspy. No to co się też dziwić, że w tawernach prowadzących potrawy rybne na wagę, kilo ryby potrafiło kosztować do 40 euro.

A my tymczasem podążaliśmy dalej dzielnie przez „krecie” bezdroża, zastanawiając się, gdzie wylądujemy tym razem, już po opuszczeniu plaży we Frangokastelo. I tak jechaliśmy dalej, przez góry i doliny, trafiając wreszcie do uroczej zatoki w Plakias. Tam było bardzo ładnie. Zatoka wrzynała się w ląd, z lewej i prawej strony stały skały, trochę ograniczając silny wiatr, który tego dnia wiał całkiem porządnie. Powylegiwaliśmy się długo na plaży, oddychając morskim powietrzem i ciesząc się słońcem, oraz spokojem, również tam zalegającym.

Z Plakias do Rethymnon jechaliśmy przez śliczny wąwóz, gdzie włóczyły się tradycyjnie zezowate kozy. Robiliśmy kilka razy postój, odpoczywając i oglądając te surowe lecz piękne okolice. A wieczorem w hotelu robiliśmy to samo, co zwykle-po spacerze po plaży i wsłuchaniu się w szum morza, zasiadaliśmy przy flaszce scotcha zakupionej w sklepiku obok i gadaliśmy do późnej nocy, sącząc niespiesznie drinki. Poniżej jeszcze parę fotek z tego dnia.

Następnego dnia pojechaliśmy znowu w kreteński świat, biorąc pod uwagę tylko kierunek, a nie konkretny cel pod uwagę. Objechaliśmy jakąś wielką dolinę górą, po całkiem obłąkańczych, niezbyt sympatycznie wyglądających drogach, nieraz pozbawionych asfaltu i wiodących na nieprzyjemnych wysokościach. Przebijaliśmy się przez stada owieczek i kombinowaliśmy, błądząc co i rusz albo napotykając ślepe uliczki. Wreszcie wyjechaliśmy znowu nad morze. Miejsce było przepiękne, a co najważniejsze, prawie pozbawione turystów, co na Krecie można potraktować jako prawdziwy cud. Miejsce zwało się Triopetra, posiadało śliczną zatoczkę i ładne skały, wieńczące plażę. Pogoda była pochmurna, zanosiło się chyba na deszcz, ale co za różnica. Podobało mi się tam. Tu się wykąpaliśmy wreszcie w morzu. Okazało się że nie taki diabeł straszny jak go malują, woda nagle zaczęła się wydawać całkiem przyjemna. I tak pluskaliśmy się, pływaliśmy i cieszyli pierwszą morską kąpielą na Krecie, ponieważ kąpieli w basenie hotelowym oczywiście w to nie wliczam.

Dopiero po wyjściu z wody zrobiło się chłodno, a na dodatek zaczął siąpić drobny deszczyk. Zebraliśmy więc manele do auta, wysuszyliśmy się trochę i z podkręconym ogrzewaniem pojechaliśmy w kierunku Rethymnon. Powrót trochę trwał, bo trzeba było się zorientować, gdzie w ogóle jesteśmy. Ale i tak trudno zabłądzić na wyspie, nawet tak dużej jak Kreta. Jadąc wzdłuż morza oraz pomagając sobie mapą, dojechaliśmy wczesnym wieczorem do hotelu. A potem jak zwykle.

W dniu następnym naszym celem była mała, lecz podobno malownicza miejsowość Spili. Nie było tam wiele do zwiedzania. Ot, parę zauków, knajpy ze znudzonymi Grekami, gadającymi sobie o ich sprawach, lub grających w jakieś gry. Jakieś seminarium duchowne oraz źródełko z małymi lwami, rzygającymi wodą oraz otaczające Spili góry, jak też tradycyjna tawerna. Jak to w Grecji bywa, życie toczyło się swoim trybem, nikomu się nie spieszyło, słoneczko przygrzewało, a my włóczyliśmy się na luzaczku, oglądając, podziwiając i fotografując. Nie musi się zaraz trafiać na nie wiadomo jakie miejscowe sensacje, aby czuć się w określonej okolicy bardzo dobrze.

Po wyjeździe ze Spili zrobiliśmy oczywiście kolejny objazd okolicy, aby nie wracać zbyt wcześnie do hotelu. Chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć, zwłaszcza że nasz dziesięciodniowy wyjazd niestety dobiegał końca.

Ostatniego wieczoru naszej wycieczki usiedliśmy na plaży przed hotelem i sącząc whisky, cieszyliśmy się pięknym zachodem słońca, oraz widokiem nawalonych turystek z Niemiec, którym zresztą na ich prośbę zrobiliśmy parę fotek, a potem niewiasty polazły w kierunku następnego disco.

Takim powalającym zachodem pożegnała nas Kreta. Wyspa kontrastów, wyspa miłych, chociaż dość biednie żyjących ludzi. Ludzi mimo biedy noszących się jednak prosto, z wyczuwalną w nich dumą z tysięcy lat nie zawsze dobrze układającej się historii ich ojczyzny – Grecji i Krety.

09. Koty

Dzisiaj nie będzie o podróżach, tylko o kotach. Ogólnie lubię zwierzęta, koty są dla mnie jednak na tyle interesujące, że bardzo cenię sobie ich towarzystwo. Opisywać kota nie trzeba nikomu, ale krótką historię tego, jak znalazły się w moim domu, będę chciał tutaj jednak przedstawić.

A było to w skrócie tak: Dawno dawno temu, za górami i lasami ktoś potrzebował dla swych trzech kotów miejsca. I to tylko na tydzień w związku z pilnym wyjazdem za pracą. -A co tam-pomyślałem sobie-koty nie są kłopotliwe, sam miałem już przecież raz czarnego jak noc kota Negatywa. To wezmę, tydzień zleci jak z bicza trzasł. No i koty znalazły się u mnie. Mama, siwa seniorka, oraz dwa całkiem młode koty. Jeden siwy, drugi czarno-biały. Minął tydzień, potem drugi. Po właścicielu kotów nie było śladu. Zacząłem się już trochę martwić, czy aby nic mu się nie przytrafiło. Upłynęły trzy tygodnie. Nasz wspólny znajomy zaprosił mnie na piwo no i żeby trochę porozmawiać. Po kilku buteleczkach okazało się, iż właściciel kotów znalazł w końcu pracę. W Stanach Zjednoczonych.W związku z tym nie ma zamiaru wracać w najbliższej dziesięciolatce i prosił, aby mi przekazać, że koty mogę sobie zatrzymać. Cóż za dobry i łaskawy pan z tego kociarza…I tak nagle zostałem z trzema kotami. Jeden, czarno-biały został oddany w dobre ręce naszych znajomych, siwa seniorka z takimże siwym dzieckiem, pozostała u nas. Seniorka została nazwana Maxi, siwy kotek, dla odróżnienia został Mini.

Maxi
Mini, Maxi

Było turbulentnie. Maxi, przyzwyczajona do wybiegu, nie chciała zostać kotem domowym. Miała swoje nawyki, utrwalone w życiu z kim innym i gdzie indziej. Mini dopasował się od razu, nie robił kłopotów. Maxi jak to stary już kot, przyprawiała stressu za dwóch. Któregoś dnia wymknęła się przez drzwi balkonowe na taras i poszła w świat. Myślałem że przepadła na dobre. Wróciła po dwóch tygodniach z dziwnie zadowoloną mordą. Znowu stadko było pełne. Trzeba było ją tylko odpchlić, a potem jeszcze mieszkanie z pchlej piątej kolumny, która jak się okazało, też przybyła na kocim grzbiecie do domu. To jednak nie był koniec konstruktywnego stressu.

No właśnie. Dobrze widzicie. Z dwóch kotów zrobiło mi się z łaski Maxi osiem. Co za radość! Nie, nie. Wcale nie byłem spanikowany. Nawet odbieranie porodu poszło mi całkiem dobrze. Wszystkie nowe nabytki przeżyły i miały się całkiem dobrze. Nawet nie były wcałe kłopotliwe, dopóki nie otworzyły oczu i nie zaczęły wędrować po mieszkaniu. I potem to już były wszędzie a i w innych miejscach również występowały, bo tylko tak mogę to opisać.

Dokąd z kotami w trakcie odkurzania? Oczywiście, do wanny. Nie, nie były prane.

Jeszcze musiałem przyzwyczaić się do tego, aby po przeżyciu pięknego, zakrapianego weekendu, kiedy obudziłem się rano, nie wrzeszczeć z przerażenia, widząc dookoła całkiem białe koty. Ale i ten odruch udało mi się opanować. Czasam trza też było posprzątać. Kiedy odkurzałem, stado maluchów szło do wanny (bez wody) aby tam przetrwać buszowanie strasznego, huczącego potwora po okolicy oraz aby nie plątały się pod nogami. I tak nieraz człek się potykał o tego czy innego nagle wyrastającego pod nogami kocura. Było deko stressu, za to kilo radochy. W dość małym mieszkaniu nie było oczywiście miejsca dla tylu kotów, więc kiedy dorosły do wieku, aby można było je oddać dla ludzi, po kolei pozbywaliśmy się młodych z domu. Było żal, pewnie że było żal tak je oddawać. Chociaż z tym oddawaniem to trochę przesadzam, albowiem seniorka Maxi była kotką wybiórczą i nie uczyniła mezaliansu. Zadawała się tylko z kotami rasowymi. Umożliwiło to sprzedaż kotów po całkiem przyzwoitej cenie, co podreperowało domowy budżet. Seniorkę Maxi oddaliśmy dla znajomej, mającej wybieg. Pięć młodych poszło do ludzi, u nas została dodatkowo biała kocinka z połamanym ogonkiem, której nikt nie chciał. Połamany czy taki zdegenerowany ogonek miała ta kocia już od urodzenia. Nazwana została Pixi i przyjęta na stan domowego, kociego inwentarza. Tak skończyła się moja przygoda z domową hurtownią kotów. Pixi wyrosła na pięknego kota, z lazurkowo błękitnymi oczami. Mini został z nami, Maxi oddaliśmy dla znajomej, posiadającej duży ogród, gdzie czuła się na pewno lepiej. Naturalnie nie jest to koniec historii. Mini i Pixi żyły jeszcze z nami bardzo długo, ale o tym napiszę innym razem, bo i jest o czym.

04. Konstanz, Jezioro Bodeńskie

Moje pierwsze zetknięcie z Jeziorem Bodeńskim nastąpiło w latach 90-tych zeszłego stulecia. Pisząc zeszłe stulecie, czuję się jakoś dziwnie, tak jakbym wspominał o średniowieczu. Ale ostatecznie nikt nie staje się z dnia na dzień młodszym. Jezioro Bodeńskie to fascynujący akwen, podzielony pomiędzy trzy państwa: Niemcy, Szwajcarię i Austrię, leżący u podnóża Alp. Są to właściwie dwa jeziora, połączone rzeką o długości czterech km, zwaną Seerhein. Powierzchnia jeziora to 473 km kwadratowe, linia brzegowa w całości wynosi 273 km. Na jeziorze Bodeńskim znajduje się też 10 wysp. Okolice są bardzo malownicze, chociaż w letnie dni zapełnione masami turystów. Z wielką przyjemnością powracam tam za każdym razem, kiedy jest to możliwe. Wszystkie zdjęcia w tej części pochodzą z miasta Konstanz i okolic. Jakość fotek nie jest najlepsza, ale już wspominałem-pochodzą z zeszłego stulecia. 🙂

Bodensee
Konstanz, Imperia